Tag: Winnetou

Uaktualnienie Kindelka

Mój Czytelnik Krissto doniósł uprzejmie tydzień temu, że Amazon udostępnia właśnie uaktualnienie oprogramowania swojego czytnika książek elektronicznych. Włączyłem więc bezprzewodowość Kindelka i z niecierpliwością czekałem, co się stanie. Już po chwili w menu ekranu „Settings” wyszarzona do tej pory opcja „Update Your Kindle” stała się czarna. Wybrałem ją i… nic. Przeszedłem do ekranu „Home”, a tam znienacka pojawił się podręcznik „Kindle User’s Guide, 4th Ed.”. Wróciłem ponownie do ekranu „Settings”, wybrałem opcję „Update Your Kindle” i… znowu nic. Odczekałem chwilę i spróbowałem trzeci raz. Udało się:

KINVER23

Podejrzewam, że nieudane próby wynikały z faktu, że moja niecierpliwość była większa od szybkości transferu uaktualnienia oprogramowania przez Whispernet (w tym bezpłatnie przez polską sieć komórkową).

Aktualizacja zakończyła się pełnym sukcesem. Nic nie zginęło, a Kindelek ochoczo wyświetlił listę załadowanych do niego książek. Dopiero teraz zauważyłem, że listę tę można filtrować („Personal Docs” – tu są PDF-y, „Subscriptions” – tu są gazety, „Books” – tu są książki zakupione w Amazon lub pozyskane w inny sposób (na przykład w formacie PRC) oraz „All My Items” – tu jest wszystko) i sortować („Most Recent First” – ostatnio czytane na górze, „Title” – tytuły w kolejności alfabetycznej oraz „Author” – autorzy w kolejności alfabetycznej):

Kindle Filter and Sort

Nową funkcją czytnika jest możliwość obracania zawartości ekranu. Nie dotyczy to przeglądania sklepu Amazon i Wikipedii (a propos – czytnik oferuje dostęp tylko do angielskiej wersji Wikipedii). Jednocześnie odpowiednio modyfikowany jest kierunek działania minidżojstika. Do zmian orientacji ekranu służy dodatkowa opcja „Screen Rotation” w menu wywoływanym klawiszem zmiany wielkości czcionki i układu tekstu:

Kindle Screen Rotation

Największą sensacją medialną było jednak wzbogacenie urządzenia o możliwość przeglądania plików PDF bez, wymaganej wcześniej, konwersji. We wpisie Kindelek z PDF-ami na plaży przedstawiłem problemy, jakie czasami stwarzała ta konwersja. Teraz jest znacznie lepiej. Polskie litery w podręcznikach stworzonych na podstawie „Wakacyjnego kursu ZTD” są interpretowane prawidłowo. Treść pliku PDF jest automatycznie dopasowywana do szerokości ekranu zarówno podczas wyświetlania w pionie (wówczas mieści się cała strona), jak i w poziomie (wówczas widać tylko pół strony). Nie ma możliwości ręcznego powiększania zawartości! Nie można też dodawać własnych notatek i podkreśleń – pozostają tylko zakładki. Jeśli PDF nie składa się z samych ilustracji, można go przeszukiwać, ale w pliku ZTDPL.PDF oprogramowanie nie znalazło słowa „prosty”, zaś w pliku „Wakacyjny_kurs_ZTD” bez problemu. Oczywiście o wprowadzaniu polskich znaków nie ma mowy:

KINPDFPL

Zmasakrowany poprzednio podczas konwersji z formatu PDF „Productive Magazine” obecnie jest prawidłowo interpretowany, lecz… prawie nieczytelny. Niewyłuskany tekst jest tak mały, że przeczytanie go graniczy z cudem, nawet gdy jest wyświetlony w poziomie. Można jedynie ogólnie podziwiać wspaniałą pracę projektanta szaty graficznej tego wydawnictwa. Podsumowując, dobrze prezentują się jedynie proste PDF-y z wyraźną, nieskomplikowaną treścią:

KINPDFEN

Na koniec przeprowadziłem jeszcze eksperyment z polską klasyką pobraną z witryny „bookini.pl”, którą wskazał mi mój Czytelnik Aldek. W formacie PRC ściągnąłem „Wiersze wybrane” Bolesława Leśmiana i dwa pierwsze tomy „Winnetou” Karola Maya (dlaczego nie ma trzeciego, ja się pytam!). Kindelek wyświetla je bez żadnego problemu:

KINPRC

Wiele radości może sprawić włączenie czytania na głos polskich książek, ponieważ oprogramowanie czytnika spodziewa się tekstów w języku angielskim. Jest to doprawdy odkrywcza interpretacja, która uwalnia poezję i prozę od ich potocznego znaczenia, na rzecz praktycznie niezrozumiałych ewolucji fonetycznych. :-)

Nowa wersja oprogramowania jest zdecydowanie żwawsza. Szybciej przełącza strony i odświeża ekran, jednak to przyspieszenie nieco mnie niepokoi. Mam obawy, że niebezpiecznie podkręcono szybkość pracy procesora, od czasu do czasu bowiem w okolicach mojego Kindelka czuję zapach rozgrzanej elektroniki. Naprawdę. Nie żartuję. Mam nadzieję, że nie skończy się to efektownym stopieniem obudowy urządzenia.

