Autor: Krzysztof Wysocki

Śmierć zinterpretowana

Telewizja pokazała, a uczeni podchwycili,
Że jednemu psu gdzieś w Azji można przyszyć łeb od świni.

Tak kiedyś proroczo śpiewał Jacek Kleyff, ale nie o psie z głową świni traktuje ten wpis.

Trzy dni temu telewizja opowiedziała mi tragiczną historię człowieka, który był leczony w szpitalu i został z tego szpitala wypisany. Następnie stanął przed komisją lekarską KRUS-u lub ZUS-u i komisja ta orzekła, że jest zdrowy i zdolny do pracy. Niestety po dwóch tygodniach niewłaściwie zdiagnozowana choroba podjęła kontratak i doprowadziła do śmierci swojej ofiary. Wówczas to komisja lekarska wydała nowe orzeczenie i stwierdziła, że zmarły nie jest już zdolny do pracy. Trudno odmówić logiki takiemu postanowieniu.

W całej tej historii najbardziej kuriozalna wydała mi się wypowiedź przedstawicielki KRUS-u lub ZUS-u:

„Fakt zgonu uznaliśmy za pogorszenie stanu zdrowia.”

W gruncie rzeczy bardzo podoba mi się taka, jakby zaczerpnięta z montypythonowskiego skeczu o martwej papudze, interpretacja. Dzięki niej przestałem bać się śmierci – wszak będzie to tylko pogorszenie stanu mojego zdrowia. Niewykluczone nawet, że jest na to jakieś lekarstwo…

Definicja robocza

Podkreślam zwrot „definicja robocza”, który może być ci obcy. Z pojęciem tym zapoznał mnie mój mentor, doktor Paul Hersey, jeden z pionierów w dziedzinie zachowań organizacyjnych. Kiedy doktor Hersey w ramach swoich wykładów omawiał tak szerokie zagadnienia jak „przywództwo” czy „zarządzanie”, zawsze zaczynał od „definicji roboczej” każdego takiego terminu. Wiedział, że tak otwarte pojęcia za każdym razem stanowiły zapalnik do debaty o znaczeniu poszczególnych słów i że każdy przypisywał im nieco inne znaczenie. Bez jasnych „definicji roboczych” mógłby mówić jedno, a jego studenci słyszeliby zupełnie coś innego. Nigdy nie twierdził, że jego definicje były lepsze od definicji wymyślonych przez kogoś innego. Zaznaczał tylko, że na potrzeby wykładu stanowią odzwierciedlenie intencji wykładowcy. Byłem zaskoczony, jak wiele czasu i energii doktor Hersey był w stanie zaoszczędzić, unikając dyskusji na temat prawidłowości lub jakości poszczególnych definicji. To stanowiło jedną z przyczyn, dla których był on uważany za wspaniałego nauczyciela: podczas wykładu studenci zawsze dokładnie wiedzieli, o czym jest mowa. – Marshall Goldsmith „Mojo” (18)

Nojo

Według Marshalla Goldsmitha „nojo” stanowi przeciwieństwo „mojo”.

„Nojo jest negatywnym stanem ducha w stosunku do tego, co właśnie teraz robisz, stanem, który budzi się w twoim wnętrzu i promieniuje na zewnątrz.”

  • MOJO: biorę odpowiedzialność za swoje życie;
    NOJO: jestem tylko ofiarą okoliczności;
  • MOJO: idę do przodu;
    NOJO: maszeruję w miejscu;
  • MOJO: idę o krok dalej;
    NOJO: zadowala mnie odwalenie sprawy;
  • MOJO: kocham to, co robię;
    NOJO: robię, bo muszę;
  • MOJO: chwytam okazje;
    NOJO: toleruję wymagania;
  • MOJO: wyciskam ostatnią kroplę soku z życia;
    NOJO: cierpliwie znoszę życie;
  • MOJO: inspiruję innych;
    NOJO: trudno znieść moje towarzystwo;
  • MOJO: jestem wdzięczny;
    NOJO: jestem rozżalony;
  • MOJO: jestem ciekawy świata;
    NOJO: guzik mnie to wszystko obchodzi;
  • MOJO: jestem opiekuńczy;
    NOJO: jestem obojętny;
  • MOJO: raduję się życiem;
    NOJO: jestem chodzącym trupem;
  • MOJO: obudziłem się;
    NOJO: śpię.

W języku angielskim słowo „nojo” nabiera dodatkowego znaczenia, ponieważ gdy je wypowiesz, brzmi bardzo podobnie do „no joy” – czyli „bez radości”.

Myślę, że nie musisz czytać książki Marshalla Goldsmitha, żeby zastąpić swoje „nojo” całkiem nowym, wspaniałym „mojo”. Bo warto, szczególnie że taka piękna wiosna kwitnie za oknem. Nie przystoi jej marnować na burmuszenie się.

Mojo

Najnowsza książka Marshalla Goldsmitha zatytułowana jest „Mojo. How to Get It, How to Keep It, How to Get It Back If You Lose It” czyli „Mojo. Jak je zdobyć, jak je zatrzymać, jak je odzyskać, jeśli je utracisz.” Czymże jest to „mojo”? Pierwotnie słowo to odnosiło się do ludowej wiary w nadprzyrodzoną moc amuletów. Na potrzeby swojej książki Marshall Goldsmith zredefiniował znacznie „mojo” w następujący sposób:

„Mojo jest pozytywnym stanem ducha w stosunku do tego, co właśnie teraz robisz, stanem, który budzi się w twoim wnętrzu i promieniuje na zewnątrz.”

Na twoje „mojo” składają się cztery elementy:

  1. Twoja tożsamość – czyli odpowiedź na pytanie, jak sam siebie postrzegasz, kim jesteś.
  2. Twoje osiągnięcia – czyli odpowiedź na pytanie, czego znaczącego ostatnio dokonałeś, ile satysfakcji przyniósł ci twój wkład w dane zadanie i co w zamian otrzymałeś.
  3. Twoja reputacja – czyli odpowiedź na pytanie, co o tobie i o twoich działaniach sądzą inni.
  4. Akceptacja – czyli odpowiedź na pytanie, co jesteś w stanie zmienić, a z czym powinieneś się pogodzić.

Żeby pomóc czytelnikom obudzić ich „mojo” Marshall Goldsmith zawarł w książce „przybornik” składający się między innymi z ankiety i tabeli ocen „mojo”. Narzędzia te pozwalają namierzyć obszary i rodzaje działań, które stymulują „mojo”, i te, które je osłabiają. Wszystko to pięknie brzmi i działa, o ile jesteś w stanie zmusić się do systematycznego zadawania sobie mądrych pytań, do szczerego odpowiadania na nie, notowania tych odpowiedzi i ich analizowania. Z moich obserwacji wynika, że bolączką większości zapętlonych w swoim życiu ludzi jest brak dyscypliny i uczciwości wobec siebie. A to jest potrzebne, żeby skutecznie posłużyć się książką Marshalla Goldsmitha.

Mam nadzieję, że znajdą się jednak tacy, którzy, chcąc wyrugować niedobre duchy ze swojego życia, pokonają słabości i skorzystają z rad czołowego doradcy życiowego, który pomógł wielu ludziom znaleźć ich „mojo”.

Powodzenia!