Kategoria: x-raptularz

Żałosny los Redaktora Naczelnego

Dziś wpis niecodzienny: wiersz mojej Mamy z czasów, kiedy nie było jeszcze planów stworzenia TesTeqa.

Przyszła tu sama i rękę podała,
A ja oddałem jej serce.
Różnica między nami jest mała –
Pięćdziesiąt lat – nic więcej.

Ja byłbym dla niej jednym natchnieniem,
Co się w artykuł obraca,
Ona by była moim marzeniem
I sprawnie poszłaby praca.

Ale mignęła tylko w Redakcji,
Jak motyl barwny w locie
I niech kto powie, czy nie mam racji,
Ciężko samemu w robocie.

I siedzę smutny i wciąż łzy leję
I kląć już bierze mnie chętka,
Lecz może wróci, wciąż mam nadzieję,
Może powróci studentka.

Autorka: Lańska, 1954-03-15

Nastrój chwili

W piątek opublikowałem wpis Dobra moneta, w którym proponowałem ci zakładanie, że człowiek, z którym rozmawiasz, ma dobre intencje. I od razu, tego samego dnia, spotkałem się z sytuacją, która była znakomitym potwierdzeniem tej tezy. A właściwie tezy odwrotnej: jeśli założysz, że twój rozmówca ma złe intencje, to doprowadzisz go do szewskiej pasji i rzeczywiście będzie chciał ci zrobić na złość albo zacznie popełniać szkolne błędy.

Stojąc w wydłużającej się z minuty na minutę kolejce w banku, obserwowałem eskalację agresji pomiędzy pewnym małżeństwem a obsługującą je pracownicą. Małżeństwo chciało zerwać dwie z czterech posiadanych lokat i wypłacić pieniądze. Z przebiegu konfliktu dało się jasno wydedukować, że klienci przyszli do banku z przekonaniem, iż operacja, którą chcą wykonać, jest tak skomplikowana, że „ta głupia blondynka” na pewno niczego nie zrozumie. Szczególną agresją i arogancją buchało od klientki, która tłumaczyła zawiłości zlecanej operacji pracownicy banku w taki sposób, że co chwilę sama gubiła wątek, usiłując udowodnić niekompetencję po drugiej stronie lady. W momencie, kiedy podszedłem do sąsiedniego stanowiska, pracownica banku płakała na zapleczu, a wojowniczą parą zajmowała się kierowniczka placówki. A załatwiania było jeszcze sporo, ponieważ w zamęcie zostały polikwidowane nie te lokaty, o które chodziło. I tak prosta, 10-minutowa wizyta w banku przeistoczyła się w 2-godzinne posiedzenie pełne nerwów i pokrzykiwań.

Ja wiem, że klient ma zawsze rację, ale aroganckie egzekwowanie tej racji do niczego dobrego nie prowadzi. Ani w banku, ani w samolocie Lufthansy.

Zatem radzę ci: Dbaj o nastrój chwili, a załatwisz sprawę na tyle szybko, łatwo i przyjemnie, na ile jest to obiektywnie możliwe. A czasami nawet jeszcze szybciej.

No to chlup!

Zwierzyłem się niedawno Pani TesTeqowej, że bardzo denerwuje mnie wychlapujący się sok, kiedy nalewam go do szklanki ze świeżo otwartego kartonu. Wygląda to mniej więcej tak:

Chlup 1

Okazało się, że Pani TesTeqowa doskonale wie, jak w takich sytuacjach postępować.

Wystarczy nalewać odwrotnie!

O właśnie tak:

Chlup 2

„Odwrotnie” oznacza w tym przypadku trzymanie u góry otworu, przez który wylatuje sok. Dzięki temu pozioma tafla soku w kartonie pozostawia miejsce dla wpływającego do wnętrza powietrza. Gdy otwór jest u dołu, a soku dużo, pozioma tafla soku blokuje drogę powietrza i powoduje chaotyczne wypluwanie płynu przez karton. Ot i cała tajemnica.

