Ceret

ASTRO

Miewaliśmy psy.

Na początku był Astro (na zdjęciu po lewej). Dobrze wytresowany owczarek alzacki, który z cierpliwością znosił te dłużące się chwile, kiedy wkładałem mu do otwartego pyska moją dziecięcą rączkę, i czekał z kłapnięciem, aż mu ją z tego pyska wyjmę.

Po nim przez moje życie przemknął tytułowy Ceret.

A ostatni był Joguś, czyli Jogi, nazwany tak na moje życzenie na cześć Misia Yogi z Parku Jellystone, bohatera kreskówki wytwórni Hanna-Barbera.

Potem już psów nie mieliśmy. Najpierw ze względu na trudności zaopatrzeniowe, a później dlatego, że się odzwyczailiśmy.

Kiedy odszedł Astro, pojawiła się możliwość pozyskania pieska z milicyjnej szkoły dla psów w Sułkowicach – uniwersytetu, który ukończyli tacy celebryci jak Szarik i Cywil. :-)

Pieski, które nie spełniały wszystkich wyśrubowanych wymagań egzaminacyjnych, sprzedawano i Ceret był jednym z takich „nieudaczników”. Natychmiast zaprzyjaźniliśmy się, ale równie szybko wyszło na jaw, dlaczego Ceret nie nadawał się do służby. Był zbyt szybki – potrafił dogonić prawie każdy samochód i zawsze starał się go zatrzymać. To stanowiło jego pasję i cel w życiu. Nie umiał zapanować nad tym nałogiem. Gdy zobaczył czterokołową bestię, przestawał reagować na polecenia i rzucał się w szaleńczą pogoń.

Oprócz tego najprawdopodobniej także jego wzrok był daleki od doskonałości. Kiedyś, gdy już miał dogonić kolejny samochód, został znienacka zaatakowany przez zdradziecki, doskonale widoczny dla każdego płot. Chwilę poleżał, podniósł się ociężale i przez kilka minut potrząsał głową próbując równo stać na szeroko rozstawionych nogach. Wtedy mu się udało i nie odniósł poważniejszej kontuzji, ale wypadek ten nie wróżył niczego dobrego.

Ceret był u nas tylko pół roku – od jesieni do wiosny, ale dzięki niemu wydoroślałem. Wystarczyło kilka dramatycznych minut i przestałem być dzieckiem.

Wydaje mi się, że pamiętam dokładnie niektóre „kadry” z tego filmu… A może to tylko późniejsze wyobrażenia?

Byliśmy z moim tatą i Ceretem na spacerze. Szliśmy przez pole, jakieś sto metrów od szosy. Ceret maszerował spokojnie na krótkiej smyczy, którą trzymałem przy sobie, żeby móc błyskawicznie reagować na jego niepokoje związane z przejeżdżającymi w oddali samochodami. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten uszkodzony karabińczyk, który nieopatrznie otworzyłem, starając się lepiej przytrzymać psa. Ceret to poczuł i na swój głupi sposób zrozumiał jako zachętę do pokazania szybkości i zdolności zatrzymywania pędzących szosą pojazdów. Z zadziwiającą precyzją pomknął do obliczonego z artyleryjską dokładnością punktu spotkania z poruszającym się celem. Stałem jak wmurowany, wołałem go, ale on już nie słyszał moich krzyków – był w swoim żywiole. Wielkim susem wskoczył przed samochód, przy akompaniamencie pisku opon odbił się od zderzaka i znieruchomiał na jezdni. Potem poruszył się i odczołgał do przydrożnego rowu…

Nie, to nie jest historia z happy endem. Ceret zdechł w tym rowie, a tata zakopał go w pobliskim lesie. Właściciel feralnego samochodu nie domagał się na szczęście naprawy niewielkich szkód powstałych w wyniku uderzenia, a ja… A ja musiałem szybko uporać się z problemem, czy jestem zabójcą, czy też są sploty okoliczności, którym mimo najlepszych chęci i najwspanialszych intencji nie mogę zapobiec. I wybrałem to drugie.

Idąc przez życie staram się dokładać wszelkich starań, żeby należycie wywiązywać się ze swoich obowiązków, dzielić szczęście z bliźnimi i zapobiegać nieszczęściom, ale nie popadam w czarną rozpacz, kiedy w tej czy innej sprawie świat lub sami zainteresowani nie chcą ze mną współpracować.

Jestem TesTeqiem z ograniczoną odpowiedzialnością, a nie lekarstwem na całe zło. Takie podejście pozwala mi gasić nieuzasadnione poczucie winy i zachowywać równowagę psychiczną.

A ty? Co sądzisz o takim podejściu do życia?

Bóg, Beksiński i Pielewin

Bez komentarza, ponieważ…

Bez komentarza, powiedziałem!

