Autor: Krzysztof Wysocki

Teoria wybitego dopalacza

Nie znam się na dopalaczach. Nie jestem chemikiem ani lekarzem, ani konsumentem tych substancji. W całej tej sprawie interesuje mnie jedynie obłuda i nieudolność naszego państwa.

We wpisie tym przyjmuję za dobrą monetę słowa naszego premiera, że dopalacze to zło, które władze będą tępiły z pełną determinacją. Nie wiem, czy są one groźniejsze od alkoholu, papierosów lub muchomorów, ale załóżmy, że tak jest. Niech to będzie nasza hipoteza robocza.

Opinie o szkodliwości dopalaczy znane są od wielu miesięcy, jeśli nie lat. Proceder sprzedaży tych substancji jako „wyrobów kolekcjonerskich” też nie został wymyślony wczoraj. Dlaczego więc nasza policja, prokuratura, sądy, wreszcie rząd tak długo tolerowały tę schizofreniczną patologię? Dlaczego nikt nie zajął się sprawą wtedy, kiedy punktów sprzedaży „wyrobów kolekcjonerskich” było pięć, a nie 1000? Dlaczego brakiem działania organy państwowe w pewnym sensie zachęcały do rozwoju tego biznesu w myśl zasady, że co nie zabronione, jest dozwolone?

Dlaczego urzędnicy pozwalali, żeby instytucje, których są przedstawicielami, były obiektem kpin i żenującej zabawy w słówka. To mi się po prostu nie mieści w głowie!

Przechodziłem niedawno obok pustego lokalu handlowego, na drzwiach którego wisiało ogłoszenie dotyczące możliwości jego wynajęcia. I w ogłoszeniu tym widniało zastrzeżenie, że przyszły najemca nie będzie mógł w tym miejscu handlować wyrobami kolekcjonerskimi i narkotykami. Ludzie! Czy wyście się z końmi na łby pozamieniali?

Dziwię się, że osoby rozpowszechniające pornografię dziecięcą nie zaczęły jeszcze jej udostępniać jako wyrobów kolekcjonerskich…

Uważam, że reguły powinny być jasne. Albo coś jest legalne i można to robić bez uciekania się do lingwistycznych sztuczek, albo nie. A jeśli nie, to każdy wykryty przejaw takiej działalności powinien być tępiony niezależnie od skali. Odkryto to już bardzo dawno temu, nazwano Teorią Wybitego Okna i zastosowano z powodzeniem w Nowym Jorku, a potem w wielu innych miejscach na świecie.

Ale do tego trzeba mieć jaja i być konsekwentnym…

Tymczasem idzie zima. Napraw w swoim domu uszkodzone okna, bo będzie zimno. Całego świata i tak nie zbawisz, ale możesz zrobić coś pożytecznego w zasięgu swojego wzroku. Powodzenia!

Paskudne pytania

Seth Godin zapowiedział niedawno, że nie opublikuje już w formie papierowej żadnej nowej książki. Jego ostatnim dziełem pozostanie na zawsze Linchpin. Niezupełnie dotrzymał słowa, ponieważ własnym nakładem wydał we wrześniu papierowy pięciopak „The ShipIt Journal Five Pack”. Ten zestaw pięciu identycznych zeszytów jednorazowego użytku jest dostępny za pośrednictwem księgarni Amazon, choć wysyłką zajmuje się sam Seth Godin. Każdy zeszyt służy do zmotywowania jego użytkownika do ukończenia projektu, za który właśnie się zabiera. Bo jak powiedział pewien polski polityk:

„Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy.” – Leszek Miller

Dodajmy, że dotyczy to w równym stopniu panie, które rozpoczynają jakieś przedsięwzięcia.

