Tag: motywacja

Pierwsze 20 godzin

Z zainteresowaniem i pewną, nieco naiwną nadzieją przystąpiłem do lektury książki Josha Kaufmana „The First 20 Hours: How to Learn Anything… Fast!” („Pierwsze 20 godzin: Jak zdobyć dowolną umiejętność… pędzikiem!”). Skąd moje pozytywne nastawienie do tej książki? Josh Kaufman jest autorem znakomitego, bestsellerowego podręcznika „The Personal MBA: Master the Art of Business”, który zawiera praktycznie całą, niezbędną w codziennym życiu wiedzę o biznesie, sprzedawaną naiwnym studentom za grube pieniądze na „studiach MBA”.

W „Pierwszych 20 godzinach” autor stawia tezę, że wszystkiego można nauczyć się, podchodząc do sprawy metodycznie i poświęcając na ten cel sumarycznie 20 godzin skupionego wysiłku. W zamierzeniu jego książka ma stanowić antidotum na, spopularyzowany przez Malcolma Gladwella w „Outliers”, pogląd, iż do osiągnięcia mistrzostwa w dowolnej dziedzinie potrzeba 10 tysięcy godzin praktyki. „Do mistrzostwa, być może, tak” – twierdzi Kaufman. – „Ale do przebrnięcia przez początkowe trudności i znalezienia pierwszej satysfakcji wystarczy 20 godzin”.

Posłowie „Pierwszych 20 godzin” zaczyna się tak:

W ciągu jednego roku opanowałem 6 złożonych umiejętności.
Nie jestem geniuszem ani wybrykiem natury. Nie dysponuję specjalnymi talentami. Nie zrezygnowałem z mojej pracy zawodowej. Nie rzuciłem wszystkiego i nie przeniosłem się na drugi koniec świata. Nie odstawiłem na bok mojej rodziny.
Po prostu przeznaczyłem mniej więcej jedną godzinę dziennie na inteligentnie zorganizowane samokształcenie. Umiejętności, które na początku były dla mnie kompletną magią, dawały się ogarnąć po kilku dniach, a często nawet po kilku godzinach. Wszystko polegało na pogrzebaniu w źródłach wiedzy, a następnie poświęceniu 20 godzin na konsekwentne, skupione i staranne ćwiczenia.

I to niestety jest kłamstwo! Nie tylko w konfrontacji z rzeczywistością, ale i w kontekście opisanych w książce sukcesów edukacyjnych autora!

Oto, czego nauczył się Josh Kaufman:

  1. Joga – Josh kupił sobie matę, przez kilka godzin trenował pod okiem znakomitego instruktora i opanował zestaw ćwiczeń, który obecnie może samodzielnie powtarzać w domu. Trudno to uznać za wielki sukces edukacyjny.
  2. Programowanie – Josh samodzielnie oprogramował swoją witrynę internetową, składając w rozsądnie działającą całość dostępne w sieci biblioteki i przykładowe fragmenty kodu. Niewątpliwie, jak na 20 godzin, to duże osiągnięcie, ale… już 10 lat wcześniej, w szkole średniej pisał programy w C++, a także doskonale znał HTML i CSS, jeśli ci to coś mówi.
  3. Pisanie bezwzrokowe – tę umiejętność Josh też już posiadał, zanim postanowił zmienić układ klawiatury ze standardowego QWERTY na ergonomiczniejszy. To był chyba najciekawszy eksperyment, który pokazał, że stosunkowo szybko można oduczyć się starych nawyków i przyswoić nowe.
  4. Gra planszowa go – Josh zapoznał się z regułami tej gry i zdobył pierwszy stopień wtajemniczenia, dzięki czemu przestał przegrywać partie w żenujący sposób. Czy to znaczy, że opanował umiejętność gry w go?
  5. Muzykowanie na ukulele – po 20 godzinach ćwiczeń Josh wystąpił publicznie i zagrał wiązankę utworów opartą na tym samym, 4-akordowym schemacie harmonicznym. Byłbym pełen podziwu, gdyby nie fakt, że w szkole średniej uczył się grać na trąbce, występował w szkolnym chórze i w każdym zespole muzycznym, który formował się w jego pobliżu.
  6. Windsurfing – Josh kupił sobie sprzęt i po kilku godzinach pływania nauczył się nie spadać z deski i w miarę bezpiecznie powracać do brzegu. Oczywiście tylko wtedy, gdy wiatr mu na to pozwolił. :-) Z własnego doświadczenia wiem, że umiejętności związane z równowagą, płynnością i koordynacją ruchu wymagają znacznie więcej wysiłku niż 20 godzin treningu, więc droga autora do ślizgu w strzemionach z zapiętym trapezem będzie jeszcze bardzo długa i mokra. Nie mówiąc już o efektownych zwrotach przez rufę, które są esencją ślizgarstwa.

