Tag: kino

Strzeż się mówiących ludzkim głosem!

Zgodnie z tradycją w Wigilię Bożego Narodzenia o północy zwierzęta mówią ludzkim głosem. Niektórzy utrzymują, że tradycję tę kultywują tylko niektóre zwierzęta. Świadczy o tym pamiętny cytat z filmu „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?”:

– Czekaj, cholero, jak cię złapię.
– Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?
– Tato, słyszałeś?
– Widzisz synku, w noc świętojańską kwitnie kwiat paproci, który normalnie nie kwitnie, gdyż ma zarodniki. Gadają ludzkim głosem krowy, konie i świnie…
– To chyba tylko w wigilię.
– W wigilię, to te wierzące.

Ale, wracając do zwierząt, uważam, że należy bardzo ostrożnie podchodzić do oświadczeń wygłaszanych przez nie w wigilijną noc. Mówienie ludzkim głosem nie jest ich normalnym zachowaniem. Robiąc to, starają się nam przypodobać, zrobić coś pociesznego, co wprawi nas w znakomity humor i zapewni dobry klimat dla dalszego zgodnego współżycia w domu i w zagrodzie przez kolejny rok. Nie łudźmy się – to jest po prostu rodzaj chwytu marketingowego, który ma im zapewnić przebywanie w okolicach żłoba (albo michy) przez następną, dwunastomiesięczną kadencję. Nic dziwnego więc, że mówią nam wtedy tylko same sympatyczne rzeczy. Czas szczekania i kąsania nadejdzie później. Odgrywając tę komedię po prostu nie są sobą!

Nie inaczej jest w świecie polityki. Zapewne sam możesz podać wiele przykładów, kiedy polityk, którego nie trawisz, nagle zaczynał mówić ludzkim głosem, jego głębokie myśli z lekkością wsączały się do twojego ucha, a ręka sama chciała postawić krzyżyk przy jego nazwisku na karcie wyborczej. A po wyborach, jak zwykle, wszystko wracało do „normalności”.

Dlatego ostrzegam:

Strzeż się mówiących ludzkim głosem!

Szczególnie wtedy, kiedy zjawisko to wydaje się być cudem…

The Social Network – dylematy człowieka czynu

To było nieuniknione. Musiałem zobaczyć „The Social Network” – film o Marku Zuckerbergu, twórcy Facebooka, najmłodszym miliarderze naszych czasów. Obraz Davida Finchera jest bardzo dobrze opowiedzianą, choć miejscami znacznie odbiegającą od faktów, historią powstania tego najpopularniejszego obecnie portalu społecznościowego. W wielu środowiskach kogo nie ma na Facebooku, ten nie istnieje.

Mark Zuckerberg został w filmie przedstawiony w sposób niejednoznaczny. Z jednej strony wydaje się być aroganckim szczeniakiem, który bez skrupułów wykorzystuje znajomych i przyjaciół, ale z drugiej strony konsekwentnie prowadzi swoją firmę i współpracowników, którzy podzielają jego punkt widzenia, ku globalnemu sukcesowi. Nie toleruje w swoim otoczeniu osób, które nie ogarniają jego wizji i usiłują skierować całe przedsięwzięcie na inne tory.

Myślę, że ten wątek: jak pogodzić lojalność wobec współpracowników z lojalnością wobec firmy i wymyślonej przez siebie strategii jej rozwoju, jest jednym z najważniejszych tematów do przemyśleń po powrocie z kina.

Jeśli twoje ambicje ograniczają się do pracy na etacie, prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej czy samodzielnego uprawiania ziemi, nie masz takich dylematów. Natomiast, gdy twoim celem jest wielki sukces biznesowy, potrzebujesz wsparcia wielu osób. Na początku są to z reguły przyjaciele, znajomi i członkowie rodziny. I wszystko jest dobrze do momentu, kiedy twoja wizja zaczyna przerastać niektórych członków zespołu. Zaczynają wówczas być „hamulcowymi”. Bardzo często robią to z dobrego serca, chcąc cię uchronić od wielkiej porażki.

Właśnie wtedy musisz podejmować najtrudniejsze decyzje: zrezygnować ze swojej strategii rozwoju firmy i zachować ich przyjaźń, czy iść dalej bez nich. Często jest tak, że tylko jeden z twoich przyjaciół „nie nadąża” i dla dobra pozostałych musisz go porzucić na początku drogi. Jak Beatlesi Pete Besta. Jak Pink Floydzi Syda Barretta.

