Tag: kino

Nie ufasz mi?

Uwielbiam „Rybkę zwaną Wandą”.

Podczas montażu każdego filmu reżyserzy zwykle rezygnują z szeregu nakręconych scen, ponieważ byłyby one tylko gustownymi ornamentami niewzbogacającymi głównego wątku opowieści. Na przykład do „Rybki… ” nie został włączony następujący dialog:

Wanda: Nie ufasz mi?

Otto: Nie.

Wanda: Och, cóż za „miłe” oświadczenie z rana! Bardzo, bardzo „miłe”!

Otto: Hej, to nic osobistego. Nie ufam nikomu i nie chcę, żeby ktokolwiek mnie obdarzał zaufaniem. Nie poradziłbym sobie z tym. Czy wiesz, dlaczego tak wiele związków się rozpada? Przez zaufanie! Zaufanie! Ludzie nie mogą znieść tej presji. Znika spontaniczność…

Ta sarkastyczna i gorzka w swojej wymowie scena nie daje mi spokoju. Z jednej strony to wspaniałe, gdy masz w swoim otoczeniu ludzi, którym ufasz. Ale z drugiej strony takie pragnienie rozbudza twoje oczekiwania wobec rzeczywistości. Przestajesz być wdzięczny za to, co masz, i wystawiasz się na ciosy, kiedy ludzie cię zawodzą.

Może rzeczywiście lepiej nie ufać nikomu? W takim sensie, w jakim robi to Otto: po prostu jako standardowe podejście do bliźnich, a nie coś dramatycznie osobistego?

Jeden z ludzi sukcesu powiedział mi ostatnio, że nie ufa nikomu i wcale mu to nie przeszkadza w efektywnej współpracy z podwładnymi, klientami i konkurentami. Twierdzi, że jego pole działania jest w ten sposób oczyszczone z nieuzasadnionych oczekiwań rodzących niepotrzebne emocje.

A ty? Co o tym sądzisz?

Czy jesteś wystarczająco silny, żeby nikomu nie ufać?

Jak blisko śmierć…

TIR grozy

Jak blisko śmierć musi przejść obok nas,
By człowiek zrozumiał swój los?

To pytanie zadał Andrzej Bianusz w polskim tłumaczeniu tekstu słynnego przeboju Boba Dylana „Blowin’ in the Wind”.

Ja też sobie je ostatnio zadałem, gdy o sekundę spóźniłem się na spotkanie z łamiącym wszelkie przepisy i zdrowy rozsądek, rozpędzonym tirem. Na animacji, którą widzisz powyżej, jadę zielonym samochodem po swoim pasie, a czerwony tir mknie na wprost, nie zważając, że jego pas ruchu się w tym miejscu kończy. Gdybym był odrobinę szybszy, zostałbym staranowany albo zrolowany pod jego naczepą…

Na szczęście tak się nie stało i bezpiecznie wróciłem do domu. A tam odkryłem niezwykły, szokujący, brytyjski serial „Black Mirror”, który podrzuca do przemyślenia dylematy etyczne związane z kierunkiem rozwoju naszej cywilizacji.

Odcinek „Be Right Back” prowokuje do rozważań, co by było, gdyby zaoferowano usługę kontaktu ze zmarłymi osobami. A właściwie nie ze zmarłymi osobami, ale z ich symulatorami stworzonymi na podstawie wszystkich materiałów, które te osoby zamieściły w internecie. Na ile odtworzony sposób wyrażania się i tembr głosu dawałaby wrażenie obecności tych, którzy odeszli na zawsze? Na ile rozmowa z nimi pomagałaby ukoić żal po stracie ukochanych i odczuwać ich wsparcie w trudnych chwilach?

Fascynujące, nieprawdaż?

A puenta? Puenta tego wpisu jest taka, że gdyby tirami kierowały komputery, a nie ludzie, to mniejsze byłoby prawdopodobieństwo, że moje życie zawisłoby na włosku. Dlaczego? Bo choć czasami maszyna może ulec uszkodzeniu, to przynajmniej nie jest głąbem z kompleksami!

