Tag: inwestycje

Bogaty ojciec, biedny ojciec

Dostałem pod choinkę książkę Roberta T. Kiyosaki’ego i Sharon L. Lechter „Bogaty ojciec, biedny ojciec”. Powiem szczerze, że przebrnąłem przez nią z dużym trudem. Choć zawiera kilka cennych myśli, to czyta się ją, mając ciągłe wrażenie deja vu. Autor wielokrotnie wraca do tych samych wątków, jakby chciał je czytelnikowi wmłotkować do głowy. Być może są ludzie, którzy potrzebują takiego traktowania, ale ja do nich nie należę.

Generalnie zgadzam się z przesłaniem, że należy liczyć przede wszystkim na siebie i starać się wymyślić, a następnie konsekwentnie kształtować swoją przyszłość. Tylko aktywne podejście do życia daje szansę na większe lub mniejsze uniezależnienie się od ZUS-ów, śmusów i innych niewydarzonych pomysłów wypaczonego państwa opiekuńczego. Jakoś tak dziwnie bowiem się składa, że państwo opiekuńcze zawsze ulega wypaczeniom i niezależnie od początkowych intencji bardziej opiekuje się bogatymi niż biednymi. Lepiej więc być bogatym.

Sztandarowym wypaczeniem państw opiekuńczych jest ich permanentna tendencja do zadłużania się. Po co? Teoretycznie dla realizacji ich opiekuńczej misji, ale przecież obsługa tych długów pochłania coraz więcej środków. A czym jest ta obsługa? Płaceniem wysokich odsetek od pożyczek i wyemitowanych obligacji. A kto dał te pożyczki i kupił obligacje? Ludzie, którzy mieli nadmiar gotówki i dzięki tym transakcjom będą jej mieli jeszcze więcej. I proszę mnie źle nie zrozumieć, to nie wina bogatych, że stają się coraz bogatsi. To wina biednych, że dają się wodzić za nos politykom, którzy obiecują autostrady, zasiłki, mieszkania, mannę z nieba i darmowe obiady.

To tyle na temat polityki.

Najlepszym cytatem, jaki znalazłem w książce Kiyosaki’ego jest następujący akapit:

Nigdy nie spotkałem nikogo, kto naprawdę lubi tracić pieniądze. Przez wszystkie swoje lata nie spotkałem też bogatej osoby, która nigdy nie utraciła pieniędzy. Znam jednak wielu biednych ludzi, którzy nigdy nie stracili nawet centa… w inwestycjach.

Robert T. Kiyosaki, Sharon L. Lechter „Bogaty ojciec, biedny ojciec” (71)

Zgoda buduje wbrew przepisom?

Oto skrócony cytat z artykułu opublikowanego tuż przed Sylwestrem przez witrynę gazeta.pl:

Zamurują okno w pokoju dziecka?

Ziemowit Nowak, 2010-12-28, ostatnia aktualizacja 2010-12-28 18:50

Nadzór budowlany najpierw wydał pozwolenie na budowę domu jednorodzinnego, potem po ośmiu latach nakazał… zamurować cztery okna i drzwi balkonowe. – Jak ma dziecko ze swojego pokoju wyglądać na świat, przez luksfery? – pyta właściciel.

(…)

– Zgodził się sąsiad, mieliśmy pozwolenie budowlane, wszystko wyglądało dobrze. Aż tu sąsiad sprzedał własność, a nowej właścicielce nasze okna zaczęły przeszkadzać. Że jej będziemy do łazienki zaglądać. I zaczęła się skarżyć do starosty – opowiada Bożena Gadowska.

Po skargach sąsiadki powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Opatowie stwierdził wprawdzie odstępstwo od dokumentacji, ale w 2007 roku postępowanie umorzył. Odstępstwo polegało na tym, że ściana domu Gadowskich leży dwa metry od granicy działki, a – jeśli ma okna – powinna co najmniej cztery. – Myśleliśmy, że mamy spokój, postępowanie umorzone – mówi Józef Gadowski. I tłumaczy, jak powstało odstępstwo. – Z sąsiadem się dogadaliśmy, że tak dom możemy stawiać – mówi.