Uważam, że jedynym etycznym rozwiązaniem w takiej sytuacji jest szczera rozmowa i dołożenie wszelkich starań, żeby przekonać nieprzekonanych do swojej wizji. A jeśli to nie pomoże, elegancko rozstać się i pójść w swoją stronę. Niestety często takie rozstania nie przebiegają łagodnie, ponieważ każdy zwykle przecenia swoją rolę w sukcesach, do których się przyczynił. Ale taka już jest ludzka natura…

Deska Sławomira Idziaka

W kontekście mojego planu na następny tydzień (wybieram się nad polskie morze) – dwa cytaty z zamieszczonego 18 lutego 2010 roku w Dużym Formacie (dodatek do Gazety Wyborczej) wywiadu ze Sławomirem Idziakiem, światowej sławy operatorem filmowym (między innymi „Helikopter w ogniu” i „Harry Potter i Zakon Feniksa”):

Lubi pan swój zawód? Ostatnio chyba pan przystopował?

– Tak naprawdę lubię pływać na desce surfingowej, to mnie najbardziej interesuje. Gdybym nie pływał chociaż przez miesiąc w roku, byłbym nieszczęśliwy. Za chwilę wyjeżdżam w tym celu na Wyspy Zielonego Przylądka, bo latem siedzę na Helu.

Jakość życia jest szalenie istotna. Często ludzie zapamiętują się w jakichś działaniach, zapominając, że mogą swoje życie zmienić. Ja dozuję to, co robię. Nie chcę umrzeć na planie filmowym.

(…)

Co jest teraz dla pana ważne?

– Najchętniej bym odpowiedział, że pływanie na desce. Nie miałem poczucia większego sukcesu niż wtedy, gdy zrobiłem zwrot na desce w ślizgu. Wcześniej przez lata mi to nie wychodziło, więc pomyślałem: „O, wreszcie coś mi się w życiu udało”. Jak schodzę z deski umęczony, to uśmiecham się do siebie, co rzadko zdarza mi się w pracy.

Ferdynand Kiepski odkrywa cel życia

Wpis „How to Discover Your Life’s Purpose – 7 Questions to Ask” / Dumb Little Man zawiera 7 pytań ułatwiających czytelnikowi znalezienie celu swojego życia. Zadałem te pytania reprezentatywnemu przedstawicielowi polskiego społeczeństwa Ferdynandowi Kiepskiemu. Oto jego odpowiedzi:

  1. – Co uwielbiasz robić?
    – Jak to co? Siedzieć przed telewizorem i popijać piwko! He, he.
  2. – A co robisz w wolnym czasie?
    – Jak to co? Siedzę przed telewizorem i popijam piwko! He, he.
  3. – Co szczególnie zwraca twoją uwagę? Co cię irytuje?
    – Jak to co? Głupoty w telewizji i brak piwka!
  4. – Czego lubisz się uczyć? Jakie tematy zgłębiać?
    – Uczyć? Panie, ja już wszystko umiem, tyle że w tym kraju nie ma roboty dla kogoś z moimi kwalifikacjami!
  5. – Co wyzwala twoją kreatywność?
    – Jak to co? Ta menda Paździoch. I ten pornogrubas Boczek. A czasami, to sam nie wiem skąd mam jakiegoś fajnego pomysła.
  6. – Za co chwalą cię ludzie?
    – No, że wypić to ja mogę dużo. I że patriotą jestem.
  7. – Za co byś się wziął, gdybyś wiedział, że nie poniesiesz porażki?
    – Może wystąpiłbym w „Tańcu z Gwiazdami”? Ale… A bo to mi źle siedzieć przed telewizorem i popijać piwko! He, he. I gitara!

Bękarty wojny

W sobotę wybrałem się z rodziną do kina na „Bękarty wojny” Quentina Tarantino. Nie da się ukryć: Quentin robi filmy na poziomie. To świetny gawędziarz. Jego opowieści mają znakomitą strukturę i tempo. Nie pozwalają na jakiekolwiek wątpliwości, które na innych seansach prowokują ukradkowe spojrzenia na zegarek. Ponad dwie godziny żonglowania konwencjami, zderzania ich i mieszania mijają niepostrzeżenie. Wychodząc z kina, dziwisz się, że zrobiło się już tak późno.

Jedno mnie tylko zaniepokoiło. Nie wiem, co tak naprawdę autor chciał mi tym filmem powiedzieć. Czy w tej doskonałej formie zawarty jest jakiś głębszy sens, czy tylko smutne przesłanie, że okrucieństwo i zemsta są istotą naszej cywilizacji, kryjącą się pod gładką powłoką galanterii i erudycji? Że otaczający świat jest niczym doskonały strudel z obowiązkowym kremem w paryskiej kafejce, z braku czasu niedokończony i przebity niedopałkiem papierosa?