Tag: humor

Komórkowe matki

W miarę upowszechniania się telefonów komórkowych z rosnącą trwogą obserwowałem, jak coraz więcej spacerujących z wózkami mam zatapiało się w bezprzewodowych konwersacjach z przyjaciółkami, znajomymi i rodziną, zamiast całą swoją uwagę skupiać na dziecku.

Co to będzie? – martwiłem się. – Wyrośnie nam całe pokolenie pozbawionych uczuć głąbów!

Tak mnie to gnębiło, że nie mogłem o tym przestać myśleć. I bardzo dobrze, ponieważ po wielu miesiącach rozpatrywania różnych aspektów zagadnienia wreszcie zrozumiałem, jak bardzo się myliłem!

Doszedłem bowiem do wniosku, że komórka w ręku matki pchającej przed sobą dziecięcy wózek to czynnik pobudzający rozwój młodego człowieka i umożliwiający tejże matce pozostanie przy zdrowych zmysłach!

Dlaczego?

Argumentów jest kilka:

  1. Wielogodzinne samotne spacery z początkowo niekumatym potomkiem przyczyniają się do wyobcowania, żeby nie powiedzieć zdziczenia towarzyskiego, matki. Zdawkowe rozmowy z napotkanymi ludźmi nigdy nie zastąpią głębszych więzi z rodziną i znajomymi, które z konieczności się rozluźniają. Nikt przecież nie będzie codziennie towarzyszył takiej matce w wędrówkach po okolicy, skoro nie musi. Komórka w znacznym stopniu rozwiązuje ten problem: zawsze można do kogoś zadzwonić i pogadać. O rzeczach ważnych i o dyrdymałach. Wyrwana z pieluchowego więzienia samotności mama jest pogodniejsza, co z pewnością odczuwa każde dziecko i… każdy mąż.
  2. Dziecko cały czas słyszy głos matki i, nawet jeśli nie jest w stanie jej zobaczyć, wie, że ta czuwa gdzieś w pobliżu. I czuje się bezpiecznie pośród innych ulicznych odgłosów, które nie zawsze brzmią przyjaźnie.
  3. Dziecko cały czas słyszy mowę ludzką. Nie jakieś „a ti, ti, ti” albo „a cio to tu paćsi na mnie”, albo „ojojoj, cmok, cmok”, tylko normalne, dorosłe słowa: „wiesz, kupiłam sobie taką niebieską bluzeczkę z koronkowym wykończeniem” albo „słyszałaś, że Klara jest w ciąży?”, albo „no ćwok jakiś: zaprosił ją, a potem sama musiała zapłacić za kawę”. Wbrew pozorom osłuchanie się z prawdziwymi słowami, lepiej lub gorzej składanymi w zdania, już od pierwszych dni kształtuje i wzmacnia możliwości umysłu w zakresie zdolności językowych. Naśladowanie przez dorosłych języka dzieci jest szkodliwe, ponieważ uczy mózg rozpoznawania niewłaściwych wzorców dźwiękowych, opóźniając jego rozwój zamiast stymulować.

Dziewczyny!

Nie krępujcie się!

Gadajcie jak najęte przez te swoje komórki!

Słuchając rozmów, wasze dziecko uczy się i wychowuje znacznie lepiej niż podczas tradycyjnych sesji niezrozumiałego gaworzenia!

Wykusz Janka Muzykanta

Wykusz Janka Muzykanta 0

Jest takie miejsce w Warszawie, którego nie ma w żadnym oficjalnym przewodniku. Położone na skrzyżowaniu dwóch niepozornych, niemalże polnych ulic: ulicy Wykusz i ulicy Janka Muzykanta.

Znajduje się tam dziki taras widokowy Portu Lotniczego im. Fryderyka Chopina w Warszawie (dawniej zwanego Okęciem).

A co z tarasem widokowym na lotnisku?

Na oficjalnej stronie portu czytamy:

Taras widokowy na Lotnisku Chopina w Warszawie jest zamknięty.

Taras zostanie udostępniony po przebudowie starej części Terminalu A (dawniej nazywanej Terminalem 1). Przebudowa rozpoczęła się w II połowie 2012 r. i potrwa około trzech lat. Zmodernizowany taras będzie oszklony i zadaszony. Odwiedzający będą mieli do dyspozycji mały barek z kawą.

Chciałoby się dodać: „Przepraszamy. Taras widokowy nieczynny. Najbliższy czynny taras widokowy dla odprowadzających we Wrocławiu!” (tekst z filmu „Miś” Stanisława Barei). :-)

Dziki taras widokowy ani nie jest wyposażony w barek z kawą, ani nie jest oszklony, ale łączy go z niedziałającym tarasem oficjalnym budowlany wygląd. Składa się z ugoru i usypanego nie-wiadomo-przez-kogo i nie-wiadomo-po-co pagórka.