Podsumowując: umiejętność umiejętności nierówna. Są rzeczy, które w 20 godzin można opanować na nieżenującym poziomie, ale są i takie, które wymagają setek, a nawet tysięcy godzin pracy. Nie ma więc mowy o jakiejś magicznej metodzie, którą da się zastosować do wszystkiego. O czym z przykrością cię informuję.

Ale nie trać nadziei! Jeśli naprawdę coś cię interesuje, to bez problemu wygospodarujesz dowolną liczbę godzin na doskonalenie swoich umiejętności – nierzadko kosztem zarwanych nocy i „zrujnowanego” życia osobistego. Zrujnowanego? Zdaniem kanapowych ciotek być może tak, ale przecież one nigdy w życiu nie poczuły szumu wiatru w rozwianych włosach…

Prawdziwa twarz

– Jak pan interpretuje ewolucję poglądów ministra Rostowskiego, przez wiele lat pana bliskiego współpracownika? – zapytali Leszka Balcerowicza dziennikarze pod koniec wywiadu opublikowanego 18 września 2013 roku w Gazecie Wyborczej.

– Czasami człowiek przechodzi przez życie niepoddany testowi i nie wiemy, co w nim siedzi. I nagle okoliczności zmuszają go do pokazania prawdziwej twarzy. To jest właśnie przypadek Jacka Rostowskiego. I nie tylko jego – odpowiedział profesor.

Abstrahując od politycznego kontekstu tej wypowiedzi, zainspirowała mnie ona do głębokich przemyśleń:

  • Czy oblicze, które pokazuję bliźnim jest moją prawdziwą twarzą?
  • Jeśli nie, to czy jestem w stanie wyobrazić sobie test zrywający maskę, którą na co dzień przywdziewam?
  • Co wówczas wyszłoby na jaw?
  • A moi bliscy, znajomi i współpracownicy? Czy wiem, kim naprawdę są?

Na szczęście nie doszedłem do jakichś katastrofalnych wniosków, ale zatopienie się w takich rozważaniach może być szkodliwe dla zdrowia i życia, ponieważ niepostrzeżenie zaczynasz zbliżać się do krawędzi rzeczywistości. A to czasami boli…

Zaryzykuj jednak i zastanów się, co by z ciebie wyszło, gdyby nastała chwila prawdy…

Słodka bezczynność

„Dolce far niente”, czyli słodka bezczynność. Jest doskonała. Jest perfekcją najwyższej próby.

Bo przecież nic nie robiąc, nie możesz popełnić błędu. Premier Waldemar Pawlak powiedział kiedyś, że sprawy dzielą się na dwie kategorie: te, które same się załatwią i te, których załatwić się nie da. Wystarczy więc położyć się i czekać…

Natomiast działanie to droga kręta, pełna pułapek i niebezpieczeństw. Oraz… kibiców.