Nie wróżę niestety zeszytom Setha Godina zbyt wielkiej popularności. Zawierają one paskudne pytania (i wystarczająco dużo miejsca na wpisanie własnych odpowiedzi), które większość osób przez całe życie omija szerokim łukiem. A ci, którzy mają dość odwagi, zazwyczaj zeszytów nie potrzebują. Oto kilka z tych paskudnych pytań:

  • Kto jest twoim klientem?
  • Czego dotyczy projekt?
  • Kiedy zamierzasz go zakończyć?
  • Kto odpowiada za dotrzymanie terminu?
  • Czego się boisz?
  • Czego się tak naprawdę boisz (teraz powiedz prawdę)?
  • Dlaczego się boisz?
  • i tak dalej, i tak dalej, aż dokładnie zdefiniujesz przedsięwzięcie i szczerze określisz swój stosunek do jego ukończenia.

Dla Setha Godina wykrystalizowanie we własnym umyśle wizji końca projektu jest gwarancją powodzenia w działaniu. Dopóki sam nie zdefiniujesz celu, dopóty możesz lawirować i chować się za wymyślnymi wymówkami, kryjąc swój strach przed sukcesem lub porażką.

Realizacja przedsięwzięć to sport kontaktowy – nie wychodź na ring, jeżeli już w pierwszej rundzie zamierzasz położyć się na deskach. Zeszyty Setha Godina są niezłym narzędziem dla tych, którzy chcą przetrwać 12 rund, zdobyć motywację do walki i uwierzyć w możliwość zwycięstwa.

Zwariowany weekend

Po pierwsze muszę przyznać się do kapitulacji: „weekend” tak się zadomowił w polszczyźnie, że żaden „zapiątek” już go nie zastąpi. Ale to tak na marginesie.

Sobota zaczęła się normalnie, to znaczy o ósmej rano zafundowałem sobie półgodzinne pływanie. Poranki w dni wolne od pracy to świetna pora na trening. Jest luźno i profesjonalnie. Spotykasz wtedy tylko tych, którzy przychodzą pływać wzdłuż, a nie w poprzek. :-)

A po południu wybraliśmy się z TesTeqiem Juniorem na zawody gokartowe. I to wcale nie w charakterze biernych obserwatorów, ale zawodników. Co prawda zielonych (nigdy przedtem nie jeździliśmy takimi pojazdami), ale gotowych na zwycięstwo. Na okrążenia treningowe, a potem kwalifikacyjne pierwszy wyruszyłem ja:

Gokarty TesTeq

Jeździłem rozważnie i romantycznie, budząc zachwyt rozpalonych fanek. Po mnie na torze pojawił się TesTeq Junior i pokazał ojcu, gdzie raki zimują. Ale ja zamiast zazdrościć, chodziłem dumny jak paw:

Gokarty TesTeq Junior

Niestety szybciej od nas jeździł jakiś koleś ze złamaną ręką, co naszą porażkę przyprawiło dodatkową nutką goryczy. :-)

Niedziela też rozpoczęła się standardowo – od porannej wizyty na basenie. Jednak zaraz potem wszyscy zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy robić utrudnienia w ruchu w centrum Warszawy, biorąc udział w biegu ulicznym na 10 kilometrów Biegnij Warszawo. Razem ze mną wystartował TesTeq Junior i Panna TesTeqówna, a nasze wysiłki wspierała Pani TesTeqowa. Wszyscy ukończyliśmy bieg bez zatrzymywania się, a ja pobiłem swój zeszłoroczny rekord (54’55”) wynikiem 53’04”. Gdybym nie zaplątał się i nie wypadł z rytmu przy wodopoju na szóstym kilometrze, to pewnie udałoby mi się zejść poniżej 53 minut. Na poniższym zdjęciu nasza trójka przed biegiem i nas dwóch już z medalami:

Biegnij Warszawo 2010

Ale to jeszcze nie koniec. Po obiedzie pojechałem nad Zalew Zegrzyński zabrać z przechowalni swój sprzęt windsurfingowy – wszak to koniec sezonu. Deska i dwa żagle ułożyły się na trawie udając motyla i pomachały skrzydłami wygładzonej zmierzchem gładkiej tafli wody. Do zobaczenia za rok…

Windsurfing 2010 Koniec Sezonu