Tag: biznes

Tajemniczy mistrzowie

TAJEMISTJakiś czas temu w Biznesie Bez Stresu mieliśmy Szwajcarski Tydzień oparty na cytatach z książki Wolfganga Koydla „Możesz być bogaty, czyli jak Szwajcarzy osiągnęli sukces”. Autor wspomniał tam o innej książce „Tajemniczy mistrzowie XXI wieku” Hermanna Simona. Tajemniczy mistrzowie to małe, zwinne, doskonale prosperujące firmy, które opanowały wąskie, wyspecjalizowane segmenty rynku. To jest model biznesu, który lubię! Jeśli prowadzisz taką działalność i chcesz stać się światowym liderem, chętnie ci pomogę! Tymczasem przeczytaj trzy cytaty z tej interesującej książki:

Czytaj dalej…

Decybel inżyniera

DECYBELRasowy inżynier to artysta. Misją jego życia jest nadawanie niedoskonałej rzeczywistości doskonałego kształtu. Tworzenie rzeczy perfekcyjnych z zapierającą dech w piersi wytrwałością. I z tego powodu większość dobrych inżynierów nie potrafi stać się dobrymi biznesmenami. Choć zdarzają się wyjątki.

Czytaj dalej…

Góry i doliny

GORYDOLYBiznes to nie spacer po równinie. To ciągła huśtawka nastrojów. Po zdobyciu każdego szczytu schodzisz do doliny, żeby potem wspiąć się na kolejny szczyt. Chyba że zsuniesz się do wąwozu o zbyt stromych zboczach… To ciężka wędrówka, podczas której co pewien czas zaczynasz sobie zadawać pytanie, czy warto ją kontynuować.

Czytaj dalej…

Srutu tutu, kłębek drutu!

„Dlaczego porażka może przybliżyć cię do sukcesu?” – tak zatytułowała swój wpis pewna blogerka.

A ja na to:

Srutu, tutu, kłębek drutu!

Cała branża rozwoju osobistego to wmawianie ludziom, że sukces jest tuż za rogiem. Że wystarczy tylko wyjrzeć i już go widać, słychać i czuć. Że nawet największe niepowodzenia są krokiem w dobrym kierunku, bo przecież można z nich wyciągnąć konstruktywne wnioski!

Owszem, można, ale dlaczego tak niewiele osób jest w stanie to zrobić?

Dlatego, że nie wystarczyć wyciągnąć wnioski – trzeba jeszcze coś z nimi zrobić! Zmienić swój sposób działania i naprawić to, co zostało spaprane. Tymczasem spotykam mnóstwo osób, dla których podstawowym działaniem po porażce jest zakup kolejnego poradnika „Jak odnieść sukces w życiu”. Robią tak, ponieważ… poprzedni podręcznik nie zadziałał.

Nie łudź się! Zdecydowana większość porażek wcale nie zwiastuje przyszłych sukcesów. Albo są tak dotkliwe, że bardzo długo będziesz wydobywał się z dołka, w który wpadłeś, albo nie wyciągniesz z nich żadnych niewygodnych wniosków, które wpłynęłyby na zmianę twojego postępowania i nadal będziesz powtarzał swoje błędy.

Mówią, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Akurat! Czy gdy bandyta wybije ci jedno oko, to drugim zaczniesz lepiej widzieć? Co za stek bzdur!

Co gorsze, wcale nie jest też powiedziane, że sukces musi prowadzić do kolejnego sukcesu! Oczywiście łatwiej jest przeskoczyć kałużę z rozpędu, ale na jej brzegach często czai się błocko, które z radością nada idealny poślizg twoim butom. I orzeł gotowy. Pędząc od sukcesu do sukcesu zaczynasz przeceniać swoje możliwości, brać chwilową przychylność losu za pewnik i dochodzić do wniosku, że jesteś nieomylny.

Jaki więc morał wynika z tego mojego gderania?

