Radykalna uczciwość

Miałem ostatnio dwie okazje, żeby zademonstrować swoją radykalną uczciwość:

  1. Kilka dni temu kupowałem w kiosku świąteczne wydanie „Polityki” (cena 7,50 zł) i cukierki (3,00 zł). Podałem sprzedawcy banknot 20-złotowy, a ten wydał mi 11,10 zł. Mogłem w tym momencie odejść, ale coś mi tu nie pasowało. „Chyba Pan źle policzył” – powiedziałem i podsunąłem mu pod nos „Politykę”. W pierwszej chwili nie załapał, a potem zbladł. „Rzeczywiście, zupełnie nie zauważyłem, że nie kosztuje 5,90 zł jak zwykle. Dziękuję Panu” – odpowiedział wdzięczny, acz nieco zmartwiony. Po jego minie widać było, że wielu klientów przede mną albo nie zwróciło uwagi na zmianę ceny, albo było na bakier z arytmetyką, albo nie kultywowało radykalnej uczciwości…
  2. Kilka tygodni temu „Politykę” kupowałem w Tesco i włożyłem ją do wózka, tam gdzie jest takie składane siedzonko dla dziecka. Przy kasie oczywiście zapomniałem o tym i wyjechałem ze sklepu z „ukradzionym” czasopismem. Dopiero pakując rzeczy do samochodu, zorientowałem się, że zapłaciłem o 5,90 zł za mało. Odstawiłem wózek, wziąłem „dowód zbrodni”, przekonałem zdziwionego ochroniarza, żeby wpuścił mnie wyjściem od razu do kasy i uregulowałem brakującą należność.

Dlaczego o tym piszę? Ponieważ sprzedawcy, kasjerzy i ochroniarze reagują zawsze pełnym zaskoczeniem, co świadczy o tym, że radykalna uczciwość nie jest w dzisiejszych czasach czymś powszechnym. A przecież daje tyle satysfakcji i niewiele kosztuje!

Z okazji nadchodzących Świąt życzę ci zatem kontynuowania wędrówki po ścieżce radykalnej uczciwości. Lub wejścia na nią. Przekonasz się, jakie to przyjemne!

Jajecznica i inne tytuły

Nazwanie dzieła to podstawa. Bez tego ani rusz. Nazwa musi zagościć w umyśle twórcy. Musi zacząć drażnić jego mózg niczym ziarenko piasku wewnątrz małżej muszli. I tak, jak ziarenku daleko jest do szlachetnego kształtu przyszłej perły, tak i nazwa nie musi zwiastować wspaniałości dzieła.

Czy wiesz, co pewnego ranka zaczęło chodzić po głowie Paulowi McCartneyowi? Jajecznica – Scrambled Eggs. Powtarzał to sobie, idąc do łazienki, szukając w lodówce jajek i smażąc na patelni wymarzony posiłek. I nagle zaczął słyszeć melodię tych i następnych słów („Scrambled Eggs/Oh, my baby, how I love your legs…” :-) ). Melodię znaną jako jeden z najwspanialszych przebojów Beatlesów i całej muzyki popularnej. Standard, który porusza serce każdego słuchacza i którego tytuł nie musi być tłumaczony na żaden język. „Yesterday” zna każdy.

Robocze tytuły są nazwami, które w prosty sposób oddają zamierzenie lub skojarzenia autora. Wiele znanych filmów, programów komputerowych, utworów muzycznych i książek obdarzono kryptonimami, które dopiero w chwili autocenzuralnej refleksji marketingowej zostały zamienione na rynkowe etykiety.

Podobnie było z książką „Getting Things Done” Davida Allena. Miała nazywać się całkiem inaczej. Wiesz jak?

„Zen and the Art of the In-basket Maintenance”

czyli

„Zen i sztuka obsługi skrzynki spraw przychodzących”

To nawiązanie do kultowej książki Roberta M. Pirsiga „Zen and the Art of the Motorcycle Maintenance”, w której autor z prostej, rzemieślniczej dbałości o jakość i sprawność mechanizmów wywodzi fundamentalną filozofię sensu istnienia. W ten sposób David Allen nadał kierunek swojemu twórczemu myśleniu, starając się stworzyć uniwersalną, skuteczną metodę obsługi świata uporczywie osaczającego nas najróżniejszymi sprawami. Skrzynka spraw przychodzących jest miejscem ich gromadzenia, a opisana w książce metoda służy utrzymywaniu jej w czystości i ciągłej gotowości do użycia.

Dobrze, że dzieło Allena przemianowano na „Getting Things Done”, ponieważ tytuł roboczy, choć inspirujący, nie był zbyt odkrywczy. Poza tym książka miała trafić również do tych czytelników, którzy nigdy nie słyszeli o istnieniu filozoficznej rozprawy Pirsiga. Jak się później okazało, skrót GTD stał się rozpoznawalną marką i symbolem sprawnego działania.

A czy ty nadajesz swoim dziełom robocze kryptonimy?

Kłótnia z rzeczywistością

„Ilekroć zaczynam kłócić się z rzeczywistością, przegrywam.” – Krzysztof Wysocki, 2013-06-18

Już dawno doszedłem do tego wniosku, ale dopiero w tym roku sformułowałem go w postaci złotej myśli, która przejdzie do historii i zostanie zapisana ozdobną czcionką w księdze światowej złotomyślności.

