Tag: motoryzacja

Ból czerwonego światła

Czerwone światło na skrzyżowaniu boli jak nóż wbijany prosto w serce.

Jeszcze przed chwilą zielone sygnalizowało, że mogę jechać, że świat należy do mnie, że moje plany są realne i że nie będę gorszy od innych kierowców, którzy jadą przede mną.

I nagle zieleń zmienia się w ostrzegawczą żółć – żółć, która stawia pod znakiem zapytania moją wolność i nakazuje przygotować się na najgorsze.

Nie, nie mogę na to pozwolić! Nic mnie nie zatrzyma. Dlaczego ja?

I choć cisnę gaz, ile sił w nodze, wiem, że nie zdążę, że czerwień błyśnie w narożniku mojej szyby i krzyknie drwiąco:

„Nie dla psa kiełbasa! Stój i grzecznie czekaj. Patrz, jak w oddali znikają tylne światła tych, którzy dali radę przeskoczyć.”

I wtedy zamykam oczy. Albo pluję wzrokiem sygnalizatorowi prosto w ohydne przekrwione ślepia. I mknę niepowstrzymany ku wolności, bo gdybym się zatrzymał, byłbym tchórzem niegodnym zmagań z innymi herosami szos, którym niestraszne są ograniczenia i nakazy.

A może wówczas po raz pierwszy zwyciężyłbym swój jaszczurczy mózg, który tak boi się, boi się, boi się…, że inny jaszczurczy mózg zaśmieje mu się prosto w twarz?

Nie, ból czerwonego światła jest zbyt dotkliwy, żebym pozwolił sobie na taką słabość…

Zakaz skrętu w lewo

Czy wiesz, że ciężarówki firmy kurierskiej UPS nie skręcają w lewo?

Nie wynika to jednak z ich konstrukcji lub uszkodzeń układu kierowniczego.

Nie wynika to też z preferencji politycznych kierowców lub kadry zarządzającej.

Powód jest prosty:

Skręt w lewo jest kosztowniejszy i niebezpieczniejszy od skrętu w prawo.

Po pierwsze: trzeba przepuścić pojazdy nadjeżdżające z przeciwka, a czas płynie i paliwa w baku ubywa. To kosztuje.

Po drugie: statystyki nie pozostawiają żadnych wątpliwości: przyczyną wielu wypadków jest nieprawidłowo wykonywany manewr skrętu w lewo. A to kosztuje jeszcze więcej.

Zarząd UPS spowodował więc wprowadzenie do oprogramowania, które wyznacza trasy samochodów kurierskich, zasady unikania skrętów w lewo. Zmiana ta zaowocowała znaczącym zmniejszeniem kosztów eksploatacji taboru i wypadkowości.

Niezły pomysł, nieprawdaż?

Montana Paradox

We wrześniu 1995 roku władze stanu Montana powróciły do obowiązującego przed 1975 rokiem ograniczenia prędkości na autostradach do wartości określanej jako „rozsądna i rozważna”. Tak jak na autostradach niemieckich, gdzie ograniczenia nie są wyrażone liczbami, ale płynnością ruchu odczuwaną w danych warunkach przez kierowców jako bezpieczna. Przez następne pięć lat, kiedy na autostradach poza terenami zabudowanymi nie obowiązywało żadne ograniczenie prędkości, w Montanie zanotowano najmniejszą od 25 lat liczbę śmiertelnych ofiar wypadków. Jednak w tym samym czasie policja stanowa postanowiła zastosować własną, niezgodną z intencjami ustawodawców, interpretację tego standardu, wyznaczając maksymalną dozwoloną prędkość równą 80-90 mil na godzinę. Podczas postępowania sądowego dotyczącego wystawionego przez policję mandatu Sąd Najwyższy stanu Montana zakwestionował przepis ograniczający prędkość do wartości „rozsądna i rozważna” jako niezgodny z konstytucją ze względu na niejednoznaczność i nieokreśloność. W związku z tym w 2000 roku władze stanowe przywróciły obowiązywanie Narodowego Ograniczenia Prędkości Maksymalnej i już w tym samym roku zanotowano wzrost liczby śmiertelnych ofiar wypadków o 111 procent. Przez następne dwa lata pobite zostały wszelkie dotychczasowe rekordy w tym zakresie.

Matthew E. May „In Pursuit of Elegance” (66)

Od malucha do toyoty

MALUCH

Maluch był moim pierwszym samochodem. Świadkiem wielu pierwszych rzeczy, które zrobiłem w życiu. Na powyższym zdjęciu, tuż przed wskoczeniem za kierownicę, patrzę na moją przyszłą żonę, która z balkonu robi mi pamiątkową fotkę. To ostatni dzień wakacji i wolności przed założeniem munduru (w moich czasach po ukończeniu studiów należało odbyć roczne przeszkolenie wojskowe). Wielu moich kolegów unikało tego obowiązku, uciekając się do naciąganych opinii lekarzy, jednak ja w tej sprawie byłem i jestem przesądny: wierzę, że zasłanianie się stanem zdrowia, kiedy ono dopisuje, sprowadza chorobę – jest wywoływaniem wilka z lasu. Jedni mogą uznać takie podejście za głupotę i naiwność, ale dla mnie to jeden z filarów mojej filozofii życiowej.

Maluch dobrze mi służył przez 6 lat. Raz zrobiłem mu krzywdę, gdy wyjechałem do tyłu z garażu z otwartymi drzwiami. Aż się okręcił słupek, do którego te drzwi były przymocowane.