  1. Nic nie zastąpi zdrowego rozsądku i uczciwego spojrzenia na swoje dokonania.
  2. Nic nie zastąpi przekuwania wniosków w działanie.
  3. Każde zdarzenie – sukces, porażka, a nawet zwykła, szara rzeczywistość – może być uwerturą zarówno do zwycięstwa, jak i do sromotnej klęski. Twoim zadaniem jest zwiększanie prawdopodobieństwa własnej wygranej – wytrwałe zachęcanie losu, żeby przeszedł na twoją stronę.

Zosia Samosia czy szkodnik?

Kilka dni temu miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu Prezesa i grupy menedżerów pewnej firmy z przedstawicielami poważnego kontrahenta zagranicznego. Po zakończeniu obrad Prezes zwrócił się do jednego ze swoich podwładnych, menedżera niższego szczebla, z prośbą:

– Panie Marianie, czy mógłby Pan odwieźć swoim samochodem służbowym przedstawicieli kontrahenta do hotelu w centrum miasta?

– Ale, Panie Prezesie, wracając z centrum do domu, musiałbym o tej porze stać w korkach! – odparł z troską w głosie Pan Marian.

– No trudno, to już sam ich odwiozę – zakończył z westchnieniem rozmowę Prezes i wyszedł z sali konferencyjnej.

Zdziwiony podszedłem wówczas do Pana Mariana i powiedziałem:

– W niejednej firmie wyleciałby Pan z pracy po takiej rozmowie.

– Ale ja zawsze tak rozmawiam z Prezesem! – wypalił Pan Marian szeroko się uśmiechając.

W kategoriach międzyludzkich scenka ta to tylko błahy incydent – element osobistej relacji łączącej Pana Mariana z Prezesem.

W kategoriach sprawnego działania firmy to katastrofa.

Dlaczego?

Ponieważ istota delegowania zadań zamyka się w następującym stwierdzeniu:

Każde zadanie powinien wykonywać najniżej wynagradzany, dostępny w danej chwili pracownik, który posiada wystarczającą wiedzę i umiejętności.

Jeśli tak się nie dzieje, mamy do czynienia z rażącą niegospodarnością – marnowaniem zasobów przedsiębiorstwa.

Zakres obowiązków i odpowiedzialności Prezesa jest znacznie większy niż Pana Mariana. Wiąże się z tym znacznie wyższe wynagrodzenie. Lepiej więc, żeby Prezes zajął się ogarnianiem całości, zamiast, w tym samym czasie, wozić kontrahentów do hotelu

Prezes „Zosia Samosia”, biorąc na swoje barki rutynowe sprawy, uważając, że jeśli sam czegoś nie zrobi, to nie zostanie to zrobione, jest szkodnikiem, który nigdy nie będzie w stanie zbudować organizacji zdolnej przetrwać jego dwutygodniowy urlop.

(Meta)fizyka sukcesu w biznesie

Doszedłem ostatnio do wniosku, że ludzi sukcesu charakteryzują trzy podstawowe cechy:

  1. Nieustępliwość – czyli wewnętrzna siła, która popycha ich do działania. Sprawia ona, że wektor ruchu cały czas ma wartość niezerową. Człowiek sukcesu nie tylko nie potrzebuje słów zachęty, motywujących pochwał lub gróźb – robi to, co uważa za słuszne pokonując największe przeszkody i obiekcje niedowiarków. Jest też bezwzględny – bez skrupułów usuwa ze swojego otoczenia maruderów, czarnowidzów i recenzentów, którzy zawsze wiedzą lepiej, co należy zrobić, tyle że tego nie robią.
  2. Inteligencja – czyli zdolność do analizowania zjawisk zachodzących w otaczającym świecie i wyciągania trafnych wniosków co do kierunku działania. Dzięki niej wektor ruchu ma prawidłowy kierunek i zwrot. Bystry umysł i wiedza pozwalają skoncentrować wysiłek tam, gdzie występuje największe prawdopodobieństwo powodzenia. Tam, gdzie można oczekiwać wielu okazji do zrobienia dobrego interesu i pokonania konkurencji. Chodzi zatem o inteligencję praktyczną, a nie o taką, której celem są jedynie akademickie rozważania o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy.
  3. Szczęście – czyli umiejętność znalezienia się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Szczęście w życiu można traktować w kategoriach metafizycznych, wiązać je z przeznaczeniem lub palcem bożym, ale moim zdaniem szczęście to kategoria statystyczna. Jeśli jesteś inteligentny, wybrany przez ciebie wektor działania będzie wskazywał drogę, na której występuje znacznie większe niż gdzie indziej prawdopodobieństwo zajścia szczęśliwego zbiegu okoliczności. Prędzej czy później. Jeśli jesteś nieustępliwy, będziesz podążał tą drogą dłużej niż ci, którzy przedwcześnie zwątpią, nie mogąc się doczekać na pomyślny splot wydarzeń.