Zauważyłem jednak, że są ludzie, którzy interpretują tę sentencję niezgodnie z moimi intencjami. Spieszę zatem z wyjaśnieniem.

Nie chodzi mi o uznanie rzeczywistości za dopust boży, na który nie mamy żadnego wpływu. To byłaby postawa ofiary losu – postawa mi obca, żeby nie powiedzieć, wstrętna.

Kłótnia z rzeczywistością to dla mnie nieuznawanie oczywistych ograniczeń i uwarunkowań narzucanych przez świat zewnętrzny. Nie „brak zgody na nie”, ale ich nieuznawanie. Zamykanie oczu, zatykanie uszu i głośne powtarzanie: „nieprawda, nieprawda, nieprawda…”.

Rzeczywistość nie znika, gdy się na nią nie patrzy. Zamykanie oczu nie jest skuteczną strategią zabezpieczającą przed poślizgiem na skórce od banana. Wręcz przeciwnie – wyostrzone postrzeganie rzeczywistości pozwala unikać zastawianych przez nią pułapek. Albo chociaż minimalizować ich skutki.

Jaki z tego wniosek?

Bądź czujny, wierz swoim oczom i zamiast kłócić się z rzeczywistością, wykorzystuj ją do swoich celów!

Po co mówisz?

We wpisie Sprzedawcy XXI wieku zamieściłem tezę Daniela H. Pinka (autora książki „To Sell Is Human”), że wszyscy jesteśmy sprzedawcami, ponieważ cały czas usiłujemy sprzedawać nasze idee, poglądy i pomysły otaczającym nas ludziom. Cele te staramy się osiągać między innymi za pomocą mniej lub bardziej publicznych występów, które w otoczeniu biznesowym najczęściej przyjmują postać powerpointowych prezentacji.

Zauważyłem, że każdego mówcę można stosunkowo łatwo zakwalifikować do jednego z trzech, niżej wymienionych poziomów dojrzałości prezentacyjnej:

  1. Sztubak – to osoba, której celem jest nie popełnić błędu. Powiedzieć bez potknięć coś logicznego i zadowolić rodzica, nauczyciela, szefa oraz innych słuchaczy. Wszystko zaczyna się od traumy z dzieciństwa: „Powiedz cioci wierszyk! Tylko się nie pomyl!”. Postawę tę ugruntowuje szkoła każdym wywołaniem do tablicy, egzaminem i wyznaczeniem do wystąpienia na szkolnej akademii. Później, gdy w pracy szef prosi o zaprezentowanie czegoś na zebraniu, Sztubak w ekspresowym tempie odklepuje zadany temat. Lepiej lub gorzej, ale żeby jak najszybciej mieć już to za sobą. Nie chce podpaść, więc nigdy nie powie nic kontrowersyjnego, nigdy nie sprzeciwi się i nie wywoła rewolucji zmieniającej świat. Opisze rzeczywistość najlepiej, jak umie, i odetchnie z ulgą, gdy będzie już mógł wrócić na miejsce.
  2. Celebryta – to osoba, której celem jest zabłysnąć. Po uwolnieniu się z traum dzieciństwa i po pierwszych sukcesach podczas wystąpień publicznych zaczyna żywić się uwielbieniem bliźnich i czerpać z niego życiodajną siłę. Uwielbienie to może dotyczyć zarówno jego osoby, jak i poglądów lub wiedzy. Chce w pełni zająć słuchaczy sobą i swoimi sprawami. Swoją rzeczywistością, którą wszyscy powinni podziwiać. Najlepiej przez pancerną szybę, żeby czegoś nie popsuli.
  3. Inspirator – to osoba, której celem jest zmotywować słuchaczy do zmiany rzeczywistości. W przeciwieństwie do Sztubaka i Celebryty Inspiratora nie interesuje, jak bezpośrednio zostanie oceniony jego występ lub jego osoba, ale to, co zrobi publiczność. Weźmie udział w referendum? Kupi iPada? Zasili konto fundacji? Przestanie wtykać nos w nie swoje sprawy? Dzięki praktyce Inspirator jest odporny na błędy (albo je eliminuje, albo ignoruje), a ewentualny poklask stanowi dla niego jedynie szlachetną przyprawę dodaną do głównego dania, którym jest władza nad ludźmi. Umiejętność motywowania ich do określonego działania. To wielka moc niosąca w sobie różne pokusy, którym tylko niewiele osób jest w stanie się oprzeć. Dlatego wielu zdolnych ludzi zamiast Inspiratorami staje się Manipulatorami.

A ty?

  1. Boisz się, że twoje powerpointowe slajdy zawierają literówki?
  2. Zastanawiasz się, czy tło slajdów pasuje do koloru twojego krawata?
  3. A może obraz z rzutnika jest dla ciebie tylko miłym dodatkiem, ponieważ liczy się siła twoich słów, a nie krój i wielkość użytej czcionki? Steve Jobs powiedział kiedyś: „Ludzie, którzy wiedzą, co mówią, nie potrzebują PowerPointa”. Sam używał programu Keynote opracowanego przez Apple. :-)

Na jakim poziomie teraz jesteś?

I co zamierzasz z tym zrobić?