(…)

– To najbardziej zagmatwana sprawa, z jaką mam do czynienia w mojej karierze zawodowej – przyznaje Stanisław Męczkowski, powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Opatowie. Przyznaje, że właściciele domu mogą się czuć pokrzywdzeni. – Tak to jest, że my podejmujemy decyzje, a potem sądy je zmieniają na podstawie moim zdaniem błahych powodów. My jesteśmy budowlańcami, stajemy naprzeciwko prawników. A potem psy się wiesza na nadzorze – komentuje Męczkowski.

Jego zdaniem kłopotów udałoby się uniknąć, gdyby nie spór sąsiedzki. – Ten dom był postawiony z naruszeniem przepisów, ale jak wiele innych. Gdyby sąsiedzi się dogadali, nie byłoby sprawy, stałby, jak stoi, ludzie by mieszkali, wszyscy byliby zadowoleni. Ale jak się sąsiad uprze, zacznie się odwoływać, wnosić zastrzeżenia, tak to się kończy – mówi Męczkowski.

Jakich kłopotów, panie Męczkowski?

Pan jest od tego, żeby pilnować porządku! Jeżeli dom został postawiony niezgodnie z pozwoleniem, to należy z żelazną konsekwencją wyegzekwować korektę.

Według mnie to skandal, że przedstawiciel administracji państwowej, odpowiedzialnej za ład i bezpieczeństwo w budownictwie, godzi się na stawianie budynków wbrew przepisom. To po co jest ta administracja, ja się pytam?

Mówi Pan „właściciele domu mogą się czuć pokrzywdzeni.” Jeden facet przejechał staruszkę na przejściu dla pieszych, poszedł do więzienia i teraz też czuje się pokrzywdzony, bo przecież staruszka była stara i i tak niedługo sama by umarła z tej swojej starości.

Panie Męczkowski! Życzę Panu, aby w Nowym Roku poczuł się Pan szeryfem, który staje po stronie pokrzywdzonych – to znaczy tych, którym w świetle przepisów stała się krzywda, a nie tych, którzy te przepisy łamią. Wówczas nie będzie Pan miał problemu z sądami, które zmieniają Pańskie decyzje.

Jajka w koszyku

Znane polskie przysłowie mówi:

Nie wkładaj wszystkich jajek do jednego koszyka.

Niby je słyszałeś, ale jak przychodzi co do czego, często zapominasz o jego praktycznych zastosowaniach. Oto kilka z nich:

  1. Gdy wybierasz się w podróż albo na wakacje, nigdy nie trzymaj pieniędzy i ważnych dokumentów w jednym miejscu. Paszport miej przy sobie, a dowód osobisty schowany w bagażu podręcznym. Pieniądze podziel na trzy części: jedną trzymaj w portfelu, drugą w bagażu podręcznym, a trzecią w walizce. Pojęcie „pieniądze” obejmuje także karty płatnicze, które zabierasz ze sobą.
  2. Gdy jesteś zatrudniony na etacie, nawet w najwspanialszej firmie, nie zapominaj o pielęgnowaniu innych możliwości zarabiania na własne utrzymanie. Pielęgnuj dawne znajomości, rozwijaj swoje zainteresowania, staraj się zaistnieć publicznie poza swoim zakładem pracy. W dobie internetu jest to szczególnie łatwe – podtrzymywanie znajomości na podstawowym poziomie wymaga wysłania kilku listów elektronicznych, sieć to skarbnica wiedzy na każdy temat, także twojego hobby, a założenie bloga jest dziecinnie proste i bezpłatne.
  3. Gromadząc oszczędności lub grając na giełdzie, nie inwestuj wszystkiego w jeden fundusz lub akcje jednej firmy. Bywa, że taka inwestycja jest strzałem w dziesiątkę, lecz znacznie częściej, postępując w ten sposób, bawisz się w lotto a nie profesjonalnie zarządzasz swoimi pieniędzmi. Wybieraj różne instrumenty finansowe i dla bezpieczeństwa korzystaj z usług kilku banków.

Powyższe podejście stoi w pewnej sprzeczności z ideą upraszczania życia, lecz nie należy być doktrynerem. Jeśli alternatywą bezwzględnej prostoty jest bezpieczeństwo uzyskane kosztem niewielkiej (podkreślam NIEWIELKIEJ) złożoności, wybierz to drugie, a ograniczysz stres towarzyszący twojemu życiu i biznesowi.