(Meta)fizyka sukcesu w biznesie polega zatem na tym, żeby używać swojej inteligencji do wyboru kierunku działania, nieustępliwości do podtrzymywania ruchu oraz wykazywać zręczność w łapaniu nadarzających się okazji.

Pracownicy i zasoby ludzkie

Jeżeli myślałeś, że poprzedni wpis „Odklejeni od rzeczywistości” był szczytem subiektywizmu i wrednego kapitalistycznego podejścia autora BIZNESU BEZ STRESU, to się myliłeś. Pod wpisem tym pojawił się znakomity komentarz czytelnika orginal_replica, zawierający między innymi osobistą przypowieść przedsiębiorcy o przekazywaniu firmy pracownikom, którzy nawet za darmo nie chcą otrzymać w spadku dochodowego biznesu. Ponieważ nie wszyscy czytają komentarze i nie pojawiają się one w kanale RSS, postanowiłem zacytować ten tekst w ramach dzisiejszego wpisu. Słowa są ostre i bezkompromisowe, ale przypominam, że można spotkać ludzi, których one nie dotyczą – pracowników, na których można zawsze polegać i którzy dołożą wszelkich starań, żeby każdą sprawę doprowadzić do korzystnego dla firmy finału. Mam nadzieję, że Ty, Drogi Czytelniku, należysz do tego grona.

Oto komentarz czytelnika orginal_replica:

Kilka lat temu pisaliśmy o podobnym problemie. Dosyć ostro opisałem [cenzura – pejoratywne określenie grupy osób, które zachowują się w sposób niekulturalny], która pracuje w większości firm. Zostałem za to zganiony przez Damę Blogową. I rzeczywiście – z punktu widzenia pracodawcy jest lepiej mówić o bezcennych siłach, które utrzymują firmę w ruchu :))). Za kogo on (pracodawca) ich ma – nie musi mówić; i to jest święto prowda.

Ale – w każdej firmie są pracownicy i zasoby ludzkie. Zasoby to jest ta część, która ma nikłe lub żadne umiejętności (chodzący przewód pokarmowy), łatwo zastępowalne przez inne jednostki z tego klastra. Wymagają bardzo dużo uwagi i nadzoru, sześć razy przytaknie, że rozumie, po czym tak schrzani robotę jak nikt przedtem. W poniedziałki potrzebuje urlopu na żądanie. Danie wypłaty w środku tygodnia to zezwolenie na kolejny urlop na żądanie do następnego poniedziałku.

Zupełnie nieistotny jest tu poziom formalnego wykształcenia. Któryś z przedmówców pisał o mizerii absolwentów szkół prywatnych. Od 20 lat mam te same doświadczenia – absolwenci 85% kierunków wyższej szkoły gotowania na gazie czy ultrafioletowej pielęgnacji paznokci są ofiarami marketingu i braku rozeznania własnych rodziców. Im razem się wydaje, że jak zapłacą, to dostaną produkt, o którym myśleli/marzyli dla swoich dzieci. Tylko – ci rodzice nie mają pojęcia jak powinien ów produkt wyglądać – no bo skąd? Wałęsa miał im powiedzieć?

Nie pojawia się w małej główce wątpliwość dlaczego dzieci prawnika, lekarza, inżyniera startują do uniwersytetu państwowego i przechodzą ciężki egzamin wstępny?

