Miesiąc: Maj 2013

Gwiazdozbiór psa

Kończę właśnie bestselerową powieść Petera Hellera „Gwiazdozbiór psa”, która reprezentuje postapokaliptyczny nurt współczesnej beletrystyki amerykańskiej, starający się odpowiedzieć na pytanie, co będzie się działo na naszej planecie, gdy jakiś kataklizm wytrzebi prawie całą ludzkość. I jak w takiej sytuacji będą zachowywać się ci, którzy przeżyją?

W przypadku „Gwiazdozbioru psa” cywilizację załatwił śmiercionośny wirus grypy, a główny bohater powieści (Hig) przeżywa rozterki samotności w świecie, w którym każdy nieznajomy może być drapieżnikiem albo, takim samym jak on, zagubionym poszukiwaczem utraconych więzi międzyludzkich.

Ciężko czyta się tę książkę. Nie z powodu tematyki, ale urywanych znienacka zdań i interpunkcji, która często nie poddaje się żadnym zasadom. Ma to, jak sądzę, wywołać w czytelniku poczucie zagubienia podobnego zagubieniu, którego doświadcza Hig.

To niezła książka. Myślę, że zasłużyła na nagrody, którymi została obsypana w Ameryce w 2012 roku.

A oto jeden, wyrwany z kontekstu, cytat:

Straciłem rachubę. Czasu. Może upłynęło pięć, może dziewięć dni. Czas rozciągał się jak miech akordeonu wydając świszczący głęboki dźwięk.

Sucho i coraz cieplej. Z dnia na dzień. Strumień trochę płytszy, trochę mniej wartki, mniej bystry nurt, gasnący wodospad, biała kaskada coraz węższa na kamiennej krawędzi. Strumień jak nastrój. Mniej żywiołowy. Obudziłem się w środku nocy i leżałem w hamaku, wysunąłem stopę ze śpiwora na chłód i wyczułem nagą stopą szorstką ziemię i zacząłem bujać się w przód i w tył. I patrzyłem na gwiazdy pływające w pajęczynie liści. Jak ryby które próbują się przecisnąć przez oka sieci.

Tym właśnie jesteśmy, to robimy: próbujemy się przecisnąć, napinamy sieć, sieć która nie istnieje. Jej węzły trzymają tylko tak mocno jak nasze własne przekonania. Nasz własny strach.

Ha. Przyznaj się: nie masz zielonego pojęcia co robisz, nigdy nie miałeś. Mimo wszystkich sieci na świecie, realnych i nierealnych. Kręciłeś się w kółko w bezładnej migotliwej ławicy płynąc za ogonem ryby przed tobą. W zasadzie. Żywiąc się czymkolwiek co znajdywałeś tam, gdzie akurat byłeś.

[Peter Heller, „Gwiazdozbiór psa”, s. 245-246]

Jak znaczek pocztowy

Prawie wszyscy wiedzą kim był Mark Twain – najsłynniejszym, dziewiętnastowiecznym humorystą amerykańskim. A Josh Billings? Nawet nie doczekał się wzmianki w polskiej Wikipedii! Otóż Josh Billings uznawany jest za tego, który w dziedzinie dziewiętnastowiecznego humoryzmu amerykańskiego zajął drugie miejsce za Markiem Twainem.

Nie znam jego twórczości, ale natknąłem się ostatnio na przypisywany mu cytat, który bardzo odpowiada mojemu sposobowi działania:

Bądź jak znaczek pocztowy – przyklej się do jednej rzeczy i nie odpadaj, aż dotrzesz do miejsca przeznaczenia.

Zbyt często ludzie nie wykazują należytej wytrwałości w dążeniu do celu. Wydaje im się, że wystarczy odrobina sprytu, kilka dni lub tygodni pracy, jakiś „myk” i sukces spadnie z nieba jak wygrana w Lotto. Nie twierdzę, że coś takiego nie może się zdarzyć. Może. Z takim samym prawdopodobieństwem, jak… wygrana w Lotto.