Na dachu tego samochodziku podróżowała nad Zalew Zegrzyński nasza deska windsurfingowa – pierwszy zakup, jakiego dokonaliśmy wspólnie z moją przyszłą małżonką.

Teraz jeżdżę toyotą, ale okazało się, że mój pierwszy i obecny samochód mają coś wspólnego. Był okres, kiedy w maluchu zaczął się zacinać pedał gazu. Po wciśnięciu nie odskakiwał, lecz pozostawał w dowolnie wybranej pozycji. Należało wówczas go odciągnąć, wkładając stopę pod pedał. Niestraszne są mi więc ostatnie doniesienia o podobnych problemach w całej generacji toyot. Stare umiejętności czekają na swoją okazję, a ja bez stresu – na wezwanie do serwisu.

Szerokiej drogi!

Korki i objazdy bez stresu

Pamiętaj, że tylko naprawdę szczęśliwy człowiek potrafi podziwiać piękno szarych, październikowo-listopadowych okoliczności przyrody, stojąc w olbrzymim korku lub podróżując niespodziewanym objazdem przygotowanym przez figlarnych drogowców.

Dlatego nie spiesz się, nie pędź, porozmawiaj z towarzyszami podróży i pamiętaj, że oprócz osiągnięcia celu ważny jest także smak samej wędrówki.

Życie jest zbyt piękne, żeby zakwaszać je bzdyczeniem się na to, na co nie masz wpływu, lub tracić je w wyniku widowiskowego, czołowego zderzenia z nadjeżdżającym TIR-em.

Szerokiej drogi!

Prawo jazdy dla niekumatych

Egzamin miał się już ku końcowi, egzaminator nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń do jazdy zdającego. Do Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego pozostało tylko jedno skrzyżowanie. Zdający czekał, aż przez skrzyżowanie przejadą wszystkie pojazdy mające w tym miejscu pierwszeństwo, gdy, na jego nieszczęście, jeden z kierowców zlitował się, zwolnił i gestem dał znak, żeby „nauka jazdy” włączyła się do ruchu.

– Ha! – krzyknął zachwycony egzaminator. – Wymusił pan pierwszeństwo! Koniec egzaminu!

– Ale przecież tamten dał mi znak, że mnie przepuszcza – próbował bronić się zdający.

– Nic nie widziałem – z tryumfem w głosie oświadczył egzaminator.

Nie opisuję tej sytuacji, żeby dać wyraz swoim emocjom związanym z egzaminacyjnym niepowodzeniem bliskiej mi osoby. To po prostu świadectwo choroby systemu, w którym dostawca usług (egzaminator) jest premiowany za brak sukcesu swoich klientów (zdających). I nie mówię tu tylko o przypadkach korupcji, kiedy wynagrodzenie to jest niezgodne z prawem, ale i o tym, że każda kolejna próba egzaminacyjna to konkretna wpłata do kasy Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego.

Najbardziej demoralizujące są w tym wszystkim następujące, zasłyszane przeze mnie, rady dla zdających:

„Nie myśl, nie interpretuj i nie dbaj o płynność ruchu. Na to przyjdzie czas, gdy przebrniesz już przez egzamin, ponieważ jest on metodą przywoływania do porządku tych, którzy za szybko chcą być kumaci.”

PS. Jeśli jesteś kierowcą i widzisz „naukę jazdy”, nie wpuszczaj jej, gdy masz pierwszeństwo, ponieważ w ten sposób możesz ułatwić zadanie przyczajonemu egzaminatorowi!

Autoskoczek

Są kierowcy, którzy uwielbiają przeskakiwać z pasa na pas. Korek jak diabli, co chwilę światła, a oni z niezachwianą pewnością słuszności swojego postępowania przemieszczają się z lewego pasa na środkowy, znów na lewy, znów na środkowy, a potem na prawy i tak dalej, bez chwili wytchnienia. Powiem szczerze, że jestem chyba zbyt przywiązany do idei bezstresowego życia, żeby jeździć w ten sposób. Zmieniam pas tylko wtedy, kiedy samochody obok mnie rzeczywiście poruszają się zdecydowanie szybciej. Autoskoczkowie nie przeszkadzają mi, o ile ich harce nie są zbyt bezczelne i nie powodują zamieszania na drodze.

Być może, w niektórych sytuacjach ten sposób jazdy pozwala pokonać trasę w nieco krótszym czasie, ale ostatnio zdarzyło mi się obserwować wyjątkowo zdeterminowanego autoskoczka (towarzyszyła mu bardzo urodziwa, młoda niewiasta), który na odcinku 5 kilometrów wyprzedził mnie 3 razy :-). Po prostu nie miał szczęścia w wyborze pasów ruchu.

Moim zdaniem „autoskoczkowanie” z pasa na pas jest doraźną taktyką jazdy, która ma zastąpić nieistniejącą strategię działania. Jesteś w niedoczasie wtedy, kiedy szwankuje twoje planowanie i generalne podejście do podejmowanych zobowiązań. Spóźniasz się, ponieważ wcześniej zbyt wiele czasu poświęciłeś na rzeczy nieistotne (tylko nie mów mi, że przez całą dobę zajmujesz się jedynie tym, co ważne i pożyteczne).

Jeśli lubisz „autoskoczkować”, nie rób tego z konieczności, lecz dla przyjemności, szanując innych użytkowników drogi i tocząc z nimi szlachetne współzawodnictwo, a nie walkę na śmierć i życie. Urodziwe niewiasty (i urodziwi kawalerowie) z pewnością docenią twój luz, uśmiech i brak kropelek potu na czole.