Po 4 latach

5 sierpnia 2006 roku o godzinie 14:40 narodził się BIZNES BEZ STRESU.

5 sierpnia 2010 roku światło dzienne ujrzał mój 1341 wpis.

W lipcu bieżącego roku Paul Graham opublikował felieton pod tytułem „How to Lose Time and Money” („Jak tracić czas i pieniądze”). Myślę, że warto przeczytać ten esej.

Graham zauważył, że bogaci ludzie znacznie częściej tracą swoje fortuny nie z powodu kupowania luksusowych towarów, lecz przez uporczywe nietrafne inwestowanie. Kupując dziesiąte Ferrari czy piątego Maybacha, zaczynamy odczuwać pewien dyskomfort – wiemy, że to są tylko zabawki i zbytek. Ten dyskomfort znika, gdy nasze zakupy okrasimy etykietką „inwestycja”. I nie ma znaczenia, czy jest to inwestycja w kolekcję samochodów, czy w przekręt typu Warszawska Grupa Inwestycyjna. Słowo „inwestycja” kompletnie usypia naszą czujność.

Według Grahama podobnie rzecz się ma w przypadku naszego podejścia do czasu. Siedząc bezmyślnie przed telewizorem, również czujemy swego rodzaju niesmak. Doskonale wiemy, że tracimy cenne chwile naszego życia, oglądając transmisje z wypraw krzyżowych pod Pałacem Prezydenckim. Ale wystarczy, że nazwiemy coś pracą, i już inwestycja naszego czasu staje się usprawiedliwiona i pożyteczna. Nagle gapienie się w szklany ekran zaczyna poszerzać nasze horyzonty, nie mówiąc już o przeglądaniu internetu i pielęgnowaniu naszej w nim obecności (poczta elektroniczna, portale społecznościowe, blogi itp.).

Od pewnego czasu zaczął mnie męczyć obowiązek codziennego publikowania jakiegoś wpisu. Szczególnie to „jakiegoś” budziło moje coraz większe wątpliwości. Z jednej strony wielu czytelników podziwiało moje zdyscyplinowanie, jednak dostrzegłem, że niektóre wpisy pojawiły się tu z obowiązku jeno, a nie z potrzeby.

W związku z tym postanowiłem, że od dnia dzisiejszego będę publikował nowe wpisy w każdy:

  • poniedziałek – na dobry początek tygodnia;
  • czwartek – do pomyślenia na weekend.

Nie wykluczam okazjonalnych wpisów w międzyczasie, lecz bez żadnych zobowiązań.

Ograniczając częstotliwość publikacji, chciałbym osiągnąć dwa cele:

  1. Nadać moim wpisom głębszy i bardziej osobisty charakter.
  2. Wykroić czas na nowe przedsięwzięcia.

„To infinity and beyond!” – Buzz Lightyear.

Pewna inwestycja na przyszłość

Jako rodzic głęboko ubolewam nad tym, że każde dziecko musi się przewrócić, sparzyć i zachłysnąć wodą. Można tłumaczyć, pokazywać, przedstawiać przykłady i wynikające z nich konsekwencje, a młody człowiek i tak musi popełnić ileś tam błędów w życiu, żeby zdobyć doświadczenie. Dobrze, jeśli te błędy są jedynie bolesną nauczką, a nie wydarzeniem, które rujnuje całe życie.

Czy jest wobec tego coś, co rodzice mogą zrobić dla swoich dzieci?

Myślę, że tak. Z moich obserwacji wynika, że w procesie wychowawczym najistotniejszą rolę odgrywa dawanie przykładu: postępowanie zgodnie z głoszonymi poglądami opartymi na prawdzie, moralności i przekonaniu, że w zdecydowanej większości ludzie są z natury dobrzy. To jest inwestycja, która kiedyś zaprocentuje. Kiedy? Nie wiem, ale że zaprocentuje, tego jestem pewien.