Pamiętaj: nie ma głupich pytań! Jeżeli nie udaje ci się samodzielnie rozwiązać problemu, zwróć się do kogoś o pomoc.

To dla Mamusi

Szus

We wpisie To dla Tatusia wspomniałem, że co roku na przełomie lutego i marca jeździliśmy całą rodziną na narty do Bukowiny Tatrzańskiej. Dopóki chodziłem do przedszkola, kwestia mojego dwutygodniowego wyjazdu w góry nie była zbyt skomplikowana. Problem pojawił się wtedy, kiedy rozpocząłem swoją przygodę ze szkołą. Zapewne wielu z moich czytelników nie wie, że w tych strasznych, PRL-owskich czasach:

  • trzeba było chodzić do szkoły;
  • usprawiedliwienie nieobecności musiało być poważne, a nie rekreacyjne;
  • należało odrabiać lekcje;
  • rok szkolny dzielił się na trzy okresy, a nie dwa semestry;
  • nie było ferii zimowych po pierwszym semestrze;
  • nie było wolnych sobót.

W związku z tym moi rodzice mogli uzyskać zgodę na rodzinny wyjazd w góry tylko pod warunkiem prawidłowej realizacji obowiązku szkolnego. Za pierwszym razem pani nauczycielka wyznaczyła zakres materiału, jaki zostanie przerobiony podczas mojej nieobecności. Po nartach i torciku cytrynowym siadałem więc do zeszytów i odrabiałem lekcje. Szczególnie przerażająca była codzienna liczba „słupków” arytmetycznych, które musiałem rozwiązać. Ale dałem radę. Po przyjeździe okazało się, że przez miesiąc nie będę musiał nic robić, ponieważ pani nauczycielka przesadziła, szacując dawkę wiedzy, którą uda jej się wtłoczyć przez dwa tygodnie w głowy moich klasowych koleżanek i kolegów.

W kolejnym roku moi rodzice zastosowali inną taktykę. Mama została w domu (i tak nie jeździła na nartach z powodu dawnej kontuzji nogi), a ja pojechałem w góry tylko z Tatą. Każdego dnia do naszego domu przychodził mój kolega z klasy, który mieszkał w sąsiedztwie, i Mama szybciutko przepisywała z jego zeszytów wszystkie lekcje. Następnie pakowała cenną zawartość do koperty i wysyłała listem ekspresowym do Bukowiny Tatrzańskiej. Pamiętajcie, że nie było wówczas telefonów komórkowych, SMS-ów, internetu i faksów, a na poczcie w Bukowinie na połączenie telefoniczne z Warszawą czekało się kilka godzin. O dziwo listy od Mamy przychodziły regularnie, w dwa dni po wysłaniu. W ten sposób mogłem prawie na bieżąco uczestniczyć w zajęciach szkolnych.

Powiem szczerze, że w dzisiejszych czasach nie wyobrażam sobie takiego zaangażowania całej rodziny w dzieło systematycznej edukacji dziecka. Dziś się po prostu wyjeżdża, czasami pisze usprawiedliwienie, a po przyjeździe uzupełnia (lub nie) to, co w międzyczasie było przerabiane. A przecież w mgnieniu oka można multimedialnie połączyć się z dowolnym zakątkiem świata! Ale kto by się tam przejmował…

Tymczasem ja nie żałuję, że te wieczory w góralskiej chacie spędziłem nad zeszytami. Nauczyło mnie to, że dyscyplina i wytrwałość pozwalają zebrać w życiu wspaniałe owoce. Oprócz tego zrozumiałem, że jeżeli ktoś zabiega o moje sprawy, to nie wolno mi lekceważyć tej pomocy. Bo to by było po prostu świństwo.

Za tę naukę dziękuję Ci, Mamo. Tacie też dziękuję, ale dzisiejszy wpis jest właśnie dla Ciebie.