A bo oni

„Plan pozytywnego działania” Napoleona Hilla jest skarbnicą wielu dających do myślenia spostrzeżeń. Oto jedno z nich:

Cudze błędy są kiepską wymówką dla twoich własnych.

Niezależnie od merytorycznej oceny poczynań obecnych władz Rzeczpospolitej Polskiej jedna rzecz budzi mój niesmak. Na każdą krytykę swojego postępowania przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości odpowiadają „a bo oni (czyli Platforma Obywatelska) też to robili!”.

Jest taka scena w serialu „Czterej pancerni i pies”, kiedy to dowódca czołgu powstrzymuje Janka i Gustlika przed wymierzeniem folksdojczowi sprawiedliwości. Przed samosądem. Olgierd woła wtedy:

Kapral Jeleń! Kapral Kos! Chcecie być do nich podobni?

I ma rację!

Bo nienawiść i chęć odwetu są zaraźliwe.

Nie da się naprawić świata, stosując zgniłe metody, za pomocą których ten świat zepsuto.

A ty jak sądzisz?

Czy według ciebie cel uświęca środki?

Marsjanin GTD

Wielokrotnie słyszałem, że „Marsjanin” jest znakomitą książką. W obliczu zbliżającej się premiery opartego na niej filmu postanowiłem dłużej nie zwlekać. I nie zawiodłem się. W dwa dni połknąłem to, co urodziło się w głowie autora – Andy’ego Weira.

To jest nowy gatunek literatury! Nie fantastyka naukowa, nie powieść podróżnicza, nie thriller, ale połączenie tego wszystkiego w coś, co można byłoby nazwać przygodowym blogiem realistyczno-naukowym. Większość książki stanowią chronologiczne zapiski głównego bohatera (blog) opisujące jego zmagania z oporną marsjańską rzeczywistością. Właśnie: RZECZYWISTOŚCIĄ! To, co autor opisuje, albo już jest, albo będzie możliwe w najbliższych latach. Nie ma tu żadnych teleportacji, podróży w czasie, lotów z ponadświetlną prędkością czy rękawic antygrawitacyjnych. Jest natomiast biurokracja NASA i durne wymogi współczesnych mediów oraz świata polityki.

Nie wiem, jaki wyjdzie z tego film, ale moim zdaniem „Marsjanina” nie da się przełożyć na język obrazów. To dziennik zawierający zadziwiające przemyślenia, sprytne obliczenia i pełne cynicznego humoru monologi wewnętrzne Marka Watneya. Dlatego zanim pójdziesz na ten film, koniecznie przeczytaj książkę. To nie jest takie trudne. Czyta się ją jak ekscytujący blog podróżniczo-przygodowy.

Dla mnie, entuzjasty metody Getting Things Done (GTD) Davida Allena, „Marsjanin” ma jeszcze jedną zaletę: propaguje podejście GTD. Stąd tytuł tego wpisu: „Marsjanin GTD”. Otóż główny bohater radzi sobie z każdym problemem w następujący sposób: wyznacza cel, który chce osiągnąć (Pożądany Wynik), i skupia się na Najbliższym Działaniu zbliżającym go do tego celu. Dopiero potem zajmuje się określaniem kierunku dalszych prac. GTD w czystej postaci!

Jeśli mój entuzjazm jeszcze cię nie zaraził, może zachęcę cię następującym cytatem, który dobrze oddaje ton całej książki:

Tak, z każdą burzą nadchodzi nieuniknione Czyszczenie Ogniw Słonecznych. Uhonorowana czasem tradycja obchodzona przez prawdziwych Marsjan, takich jak ja. Przypomina mi czasy, gdy dorastałem w Chicago i musiałem łopatą odgarniać śnieg. Uznanie dla mojego ojca; nigdy nie mówił, że to po to, by wzmocnić mój charakter lub nauczyć mnie wartości ciężkiej pracy.