To tyle na temat uaktualnienia oprogramowania Amazon Kindle. W związku z dużą popularnością tego tematu, utworzyłem nową kategorię BIZNESU BEZ STRESU o nazwie „kindle” i umieściłem w niej wszystkie dotychczasowe wpisy dotyczące tego czytnika:

Raptularz Winnetou

Raptularzem nazywano w dawnej Polsce księgę do odręcznego notowania wydarzeń, spostrzeżeń i anegdot. Sprowokowany komentarzami jednego z moich czytelników, którego bardzo zainteresowała moja skromna osoba, postanowiłem zainaugurować nową kategorię wpisów i nazwać ją raptularzem. W jej ramach będę wspominał znaczące wydarzenia z mojego życia, które sprawiły, że stałem się tym, kim jestem, i nie patrzę z niechęcią na faceta, którego widzę każdego ranka w lustrze. Oto moja pierwsza opowieść:

Dawno temu wraz z moim bliskim kolegą Jackiem byliśmy zimą w Bukowinie Tatrzańskiej. Nasi rodzice często organizowali wówczas takie wspólne wyjazdy. Mieliśmy pewnie po dziesięć albo jedenaście lat i w dzień niestrudzenie śmigaliśmy na nartach. Wieczory jednak były długie, więc nasza inwencja miała znakomite pole do popisu.

Pewnego razu Jacek zaproponował zapasy na śniegu. Ubraliśmy się, wyszliśmy za chałupę, w której mieszkaliśmy, wyznaczyliśmy granice pola walki i określiliśmy jej reguły. Potem zwarliśmy się w pojedynku mocarzy i przez pierwsze minuty walczyliśmy jak równy z równym. Niestety w miarę upływu czasu szło mi coraz gorzej i kilka chwil później leżałem na śniegu przygnieciony ciężarem Jackowego ciała. Ale nie chciałem się poddać, za żadne skarby nie chciałem uznać swojej przegranej. I wtedy… chwyciłem Jacka za włosy, mocno pociągnąłem do tyłu i w ten sposób uwolniłem się od przytłaczającego mnie ciężaru. Droga do wygranej stanęła otworem, ale nagle obydwaj przestaliśmy walczyć. Obydwaj – a szczególnie ja – wiedzieliśmy, że stało się coś strasznego, że dalszy pojedynek nie ma sensu. Wróciliśmy do domu i tego wieczora nie odezwaliśmy się już do siebie ani słowem.

Była to moja godzina prawdy. Zawsze chciałem być Indianinem. Tak jak Winnetou postępować zgodnie z zasadami i stawiać honor ponad wszystko. A tymczasem w ten mroźny, zimowy wieczór nie potrafiłem uznać swojej porażki i jak zwykły tchórz użyłem nieczystego zagrania. Tego dnia zrozumiałem, czego nie wolno, a co należy robić, żeby stać się prawdziwym Indianinem.

Nigdy więcej nie pociągnąłem już swojego przeciwnika za włosy.

Manifest antykapitalistyczny

„Zamienił stryjek siekierkę na kijek.”

Z realnego socjalizmu, który tak miał się do socjalizmu, jak pięść do nosa, przeszliśmy do realnego kapitalizmu. Gospodarkę powszechnego niedoboru zastąpiła gospodarka pozornej obfitości. Sklepy są pełne tego, czego nie potrzebujesz, i to nie tylko w wymiarze filozoficznym, ale i praktycznym. Reklamy zachęcają do zakupu towarów, których nie ma i nie będzie. I nie piszę tu o produktach niszowych (czyli o tak zwanym „długim ogonie”), ale o rynkowych hitach.

Pierwszy raz zacząłem przeczuwać, że coś jest nie tak z tym całym kapitalizmem i wolnym rynkiem, gdy prawie 10 lat temu Polska Telewizja Kablowa pracowicie okablowała moje osiedle domków jednorodzinnych i do dziś pies z kulawą nogą nie pojawił się, żeby zaproponować mi podłączenie. Gdy dwa lata temu zadałem firmie UPC (obecny właściciel sieci) podchwytliwe pytanie, czy kabel doprowadzony do mojej furtki może służyć do podłączenia internetu, odpowiedziano mi, że niestety nie, bo jest zbyt stary (kabel, nie internet). Cha, cha, cha! Pewnie zgnił albo zarósł zastygłymi w bezruchu elektronami. :-) I oczywiście nikomu nie przyszło do głowy, że można by mnie zaatakować marketingowo.

Czas płynie, a nasz kapitalizm coraz bardziej „realnieje”. Zapisałem się właśnie na tegoroczny bieg RunWarsaw i otrzymałem kupon rabatowy 15% na wyroby Nike. Ponieważ moje biegowe Adidasy nieco się już zużyły, zajrzałem do sklepu The Athlete’s Foot. Bardzo fajne buty Nike Air Pegasus mógłbym sobie tam kupić z rabatem, gdyby nie mój nienormalny (żartuję oczywiście) rozmiar stopy 42. W innym sklepie (Perfekt Sport w Arkadii) to samo. A buty nawet po uwzględnieniu rabatu kosztują ponad 300 zł. Czy oni na tym nie zarabiają? Nie ma butów? Trudno… To może chociaż polarek na zimę do biegania? Oczywiście mojego rozmiaru brak. I nie będzie! Czy ja jestem jakiś dziwny, czy tylko oryginalny?

Co najgorsze, podobne zjawiska występują także poza granicami naszego kraju. Ludzkie lenistwo połączone z powszechnym cięciem kosztów wpływa na ograniczenie oferty do „tego, co jest na magazynie”. Ekstremalny realny socjalizm ubrał wszystkich Chińczyków w jednakowe mundurki. Nie da się ukryć, że produkcja jednakowych ubrań w długich seriach jest najłatwiejsza i najbardziej opłacalna. A przecież o opłacalność i zysk chodzi w kapitalizmie, nieprawdaż?

PS. W zaprzyjaźnionej księgarni zapisałem się do zeszytu na społeczną listę oczekujących na wydanie „Winnetou” Karola Maya.