„Ja osobiście (…) nie mam zdania na temat Boga. Jeżeli „istnieje” on jakoś w mojej wyobraźni, to jako antropomorficzny facet z brodą w kąpielowym ręczniku, taki, jakiego wytworzyło mi religijne wychowanie w szkole i obrazy oglądane w dzieciństwie. Inny nie istnieje i nie istnieje także nic, co by zastępowało lub mogło zastąpić faceta w ręczniku kąpielowym. (…) Innego Boga i innego nieba po prostu nie pożądam.” – Zdzisław Beksiński

[Magdalena Grzebałkowska, „Beksińscy. Portret podwójny”, s. 411]

To, że czasem jest ci zimno i ciemno, synu mój, dowodzi jedynie, że ciepło i ogień istnieją, jak bowiem inaczej byś je poznał? Pojmij, Dżordżajaszu, wielką tajemnicę. Głównym dowodem mojego istnienia jest zło. Albowiem w świecie bez Boga zło nie byłoby złem, lecz korporacyjną etykietką.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 74]

Wznoszenie się ku Bogu może i trwa długo. Ale upadek zawsze jest szybki. To jedna oślepiająca chwila.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 96-97]

Realność to plastelina z rodzynkami. Człowiek naciska palcami powstający przed nim plastelinowy obrazek pod nazwą „świat”, żeby sobie wydłubać kilka smacznych okruszyn, a na tym obrazku padają wieże, toną okręty, giną imperia i cywilizacje. Ale to z reguły widzą już inni.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 127]

– A co to jest bön praktycznie? – zapytał Arystoteles Fiodorowicz. – My się na tym kompletnie nie znamy.

– Trening ducha – odparł Borys. – W celu uwolnienia się od wszelkich ziemskich emocji. Tyle że w rzeczywistości kończy się to tak, że człowiek zamiast jednej taczki z gównem pcha przez życie dwie: swoją ojczystą i tybetańską. Najpierw zasuwa w pracy jak mały samochodzik, a potem siada w swojej komórce i rozpoczyna zaklęcia w psim języku, żeby ułagodzić jakichś nagów, którzy dla kogoś innego po prostu nie istnieją… I psychoza szaleje od razu w dwóch kierunkach. A tak w ogóle jest tam dużo rozmaitych rozrywek. Można praktykować, którą się chce.

– Na przykład?

– No, na przykład są samatha i vipassana. Rodzaje medytacji. Nudne jak flaki z olejem.

– Na czym polegają?

Borys zastanawiał się chwilę.

– No, weźmy taki prosty przykład… Upił się pan i nie może znaleźć kluczy od mieszkania. I myśli pan: „Gdzie klucze? Gdzie klucze? Gdzie klucze?”. To jest samatha. A potem do pana dociera: „Boże, ależ jestem zalany…”. To jest vipassana. Cały nasz kraj to praktykuje, tylko o tym nie wie.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 275]

Praca w Amazonie

Wpis w serwisie Usenet z dnia 21 sierpnia 1994 roku:

Znajdujący się w dobrej sytuacji finansowej start-up poszukuje niezmiernie utalentowanego programisty C/C++/Unix do pomocy w zapoczątkowaniu handlu w internecie. Musisz dysponować doświadczeniem w projektowaniu i budowie dużych, złożonych, acz niewymykających się spod kontroli systemów i być gotowym zrealizować tego typu zadanie w czasie trzykrotnie krótszym od czasu, jaki uznaliby za możliwy najwybitniejsi spece z tej dziedziny. Powinieneś posiadać tytuł magistra lub doktora w zakresie informatyki lub nauk pokrewnych oraz dysponować znakomitymi umiejętnościami komunikacyjnymi. Znajomość technologii serwerów sieciowych i języka HTML będzie pomocna, ale nie jest warunkiem koniecznym.

Oferujemy pracę w gronie utalentowanych, zmotywowanych, poważnych i interesujących współpracowników. Warunkiem koniecznym jest przeprowadzenie się w okolice Seattle (pokryjemy koszty przeprowadzki).

Twoje wynagrodzenie będzie zawierało znaczący udział w przedsiębiorstwie.

Prześlij swoje Curriculum Vitae i list motywacyjny na adres: Jeff Bezos, Cadabra, Inc., N.E. 28th St., Bellevue, WA 98004.

Jesteśmy pracodawcą realizującym politykę równych szans w zatrudnieniu.

„Łatwiej jest wymyślić przyszłość, niż ją przewidzieć.” – Alan Kay

Postmodernistyczni biurokraci

Tydzień temu ujawniłem, że przeczytałem „Napój ananasowy dla pięknej damy” Wiktora Pielewina. Dziś proponuję cztery szokujące cytaty z tej książki przedstawiające genezę i istotę aktualnego „układu” rządzącego Rosją. Spektrum interpretacji tego, co wypisuje Pielewin, rozciąga się od całkowitej negacji jego słów, aż po stwierdzenie: „A czy na pewno dotyczy to tylko Rosji?”.