Ma za to jedną niedoścignioną zaletę: samoloty lądują w odległości zaledwie 200 metrów od niego. Rewelacja!

Odwiedziłem dziś z Panią TesTeqową ten ziemski przybytek podniebnych rozkoszy, a że trafiliśmy na dobrą godzinę, pstryknąłem kilka fotek. Polecam!

Wykusz Janka Muzykanta 123456789

Zadanie dla zaawansowanych: zastanów się nad głębokim sensem nazwania tego miejsca „Wykusz Janka Muzykanta”. To nie może być przypadek!

Bóg, Beksiński i Pielewin

Bez komentarza, ponieważ…

Bez komentarza, powiedziałem!

„Ja osobiście (…) nie mam zdania na temat Boga. Jeżeli „istnieje” on jakoś w mojej wyobraźni, to jako antropomorficzny facet z brodą w kąpielowym ręczniku, taki, jakiego wytworzyło mi religijne wychowanie w szkole i obrazy oglądane w dzieciństwie. Inny nie istnieje i nie istnieje także nic, co by zastępowało lub mogło zastąpić faceta w ręczniku kąpielowym. (…) Innego Boga i innego nieba po prostu nie pożądam.” – Zdzisław Beksiński

[Magdalena Grzebałkowska, „Beksińscy. Portret podwójny”, s. 411]

To, że czasem jest ci zimno i ciemno, synu mój, dowodzi jedynie, że ciepło i ogień istnieją, jak bowiem inaczej byś je poznał? Pojmij, Dżordżajaszu, wielką tajemnicę. Głównym dowodem mojego istnienia jest zło. Albowiem w świecie bez Boga zło nie byłoby złem, lecz korporacyjną etykietką.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 74]

Wznoszenie się ku Bogu może i trwa długo. Ale upadek zawsze jest szybki. To jedna oślepiająca chwila.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 96-97]

Realność to plastelina z rodzynkami. Człowiek naciska palcami powstający przed nim plastelinowy obrazek pod nazwą „świat”, żeby sobie wydłubać kilka smacznych okruszyn, a na tym obrazku padają wieże, toną okręty, giną imperia i cywilizacje. Ale to z reguły widzą już inni.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 127]

– A co to jest bön praktycznie? – zapytał Arystoteles Fiodorowicz. – My się na tym kompletnie nie znamy.

– Trening ducha – odparł Borys. – W celu uwolnienia się od wszelkich ziemskich emocji. Tyle że w rzeczywistości kończy się to tak, że człowiek zamiast jednej taczki z gównem pcha przez życie dwie: swoją ojczystą i tybetańską. Najpierw zasuwa w pracy jak mały samochodzik, a potem siada w swojej komórce i rozpoczyna zaklęcia w psim języku, żeby ułagodzić jakichś nagów, którzy dla kogoś innego po prostu nie istnieją… I psychoza szaleje od razu w dwóch kierunkach. A tak w ogóle jest tam dużo rozmaitych rozrywek. Można praktykować, którą się chce.

– Na przykład?

– No, na przykład są samatha i vipassana. Rodzaje medytacji. Nudne jak flaki z olejem.

– Na czym polegają?

Borys zastanawiał się chwilę.

– No, weźmy taki prosty przykład… Upił się pan i nie może znaleźć kluczy od mieszkania. I myśli pan: „Gdzie klucze? Gdzie klucze? Gdzie klucze?”. To jest samatha. A potem do pana dociera: „Boże, ależ jestem zalany…”. To jest vipassana. Cały nasz kraj to praktykuje, tylko o tym nie wie.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 275]

Postmodernistyczni biurokraci

Tydzień temu ujawniłem, że przeczytałem „Napój ananasowy dla pięknej damy” Wiktora Pielewina. Dziś proponuję cztery szokujące cytaty z tej książki przedstawiające genezę i istotę aktualnego „układu” rządzącego Rosją. Spektrum interpretacji tego, co wypisuje Pielewin, rozciąga się od całkowitej negacji jego słów, aż po stwierdzenie: „A czy na pewno dotyczy to tylko Rosji?”.