Nie ma kalkulacji – albo korepetycje, żeby się dostać na UW czy inny UAM i potem pomoc materialna dziecku przez 5 lat, albo tanie czesne w WYŻSZEJ SZKOLE CZEGOŚ TAM, zajęcia w soboty i niedziele i w perspektywie zmywak w Cork, jeśli dziecko opanuje „komunikatywnie” angielski. Wariant drugi to „sukces” polskiej prowincji. Wykołowanej i chcącej prostego obrazu świata „są chipsy, jest zabawa!”

No to kupują kolejną paczkę chipsów. A potem ma się 30 lat i pretensje do świata, że 10 ostatnich zostało zaprzepaszczone. Pytanie – dzięki komu?

Jeśli potrzebuję nowych pracowników z pojemnika „zasoby ludzkie”, to daję ogłoszenie do prasy – otrzymuję 200 zgłoszeń (z tego 100 wysyłanych wszędzie, często nie z moim adresem). Selekcjonuję 40-50 – na telefon odpowiada 20, spośród nich umawia się na spotkanie 15 osób. Przychodzi 5 – reszta nie ma świadomości, że niestawienie się na umówione spotkanie wymaga przynajmniej telefonu odwołującego. Z tych 5 osób 3 nie nadają się do tej pracy, z pozostałych 2 po miesiącu zostaje jedna, bo drugiej np. „mąż zabronił pracować na pierwszą zmianę!” I to jest sukces rekrutacji!!!

Drugi gatunek to pracownicy – osoby rozumiejące ekonomikę firmy, zarządzające zasobami ludzkimi. Zazwyczaj wykształceni w uczelniach państwowych lub samorodki wyselekcjonowane w procesie rekrutacji wewnętrznej. Ich główna cecha to odpowiedzialność za to, co robią. Chęć dokształcania się. Ale często strach przed samodzielnym podejmowaniem decyzji. Tu pracodawca ma duże pole do popisu.

I to te osoby stanowią fundament każdej firmy, jej image.

Trzeba również wiedzieć, że nic nie jest dane raz na zawsze. Dlatego dobrze jest umieć wyselekcjonować osobę spośród pracowników, która osiadła na laurach i zajęła się obroną uzyskanej pozycji. Wtedy krótka piłka – likwidacja stanowiska i wypowiedzenie bez żadnych sentymentów. Rok później trzeba będzie użyć cztery razy mocniejszych argumentów.

I na koniec ciekawostka potwierdzająca tezę, że tylko około 3% ludzi chce i ma odwagę zajmować się biznesem.

W końcu ubiegłego roku wyjeżdżałem na dłużej za granicę i postanowiłem skończyć z działalnością gospodarczą. W lipcu wręczyłem wymówienia wszystkim pracownikom i jednocześnie przedstawiłem im ofertę bezpłatnego przejęcia mojej firmy wraz ze zleceniami i całą bazą danych. Miałem czwórkę pracowników (niektórzy byli u mnie 15 lat) i 50 osób zasobów ludzkich. Wszyscy pracownicy potraktowali moją propozycję jako osobisty zamach na ich… nie wiadomo co? Chciałem im oddać firmę, która dałaby im dochód 4 razy większy od ich pensji. Za friko. Po bardzo burzliwym dniu, kiedy mnie odsądzono od wszelkich uczuć ludzkich (jak śmiem im proponować odpowiedzialność za ich własną firmę!) – zrezygnowałem z pomysłu. Znalazłem młodą osobę, która przejęła po rodzicach biznes i przekazałem jej całość mojej firmy wraz z pracownikami i zasobami ludzkimi. Poprosiłem, żeby pracownikom obcięła na początku uposażenie o 30%, żeby mieć z czego podwyższać, kiedy będzie potrzeba. Zrobiła to i ma ich wszystkich do dyspozycji, ale nie na umowie o prace – jak ja – lecz na zleceniu.

I w ten sposób poznałem cenę odwagi samodzielnej działalności gospodarczej.