– Rosja Sowiecka zawsze była naszym wrogiem – zakończył Bush ze łzami w głosie. – Robiliśmy wszystko, żeby ją zniszczyć, ale udało się to nam nie dzięki potędze naszej broni. Masy prostych Rosjan uwierzyły wreszcie, że jesteśmy dobrymi ludźmi i chcemy ich dobra. Kiedy kremlowscy starcy nazywali Amerykanów wrogami, nikt im już nie wierzył. Oglądałeś przecież, Panie, film „Łowca snów” według Stephena Kinga? Pamiętasz, byli tam tacy kosmici, składający się tylko z pionowej zębatej paszczy. Te paszcze w razie potrzeby zamieniały się w sympatyczne zielone ludziki i machały rączkami jak dzieci… I my też pomachaliśmy zieloną rączką, zaśpiewaliśmy o wichrze przemian i to wystarczyło. Ci ludzie, można powiedzieć, dobrowolnie oddali się nam w niewolę i zaczęli czekać, kiedy wprowadzimy ich w szczęśliwe jutro. Naród Rosji pragnął wolności. Wszystkim się wydawało, że ten kraj stoi na progu nowej ery, którą wywalczył sobie całą swoją straszną historią. I stanęliśmy wobec pytania, co robić dalej. Dawniej po pokonaniu wrogiego państwa – Japonii czy Niemiec – szliśmy na wszystko, aby tylko zbudować tam demokrację. Ale budowanie jej na tych olbrzymich przestrzeniach byłoby zbyt trudne i kosztowne. Poza tym mógł się pojawić nowy poważny konkurent – Japonia i Niemcy wiele nas nauczyły. Dlatego w celach geopolitycznych postanowiliśmy… e-e… pójść inną drogą. Pozwoliliśmy się wzbogacić niewielkiej grupie niegodziwców, których interesowało tylko to, żeby się nakraść, i daliśmy im mandat na rządzenie, żeby doprowadzili te terytoria do ruiny i utrzymywali je pod kontrolą. Tak kiedyś robili Tatarzy i Zbigniew uważa, że jest to najefektywniejszy sposób rządzenia w rosyjskim rogu szachownicy. Początkowo wszystko działało, ale teraz coraz trudniej kierować chaosem. Sukinsyny, które tam rządzą, już w ogóle nie są naszymi sukinsynami…

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 91-92]

Przyjęła się opinia, że władza opiera się na bagnetach. Ale oparciem rosyjskiej biurokracji dzisiaj jest nie tyle specnaz, ile polityczny postmodernizm. Co to jest i czym się różni od postmodernizmu w sztuce?

Wyobraź sobie, czytelniku, że jesteś zahukanym i udręczonym zwykłym rosyjskim obywatelem. Zadajesz sobie pytanie, kto wprawia w ruch koła zębate, na które dzień za dniem nawija się twoje kiszki, i zaczynasz szukać prawdy – docierasz aż do samej góry, do gabinetu, w którym siedzi główny krwiopijca. I oto wchodzisz do tego gabinetu, ale zamiast krwiopijcy widzisz nierealnie doskonałego faceta, który bierze gitarę i zaczyna ci śpiewać piosenkę o tym, że przegniło i obrzydło – taką, że dech ci zapiera: sam nawet byś nie potrafił tak tego ująć. A on śpiewa ci jeszcze jedną, tak śmiałą, że aż boisz się przebywać z nim w jednym pokoju. I kiedy wychodzisz z gabinetu, zupełnie nie masz dokąd iść, a przede wszystkim nie masz po co. Nie będziesz wszak walić pałką słusznego gniewu w tę mądrą braterską głowę, która sto razy lepiej niż ty wie, jak dalece wszystko przegniło i obrzydło. A i gorycz w tym sercu jest o wiele większa niż w twoim.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 139-140]

Biurokrata zagospodarował „komunizm”, zagospodarował „wolność” i zagospodaruje nie tylko „islam”, ale i każdy kult, choćby marsjański, ponieważ uzurpować sobie władzę w złodziejskich celach można w każdym przebraniu i przy wtórze każdej pieśni. Ale, powiedzą mi na to, istnieje przecież także prawdziwy proces rewolucyjny. Otóż to właśnie jest najstraszniejsze, że tak.

Historia uczy: jakkolwiek ohydna była przedrewolucyjna rosyjska biurokracja, o wiele gorsza jest biurokracja porewolucyjna. Tylko po prostu do czasu ukrywa się za artystyczną awangardą rewolucji, w którą z przyjemnością wszyscy się bawimy. Potem, kiedy performans i masowe imprezy zleją się w jedno z rzekami krwi, wszystko stanie się jasne, ale będzie już za późno.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 141]

– W Rosji nie ma żadnego liberalizmu i być nie może. Bo gdyby był, trzeba by wszystkich wsadzić do paki. W Rosji istnieje liberalny dyskurs. Mówiąc uczenie, jest to następstwo efektów dźwiękowych i wizualnych towarzyszących przekazywaniu wartości stworzonej przez Gułag w ręce sami wiecie czyje. Zestaw szczególnych mantr, które specjalnie wyszkoleni ludzie czytają w radiu i telewizji, aby stworzyć zasłonę mentalną.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 272]