– Rosja Sowiecka zawsze była naszym wrogiem – zakończył Bush ze łzami w głosie. – Robiliśmy wszystko, żeby ją zniszczyć, ale udało się to nam nie dzięki potędze naszej broni. Masy prostych Rosjan uwierzyły wreszcie, że jesteśmy dobrymi ludźmi i chcemy ich dobra. Kiedy kremlowscy starcy nazywali Amerykanów wrogami, nikt im już nie wierzył. Oglądałeś przecież, Panie, film „Łowca snów” według Stephena Kinga? Pamiętasz, byli tam tacy kosmici, składający się tylko z pionowej zębatej paszczy. Te paszcze w razie potrzeby zamieniały się w sympatyczne zielone ludziki i machały rączkami jak dzieci… I my też pomachaliśmy zieloną rączką, zaśpiewaliśmy o wichrze przemian i to wystarczyło. Ci ludzie, można powiedzieć, dobrowolnie oddali się nam w niewolę i zaczęli czekać, kiedy wprowadzimy ich w szczęśliwe jutro. Naród Rosji pragnął wolności. Wszystkim się wydawało, że ten kraj stoi na progu nowej ery, którą wywalczył sobie całą swoją straszną historią. I stanęliśmy wobec pytania, co robić dalej. Dawniej po pokonaniu wrogiego państwa – Japonii czy Niemiec – szliśmy na wszystko, aby tylko zbudować tam demokrację. Ale budowanie jej na tych olbrzymich przestrzeniach byłoby zbyt trudne i kosztowne. Poza tym mógł się pojawić nowy poważny konkurent – Japonia i Niemcy wiele nas nauczyły. Dlatego w celach geopolitycznych postanowiliśmy… e-e… pójść inną drogą. Pozwoliliśmy się wzbogacić niewielkiej grupie niegodziwców, których interesowało tylko to, żeby się nakraść, i daliśmy im mandat na rządzenie, żeby doprowadzili te terytoria do ruiny i utrzymywali je pod kontrolą. Tak kiedyś robili Tatarzy i Zbigniew uważa, że jest to najefektywniejszy sposób rządzenia w rosyjskim rogu szachownicy. Początkowo wszystko działało, ale teraz coraz trudniej kierować chaosem. Sukinsyny, które tam rządzą, już w ogóle nie są naszymi sukinsynami…

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 91-92]

Przyjęła się opinia, że władza opiera się na bagnetach. Ale oparciem rosyjskiej biurokracji dzisiaj jest nie tyle specnaz, ile polityczny postmodernizm. Co to jest i czym się różni od postmodernizmu w sztuce?

Wyobraź sobie, czytelniku, że jesteś zahukanym i udręczonym zwykłym rosyjskim obywatelem. Zadajesz sobie pytanie, kto wprawia w ruch koła zębate, na które dzień za dniem nawija się twoje kiszki, i zaczynasz szukać prawdy – docierasz aż do samej góry, do gabinetu, w którym siedzi główny krwiopijca. I oto wchodzisz do tego gabinetu, ale zamiast krwiopijcy widzisz nierealnie doskonałego faceta, który bierze gitarę i zaczyna ci śpiewać piosenkę o tym, że przegniło i obrzydło – taką, że dech ci zapiera: sam nawet byś nie potrafił tak tego ująć. A on śpiewa ci jeszcze jedną, tak śmiałą, że aż boisz się przebywać z nim w jednym pokoju. I kiedy wychodzisz z gabinetu, zupełnie nie masz dokąd iść, a przede wszystkim nie masz po co. Nie będziesz wszak walić pałką słusznego gniewu w tę mądrą braterską głowę, która sto razy lepiej niż ty wie, jak dalece wszystko przegniło i obrzydło. A i gorycz w tym sercu jest o wiele większa niż w twoim.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 139-140]

Biurokrata zagospodarował „komunizm”, zagospodarował „wolność” i zagospodaruje nie tylko „islam”, ale i każdy kult, choćby marsjański, ponieważ uzurpować sobie władzę w złodziejskich celach można w każdym przebraniu i przy wtórze każdej pieśni. Ale, powiedzą mi na to, istnieje przecież także prawdziwy proces rewolucyjny. Otóż to właśnie jest najstraszniejsze, że tak.

Historia uczy: jakkolwiek ohydna była przedrewolucyjna rosyjska biurokracja, o wiele gorsza jest biurokracja porewolucyjna. Tylko po prostu do czasu ukrywa się za artystyczną awangardą rewolucji, w którą z przyjemnością wszyscy się bawimy. Potem, kiedy performans i masowe imprezy zleją się w jedno z rzekami krwi, wszystko stanie się jasne, ale będzie już za późno.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 141]

– W Rosji nie ma żadnego liberalizmu i być nie może. Bo gdyby był, trzeba by wszystkich wsadzić do paki. W Rosji istnieje liberalny dyskurs. Mówiąc uczenie, jest to następstwo efektów dźwiękowych i wizualnych towarzyszących przekazywaniu wartości stworzonej przez Gułag w ręce sami wiecie czyje. Zestaw szczególnych mantr, które specjalnie wyszkoleni ludzie czytają w radiu i telewizji, aby stworzyć zasłonę mentalną.

[Wiktor Pielewin, „Napój ananasowy dla pięknej damy”, s. 272]