Odniesienie rynkowego sukcesu zajęło takim symbolom jak Microsoft, Apple, Yahoo!, Google, Facebook, Amazon.com nie mniej niż 3 lata, a w większości przypadków 7 i więcej lat. Tyle czasu trwa „błyskawiczna droga na szczyt”.

Jaki stąd wniosek?

Jeśli brak ci cierpliwości, graj w Lotto.

Jeśli chcesz odnieść zasłużony sukces:

Przyklej się i nie odpadaj!

Tarcie

Obserwowałem wczoraj, jak pracownik firmy TOI TOI sprawnie ustawiał przenośną toaletę w miejscu dla niej przeznaczonym. Kabina taka jest wystarczającą ciężka i duża, żeby nie dało jej się przenieść, ale na tyle lekka i poręczna, żeby jeden człowiek mógł ją przemieszczać w ślizgu kontrolowanym. I właśnie w tym ślizgu dostrzegłem podstawową zasadę fizyki i efektywnego działania:

Przedmioty w ruchu stawiają mniejszy opór niż te, które pozostają w spoczynku.

Dla danego ciała fizycznego oraz danej powierzchni, na której ciało to się znajduje, opór stawiany przez tarcie ruchowe (kinetyczne) jest mniejszy od oporu stawianego przez tarcie spoczynkowe (statyczne).

Dostawca toalety najpierw szarpnął z całej siły kabiną, żeby przełamać jej niechęć do współpracy, a potem ciągnął ją raz mocniej w lewo, raz w prawo, żeby utrzymywać ją w ślizgu, a ona posłusznie wędrowała po chropowatej kostce brukowej.

Okazuje się, że te same zasady obowiązują praktycznie w każdej dziedzinie życia. Najtrudniejsze jest pierwsze szarpnięcie (pierwszy krok), a potem świat i okoliczności przyrody zaczynają sprzyjać tym, którzy na to pierwsze szarpnięcie potrafią się zdobyć.

No to jak?

Szarpiemy?

Szczęście a produktywność

Kontynuując majowe rozważania na temat szczęścia, chciałbym bezlitośnie podważyć, a nawet obalić pewien mit.

Na fali startupowej rewolucji, wyzwalania się z korporacyjnych obozów pracy i podążania za własną pasją w wielu głowach zakiełkował pogląd, że:

„Pracownik szczęśliwszy jest produktywniejszy.”

Firmowe działy zarządzania zasobami ludzkimi, dotychczas bez powodzenia szukające pola do popisu, wreszcie znalazły obszerny ugór do bezsensownego zaorania. Bezsensownego, acz dającego się zmierzyć konkretnymi, ujętymi w sprawozdaniach, zmarnowanymi kwotami. Zaczęło się wielkie dopieszczanie pracowników wyjazdami integracyjnymi, balami jubileuszowymi, karnetami na basen, ubezpieczeniami zdrowotnymi oraz innymi działaniami z repertuaru początkującego kaowca (czyli instruktora kulturalno-oświatowego). Wszystko to pod hasłem jednoczenia wysiłku, uzyskiwania synergii i podwyższania produktywności.

Tymczasem…

Nie ma żadnych badań potwierdzających, że „zajęcia pozalekcyjne” i wydzielane w ich wyniku endorfiny w jakikolwiek pozytywny sposób wpływają na produktywność pracowników. Wręcz przeciwnie – mogą zniechęcać do efektywnej pracy. Szczególnie tych najwybitniejszych, którzy mają znacznie lepsze pomysły na spędzanie wolnego czasu niż wspólna popijawa z mniej uzdolnionymi kolegami podczas tradycyjnej majówki lub grzybobrania.

Prawdziwe jest natomiast twierdzenie odwrotne:

„Pracownik produktywniejszy jest szczęśliwszy.”

Świadomość sprawnego wykonywania sensownej i dobrze opłacanej pracy przynosi satysfakcję, która owocuje lepszym samopoczuciem, leczy kompleksy i pozytywnie wpływa na życie rodzinne.

Jaki stąd wniosek?

Skończ z wyrzucaniem pieniędzy na „uszczęśliwianie” pracowników.

Skup się na umożliwianiu im produktywnego działania, usuwaniu krępujących ich głupot i wspólnym cieszeniu się z sukcesów.