Autor: Krzysztof Wysocki

Wódka i widelec

Jednym z głównych postulatów metody GTD (Getting Things Done) Davida Allena jest alfabetyczne porządkowanie rzeczy. Od A do Z. Tworząc swoje archiwum dokumentów i okruchów informacji, nadajesz im odpowiednie nazwy i umieszczasz w szufladzie, segregatorze czy na dysku komputera w miejscu wyznaczonym przez abecadło, czyli pierwszą sekwencję abstrakcyjnych symboli, którą poznałeś w życiu.

To bardzo wygodne i oczywiste, ale, tak jak ze wszystkim, i tu nie należy przesadzać.

Wyobraź sobie, jak wyglądałaby twoja kuchnia, gdyby wszystko było poukładane w szafkach zgodnie z kolejnością alfabetyczną. Łyżki leżałyby obok łososia, noże w tej samej szufladzie, co nabiał, nóżki i natka, a widelce w barku razem z whisky, winem, winiakiem i wódką. Totalny zamęt!

Jaki stąd wniosek?

Porządek alfabetyczny jest doskonały, ale tylko wtedy, gdy nie przeczy zdrowemu rozsądkowi!

W przypadku dokumentów klucz tkwi w stosowaniu takich nazw teczek, aby te automatycznie grupowały się tematycznie. Na przykład warto razem przechowywać papiery dotyczące finansów osobistych lub rodzinnych. Jeśli podzielisz je według nazw instytucji finansowych, to Amber Gold znajdzie na samym początku archiwum, mBank gdzieś w środku, a Zakładowa Kasa Zapomogowo-Pożyczkowa na końcu. Natomiast jeśli nazwiesz je tak: „FIN: Amber Gold”, „FIN: mBank”, „FIN: ZKZP”, same zgromadzą się w jednym miejscu.

Alfabetyczne przechowywanie dokumentów i informacji to dobry pomysł, ale stanie się jeszcze lepszy, gdy zastosujesz nazewnictwo zapewniające dodatkowy porządek tematyczny całego zbioru.

Jak to robi Julien Smith?

Julien Smith, autor omawianej ostatnio na łamach BIZNESU BEZ STRESU książki „Wzdryg” („Flinch”), opublikował niedawno swój schemat załatwiania spraw, które ma do załatwienia. Nie jest to ani metoda GTD (Getting Things Done) Davida Allena, ani ZTD (Zen To Done) Leo Babauty, lecz własny, zdroworozsądkowy sposób postępowania umożliwiający panowanie zarówno nad cieknącymi kranami, jak i nad kreatywnymi projektami dla międzynarodowych korporacji.

Oto ten algorytm (osoby nieznające angielskiego mogą sięgnąć po słownik i potraktować analizę poniższego obrazka jako pierwszą lekcję nauki tego, niezbędnego w dzisiejszych czasach, języka):

Julien Smith Workflow
(photo by: Julien Smith [inoveryourhead.net/the-simplest-productivity-chart-of-all-time/]

Z pozoru skomplikowany, jednak, po dokładniejszym przyjrzeniu się, lekki, łatwy i przyjemny.

Nieprawdaż?

Czym się różni wiatraczek?

We wpisie Oczywista oczywistość stwierdziłem, że podstawą filozofii projektowania urządzeń, kultywowanej przez konstruktorów Apple pod wodzą Jonathana Ive, jest poszukiwanie prostoty lub, formułując to ściślej, tworzenie wyrobów oczywistych. Wyrobów jednoznacznie sugerujących posiadaczowi, jak należy ich używać. Z tego na przykład powodu klawisze funkcyjne na klawiaturze Maca służą przede wszystkim do rozjaśniania/przyciemniania ekranu, zmiany głośności i sterowania odtwarzaniem multimediów, a nie, jak w pecetach, do robienia F1, F2, F3, … F12.