Pewna inwestycja

Utrata zaufania do instytucji finansowych, jaka trapi ostatnio posiadaczy oszczędności, powoduje, że testowane są alternatywne metody pomnażania majątku. Postanowiłem przyłączyć się do tego nurtu i…

  • Zainwestowałem swoje pieniądze w budzącej zaufanie instytucji.

    Kasyno 1
  • Wystarczyło włożyć banknot do atrakcyjnie wyglądającego wpłatomatu i naciskać guzik pomnażający oszczędności. Wiele osób wokół robiło to samo, więc nie śmiałem wątpić w reputację firmy przyjmującej wpłaty.

    Kasyno 2
  • Mój kapitał zaczął rosnąć.

    Kasyno 3
  • I rosnąć.

    Kasyno 4
  • I rosnąć.

    Kasyno 5
  • Aż znikł (niestety potwierdzenia tego faktu nie sposób wydrukować).

Zupełnie, jak w prawdziwym banku albo w Warszawskiej Grupie Inwestycyjnej czy u pana Madoffa. Ich troską jest to, żeby klienci wpłacali swoje środki właśnie im, a nie komuś innemu. Cała reszta to czysty hazard. Wniosek stąd taki, że aby ryzykownie rozporządzić swoimi oszczędnościami, nie trzeba wcale jeździć do Las Vegas. W każdym kraju są uczynni ludzie, którzy pomogą nam to zrobić w dogodnym miejscu i czasie.

Po dawce sarkazmu czas na rzecz istotną. Wczoraj zrealizowałem jedno ze swoich największych marzeń: obejrzałem z bliska Wielki Kanion i Zaporę Hoovera. Nigdy nie zapomnę szesnastego marca 2009 roku.

  • Kanion

Golenie jeleni

Strach zajrzał w oczy bankowcom. Zorientowali się, że przegięli. Że postawili zysk swoich organizacji ponad dobrem klientów. W ten sposób narazili na szwank reputację, która moim zdaniem stanowi najważniejszy składnik wartości każdej firmy. Reputację buduje się długą, mozolną i systematyczną pracą, a traci w mgnieniu oka. Dlaczego do tego doszło?

Powód jest dość prozaiczny: ludzka chciwość i walka konkurencyjna. Klienci chcieli zarabiać więcej i dawali się skusić nowymi atrakcyjnymi ofertami. Właściciele banków walczyli o swoje profity i udział w rynku. A „doradcy klienta” pragnęli jak najwięcej zgarnąć dla siebie.

Dobrze byłoby, gdyby ludzie kierowali się tylko szlachetnymi pobudkami. Ale skoro tak nie jest, systemy motywacyjne powinny uwzględniać wpływ ludzkich słabości na sposób realizacji obowiązków służbowych. Tymczasem system premiowania „doradców klienta” w bankach był i zapewne nadal jest wadliwy. Nagradza się ich za sprzedaż nowych produktów inwestycyjnych i kredytowych, a nie za wypracowywanie zysku dla klienta. Bo tak jest prościej i na krótką metę wygodniej. Bo wiele banków to tylko pośrednicy, którzy żyją z prowizji od sprzedaży pakietów przygotowywanych przez wielkich graczy na światowym rynku finansowym. A ci gracze już dawno dostrzegli, że „golenie jeleni” daje dużo większy zysk od pracowitego pomnażania ich oszczędności.

Czy jest jakiś konstruktywny wniosek, który można wyciągnąć z tych niewesołych rozważań?

Tak. Ten wniosek zamyka się w jednym słowie. Tym słowem jest umiar.

Świata być może nie uleczymy, ale jeśli w naszym życiu zachowamy umiar, to staniemy się bardziej odporni na niedoskonałości otaczającej nas rzeczywistości.

Przy czym nie zrozum mnie źle – umiar nie oznacza rezygnacji z wykorzystywania nadarzających się okazji i z życia pełnego satysfakcji. Jeśli „doradca klienta” zaproponuje ci nową atrakcyjną lokatę, nie odrzucaj od razu tej propozycji. Przeanalizuj ją i, jeżeli nie dostrzegasz w ofercie żadnych zasadniczych niejasności, skorzystaj z niej. Ale nie wkładaj w żaden interes wszystkich swoich oszczędności. Być może zostaniesz ogolony, ale przynajmniej nie na całym ciele.