„Odśnieżarki są drogie” – mawiał. – „Ty jesteś za darmo.”

Raz próbowałem poskarżyć się mamie. „Nie bądź takim mięczakiem” – powiedziała.

[Andy Weir, „Marsjanin”, s. 162]

Umowy śmieciowe w Los Angeles

Fajny film wczoraj widziałem. Na DVD. „Nightcrawler” (w polskiej wersji „Wolny strzelec”) z Jake’em Gyllenhaalem w roli głównej.

Niektórzy uważają, że jest to film o krwiożerczej, bezwzględnej naturze współczesnych mediów, ale je przychylam się do opinii Łukasza Muszyńskiego z Filmwebu, który twierdzi, że to opowieść o „self-made manie, energicznym przedsiębiorcy i bezkrytycznym konsumencie mass-mediów, drobnym bandziorze przemawiającym żarliwie w korponarzeczu – słowem o bohaterze na miarę dziwnych czasów, w jakich przyszło nam żyć”.

Koleś zatrudnia pracowników na bezpłatne staże, a gdy żądają podwyżki… nie, nie będę ci psuł przyjemności oglądania. Sam się przekonasz, co spotyka tych, którzy chcieliby więcej.

Na zachętę krótki cytat – przemówienie przedsiębiorcy do nowo zatrudnionych pracowników:

Gratuluję!
Zostaliście wybrani przez Video Production News, co jest dowodem uznania dla waszych dotychczasowych osiągnięć i wyjątkowych kwalifikacji. Wierzę, że dzięki ciężkiej pracy i zaangażowaniu zaliczycie ten staż i będziecie kontynuować karierę jako pełnoetatowi pracownicy Video Production News. Z doświadczenia wiem, że najpewniejszą drogą na szczyt jest słuchanie i wypełnianie moich poleceń. Czasami możecie odczuwać dezorientację lub niepewność, ale pamiętajcie: nigdy nie proszę o coś, czego sam bym nie zrobił.

Chciałbyś pracować dla Video Production News?

Zajrzyj za kulisy!

Leo Babauta napisał ważny tekst „The Miracle of Suspending Mis-Belief” [zenhabits.net], który pozwoliłem sobie dość dowolnie przetłumaczyć i niniejszym udostępniam.

Czyż nie byłoby cudownie, gdybyś mógł rozpuścić swoje lęki, niepokój, stres, frustrację i złość, tak jak cukier rozpuszcza się w herbacie? I dokonać tego tylko za pomocą niewielkiej zmiany nastawienia?

Być może odpowiedź kryje się w sposobie, w jaki odbieramy filmy wyświetlane na srebrnym ekranie lub w telewizji.

Wczoraj wieczorem oglądałem z dziećmi trylogię „Władca pierścieni” i w pewnym momencie moja 9-letnia córeczka powiedziała, że niektóre sceny ją przerażają. Zacząłem jej tłumaczyć, że przecież to tylko aktorzy i czy to nie zabawne, że się tak poprzebierali, żeby nam opowiedzieć tę historię. Zaglądając z nią za kulisy filmu, próbowałem pomóc jej „rozpuścić” strach, który ją opanował.

Zadziwiające, ale okazuje się, że takie podejście działa również w stosunku do wszystkich innych obaw i nieprzyjemnych uczuć, które na co dzień nas nawiedzają. Wystarczy, że wówczas zajrzymy za kulisy filmu, który wyświetla się w naszej głowie.

Pomyśl tylko: kiedy oglądasz film, nie zaglądasz za kulisy. Wiesz, że to wszystko jest udawane, ale na 90 minut postanawiasz o tym fakcie zapomnieć. Chcesz wierzyć w to, co widzisz. Dzięki temu film może cię poruszyć, wycisnąć twoje łzy, oburzyć, przestraszyć lub przynieść ci satysfakcję przeżywania dramatycznego zwrotu akcji. Czasami jednak narracja cię nie wciąga, aktorzy są nieprzekonujący, a efekty specjalne kiepskie. Wówczas magia kina nie działa i widać tylko kulisy.

