Kategoria: x-raptularz

Niech się wstydzi ten, kto widzi!

NARTYWOD

To były super wakacje!

Licealne lato i nowa pasja sportowa: narty wodne.

W arkana tego wspaniałego, choć nieco hałaśliwego sportu wprowadzała mnie koleżanka, której tata dysponował odpowiednim „sprzętem ciągającym”.

Początki są zawsze trudne, start wymaga nieco treningu w dziedzinie utrzymywania równowagi przód-tył, ale potem rozpoczyna się wspaniały czas nauki kolejnych ewolucji. Najpierw są to niewielkie skręty, potem przejazd przez falę, którą wytwarza ślizgająca się po wodzie motorówka, później odrzucenie jednej z nart, slalom i wreszcie zaczepienie się nogą za orczyk i rozłożenie rąk na boki – nagrodzone oklaskami widzów zgromadzonych na brzegu jeziora i na pomoście. Oczywiście zdobycie każdej nowej sprawności jest okupione wielokrotnymi kąpielami i doskonaleniem się w startach z wody. Ale przecież to sama przyjemność, a nie kłopot!

I tu dochodzimy do sedna sprawy. Ucząc się nowych rzeczy, zdobywając nowe umiejętności, musisz popełniać błędy i podejmować próby ich korygowania. Świadomość tego faktu paraliżuje wiele osób, które, zamiast korzystać z okazji do odkrycia całkiem nowych doznań, wycofują się do swojej jaskini i szukają wymówek – na przykład, że woda jest za zimna. Moja narciarsko-wodna koleżanka miała dla takich ludzi znakomitą radę:

Niech się wstydzi ten, kto widzi!

Myślę, że jest to dobre motto, które powinieneś sobie powtarzać, gdy czujesz się skrępowany swoją początkową nieporadnością i możliwością ośmieszenia się.

Do dzieła!

Niech się wstydzi ten, kto widzi!

Wielkanocne bobry

W systematycznie czytanym przeze mnie blogu „Przelotnie-pobieżnie-przejściowo” pojawił się ostatnio wpis „Bobry”, który przypomniał mi, że dzieckiem będąc, miałem okazję przysłuchać się modlitwom mieszkającej wówczas z nami cioteczno-ciotecznej babci. Nieodmiennie moje zdumienie budziły słowa, które wypowiadała w natchnieniu:

Jeden bober,
drugi bober,
i to bober,
i to bober.

I tak w kółko, aż do końca różańca.

Sytuacja komplikowała się, gdy babcia, modląc się, jednocześnie słuchała radiowej transmisji sportowej. Wówczas można było usłyszeć:

Jeden bober,
drugi bober,
i to bober,
a żeby cię…
i to bober.
Jeden bober,
drugi bober,
żebyś tak nogę złamał,
i to bober,
i to bober.

Doświadczenia te pozostawiły trwałe rysy na mojej psychice – zarówno w dziedzinie postrzegania świata religii, jak i świata bobrów…

Łyżeczka

Łyżeczka

Pojawiła się w moim życiu w czasach, których prawie nie pamiętam. Była elementem kompletu składającego się z łyżki, widelca, noża i łyżeczki. Kompletu, który był świadkiem moich pierwszych zmagań w dziedzinie zręcznego operowania narzędziami jedzeniowymi i kulturalnego zachowywania się przy stole.

Łyżkę, widelec i nóż diabeł ogonem nakrył albo schowała w bezpiecznym miejscu moja żona, ale łyżeczki zawsze pilnowałem jak oka w głowie i do dziś jest przy mnie. Na dobre i na złe. To nią codziennie po powrocie z pracy jem trzy kawałki białego sera z dżemem. To nią, w razie potrzeby, odmierzam odpowiednie porcje lekarstw. To nią jem świąteczny „domek Baby Jagi”, stefankę i mój ulubiony sernik.

Czasem wydaje mi się, że jest moją najlepszą przyjaciółką – przecież wspólnie odczuwamy wszystkie słodycze i gorycze mojego życia i razem spędzamy wszystkie poranki i wieczory.

Nie chcę nawet myśleć, co by się stało, gdyby kiedyś mi jej zabrakło…

Pewnie nic, bo wszystko przemija i znika jak poranna mgła nad wrzosowiskiem. Zostają tylko wspomnienia…

Czy dobre?

Tylko od nas zależy, co robimy tu i teraz i co zapamiętujemy…

Od malucha do toyoty

MALUCH

Maluch był moim pierwszym samochodem. Świadkiem wielu pierwszych rzeczy, które zrobiłem w życiu. Na powyższym zdjęciu, tuż przed wskoczeniem za kierownicę, patrzę na moją przyszłą żonę, która z balkonu robi mi pamiątkową fotkę. To ostatni dzień wakacji i wolności przed założeniem munduru (w moich czasach po ukończeniu studiów należało odbyć roczne przeszkolenie wojskowe). Wielu moich kolegów unikało tego obowiązku, uciekając się do naciąganych opinii lekarzy, jednak ja w tej sprawie byłem i jestem przesądny: wierzę, że zasłanianie się stanem zdrowia, kiedy ono dopisuje, sprowadza chorobę – jest wywoływaniem wilka z lasu. Jedni mogą uznać takie podejście za głupotę i naiwność, ale dla mnie to jeden z filarów mojej filozofii życiowej.

Maluch dobrze mi służył przez 6 lat. Raz zrobiłem mu krzywdę, gdy wyjechałem do tyłu z garażu z otwartymi drzwiami. Aż się okręcił słupek, do którego te drzwi były przymocowane.

Na dachu tego samochodziku podróżowała nad Zalew Zegrzyński nasza deska windsurfingowa – pierwszy zakup, jakiego dokonaliśmy wspólnie z moją przyszłą małżonką.

Teraz jeżdżę toyotą, ale okazało się, że mój pierwszy i obecny samochód mają coś wspólnego. Był okres, kiedy w maluchu zaczął się zacinać pedał gazu. Po wciśnięciu nie odskakiwał, lecz pozostawał w dowolnie wybranej pozycji. Należało wówczas go odciągnąć, wkładając stopę pod pedał. Niestraszne są mi więc ostatnie doniesienia o podobnych problemach w całej generacji toyot. Stare umiejętności czekają na swoją okazję, a ja bez stresu – na wezwanie do serwisu.

Szerokiej drogi!