Kibice są zdradliwym sojusznikiem. Oklaskują twoje sukcesy, choć często uważają, że zawdzięczasz je tylko fartowi lub przychylności sędziego. Ale spróbuj tylko się potknąć – wtedy doping zamieni się w gwizdy, a dookoła zaczniesz słyszeć krzyki: „A nie mówiłem?”, „Wiedziałem, że tak będzie!”, „Gdybym tylko wszedł na boisko!”.

Ale nie wszedłeś, palancie, więc teraz grzecznie zamknij buzię i cichutko usiądź w kąciku!

Bo człowiek czynu nie zwraca uwagi na wszystko-wiedzących-lepiej kibiców, tylko robi swoje. Słucha ekspertów, ale puszcza mimo uszu bezwartościową krytykę zrzędliwych ciotek i starych kawalerów.

Nie leży i nie czeka, aż wszystko załatwi się samo. Jest świadom tego, że gdy na płycie stadionu nie dzieje się nic ciekawego, kamery kierują się na publiczność i to ona staje się głównym aktorem spektaklu.

Jasne, że trudniej jest przez 90 minut ganiać po boisku i zdobywać bramki, niż pajacować na trybunach, ale musisz sobie zadać pytanie, czy założenie kolorowego szalika i wygwizdanie zawodników jest twoim sposobem na życie, czy może jednak warto choć raz strzelić efektownego gola z przewrotki albo w ostatniej chwili uratować swoją drużynę przed utratą bramki.

Czy stać cię chociaż na to, żeby zadać sobie takie pytanie?

E-mail? Nie żartuj!

Oprócz braku natchnienia i braku gruntownych podstaw teoretycznych ludzie często stosują następującą wymówkę:

Nie zabrałem się za to, bo co chwilę przychodziły do mnie jakieś maile.

I znów – osoby, które tak się tłumaczą, święcie wierzą, że ich podstawowym obowiązkiem w pracy jest natychmiastowa reakcja na każdą wiadomość pojawiającą się w ich skrzynce odbiorczej.

Co za bzdura!

Są oczywiście stanowiska, gdzie rytm pracy wyznaczają zgłoszenia wymagające niezwłocznej interwencji, ale… ty nie pracujesz ani w straży pożarnej, ani w policji, ani w pogotowiu ratunkowym, ani w strukturach zarządzania kryzysowego. Masz do wykonania konkretną robotę i bynajmniej nie jest to „oczekiwanie na kolejny mail”.

Przecież nie wpiszesz sobie do CV, że twoją podstawową umiejętnością zawodową jest ciągła gotowość do odebrania informacji za pomocą poczty elektronicznej!

Dlatego:

  • Po pierwsze: przestań stosować tę wymówkę.
  • Po drugie: zrewiduj swoją politykę obsługi pocztowej skrzynki odbiorczej.

Oto 3 zasady, które uchronią cię przed e-mailową bieżączką:

  1. Przeglądaj i analizuj zawartość skrzynki pocztowej nie częściej niż 3 razy dziennie.
  2. Przydziel temu zadaniu konkretny, ograniczony czas – na przykład 9:30-10:00, 12:30-13:00, 15:30-16:00.
  3. Każdą wiadomość czytaj tylko raz i decyduj (na przykład zgodnie ze wskazówkami Davida Allena), co zamierzasz zrobić w odpowiedzi na każdą z nich.

I najważniejsze:

Jeśli to możliwe, wyłącz w swoim programie pocztowym automatyczne pobieranie korespondencji z serwera. Unikniesz w ten sposób rozpraszającej cię pokusy, żeby podejrzeć, czy coś nowego nie pojawiło się w skrzynce odbiorczej. O wyznaczonych godzinach inicjuj ten proces ręcznie.

No, to skoro już to wiesz, ruszaj do pracy, żeby zrobić coś naprawdę ważnego, a nie tylko taplać się w świecie pozornego zaabsorbowania sprawami.