W naszym pozakinowym życiu nieustannie wierzymy w filmy, które wyświetlają się w naszych umysłach. Myśląc o czyjejś nieuprzejmości, widzimy opowieść o sobie w roli głównej i o tej drugiej osobie jako „czarnym charakterze”, który wyrządza nam krzywdę. Gdy ktoś nie kocha nas tak, jakbyśmy tego chcieli, wierzymy, że to komedia romantyczna, w której ta druga osoba powinna ulec naszemu urokowi i związać się z nami na dobre i na złe. To dzieje się bez przerwy – cała nasza złość, stres, smutek i depresje wynikają z opowieści o otaczającym nas świecie, które snujemy w swoich głowach.

Tymczasem nie jesteśmy pępkiem świata i to, co się dzieje wokół nas, nie jest tak naprawdę fragmentem „naszej opowieści”. Po prostu „się dzieje”. Bardzo często przypadkowo, ale my, żeby zapanować nad tym chaosem, staramy się przypisać wydarzeniom jakiś logiczny porządek. Tworzymy narracje tam, gdzie ich wcale nie ma. Wydaje nam się, że kimś powodują złe intencje, gdy w rzeczywistości ta osoba tylko snuje swoją opowieść.

Jak sobie z tym poradzić? Tak, jak podczas oglądania filmu. Kiedy przestajemy wierzyć w opowieść i zaglądamy za kulisy, widzimy jedynie ruchome obrazy stworzone z rekwizytów, kostiumów, scenografii, efektów specjalnych, scenariusza, oprawy dźwiękowej oraz innych elementów. Zaczynamy dostrzegać świat X muzy taki, jakim jest, i nie odczuwany już bólu, gniewu czy strachu.

Kiedy dopadają nas negatywne emocje, możemy przestać wierzyć filmowi wyświetlającemu się w naszej głowie, zajrzeć za kulisy i dostrzec rzeczywistość, która tak naprawdę składa się tylko z fizycznych obiektów poruszających się wokół nas. Atomów, cząsteczek, żywych organizmów i ludzi, którzy potrafią mówić i tworzyć. Nie są częścią opowieści – po prostu „są”. Odwiązując się od błędnego przeświadczenia, że to wszystko jest spójną intrygą, możemy pozbyć się związanych z nią obaw, gniewu i frustracji.

Dlatego, gdy jesteś zestresowany, smutny lub zły, nie rób sobie wyrzutów – każdego to dopada. Ale uświadom sobie, że, jeśli tylko zechcesz, możesz przestać wierzyć w spisek rzeczywistości i zajrzeć za jej kulisy.

Uwielbiam plotki

„Uwielbiam plotki. Fakty są zwodnicze. Plotki są ciekawsze.” – pułkownik Hans Landa („Bękarty Wojny”)

Nie, nie jestem zwolennikiem plotkowania. W szczególności celowego rozsiewania informacji mających komuś zaszkodzić. Ale ludzie lubią powtarzać niesprawdzone, zasłyszane gdzieś „fakty”, jeśli tylko czują, że mają na nie monopol.

Plotki są świetnym źródłem informacji, ponieważ, jak głosi stare polskie przysłowie, w każdej z nich tkwi ziarenko prawdy.

Zdziwisz się, ale nawet całkowicie fałszywa plotka zawiera prawdę. Oczywiście nie w swojej treści, ale w tak zwanych metadanych. Zapamiętaj, kto o kim kłamie, i zastanów się dlaczego. To da ci dużą przewagę w kontaktach z otoczeniem. A poza tym będziesz wiedział, komu nie powinieneś ufać…