Ale kwestia oczywistości stanowi tylko część tajemnicy jabłkowego sukcesu. Podejście Apple jest znacznie mniej powierzchowne niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. To nie są tylko ekscesy marketingowe, ale raczej wszechobecna troska o przyjemność obcowania ze sprzętem i oprogramowaniem tej firmy.

Jednym z najciekawszych, zaprezentowanych w ostatnim czasie, niewidocznych dla oka pomysłów inżynierów pracujących w Apple jest nowa konstrukcja wiatraczków chłodzących wnętrze MacBooka Pro z wyświetlaczem Retina.

Wsłuchaj się uważnie w dźwięk wytwarzany przez twój komputer. Składa się on z dwóch elementów: szumu powietrza i tonu, którego wysokość zmienia się, gdy oprogramowanie systemowe dostosowuje wydajność chłodzenia do aktualnego obciążenia pracą. Na dłuższą metę właśnie to jednostajne buczenie jest najbardziej męczące. W mniej wydajnych komputerach można całkowite pozbyć się wiatraczków, ale MacBook Pro z wyświetlaczem Retina potrzebuje potężnej mocy do przetwarzania ponad 5 milionów pikseli wyświetlanych na ekranie.

Jakie zatem rozwiązanie tego problemu znaleźli konstruktorzy Apple?

Wiatraczki o nierówno rozłożonych łopatkach!

Rozmieszczono je tak, żeby zamiast jednego, męczącego tonu, jednocześnie wytwarzane było kilka cichszych, praktycznie niesłyszalnych! Genialne!

Łatwo dostrzec, że jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem dbałości Apple o moje dobre samopoczucie i radość korzystania z Maców, iPhone’ów i iPadów. Nie odczuwam takiej troski, korzystając z Windowsów, Androidów i Lotus Notesów. Bo Apple jest już na innym etapie rozwoju. To firma, która z powagą stosuje się do zapewnienia:

„Będzie pan zadowolony!”

Szaranowiska olimpijskie

Transmisją uroczystości otwarcia igrzysk Telewizja Polska rozpoczęła trzytygodniowy festiwal oralnych popisów Włodzimierza Szaranowicza i gromadki jego pilnych uczniów. Kolorowe obrazki mknące do nas z olimpijskiego Londynu są jedynie mdłym tłem, dekoracją dla elokwencji i potoku słów dobywających się z niestrudzonych gardeł naszych komentatorów.

Dzięki nim poznajesz nieznane fakty z życia każdego sportowca, jego wyniki podczas zawodów w Pułtusku w 2002 roku i imię drugiej żony jego dziadka. Szczęka ci opada, gdy słuchasz tych napęczniałych wiedzą, chodzących encyklopedii. A oprócz tego dowiadujesz się, co przed chwilą zobaczyłeś na ekranie i co być może ujrzysz niebawem.

Zawodniczki w skupieniu strzelają do tarcz, cała sala milczy, jak makiem zasiał, tylko nasz sprawozdawca gada, jak najęty. To spektakl jednego aktora, lecz nie jest nim z pewnością nasza srebrna medalistka. Polski orator strzela słowami niczym karabin maszynowy – wszak cisza byłaby świadectwem jego zbędności…

Czyżby te tysiące niepotrzebnych słów miały stanowić dowód, że obecność naszych komentatorów w Londynie to dobra inwestycja, która służy wypełnieniu misji edukacyjnej telewizji publicznej?

Panowie!

Czy słyszeliście kiedyś komentarz Bohdana Tomaszewskiego?

Bo ja nie.

Dopiero skupiając się, odkrywam, że jego głos jest dopełnieniem transmitowanego wydarzenia. Nie zastępuje go.

Bohdan Tomaszewski nie boi się ciszy. Wie, że nie wolno niszczyć atmosfery sportowego spektaklu, że jego rolą jest zaproszenie nas do wspólnego przeżywania rywalizacji herosów, a nie prowadzenie wykładu pod tytułem: „Przeczytałem w internecie i ode mnie się dowiecie.”

Chodzi bowiem o to, żeby:

Niewiele mówiąc, powiedzieć wszystko.

Co niniejszym czynię.