Kategoria: x-a-propos

Pozytywne myślenie

Pozytywne myślenie bywa przedmiotem niewybrednych kpin, sarkazmu, wielu śmiesznych dowcipów, a także niewesołych refleksji nad marnością otaczającego nas świata.

Tymczasem wszystkie te reakcje są wynikiem fundamentalnego niezrozumienia, czym jest i do czego służy pozytywne myślenie.

Pozytywne myślenie nie jest rzucaniem na wiatr lub bezmyślnym powtarzaniem stwierdzenia:

Wszystko będzie dobrze!

Bo nie ma takiej możliwości, żeby wszystko było dobrze. Bezlitosne reguły rachunku prawdopodobieństwa jednoznacznie podpowiadają, że zapewne coś się nie powiedzie. I co wtedy? Wtedy dochodzisz do błędnego wniosku, że pozytywne myślenie nie działa.

Ale ono działa, jeśli tylko zrozumiesz, że:

Pozytywne myślenie to przychylne nastawienie do własnej działalności, a nie naiwny i daremny trud hipnotyzowania świata.

Pozytywne myślenie jest świadomą wiarą w to, że jeśli już się za coś zabierzesz, to jesteś w stanie zrobić to najlepiej, jak tylko potrafisz. I dołożysz wszelkich starań, żeby tak naprawdę było.

Zatem… niech pozytywne myślenie będzie z tobą!

Zen w nosie

Świt. Pierwsze promienie słońca rozświetlają mój pokój.

Leżę bez ruchu. Z zamkniętymi oczami. Wiem, że gdybym je teraz otworzył, ujrzałbym nad sobą niemożliwie biały sufit

Jest chłodno, ale już czuję ciepło budzącego się dnia.

Lekko poruszam lewym nozdrzem. Potem prawym i jeszcze raz lewym. Czuję, jak w obydwu dziurkach od ścianek delikatnie odklejają się zaschnięte przez noc zeny. Nie, nie tak duże, żeby utrudniały mi oddychanie, ale wystarczająco wyrośnięte, żeby uznać je za samodzielne byty, które zamieszkały w moim nosie, gdy rzeczywistość stała się snem.

Powoli podnoszę rękę i zbliżam ją do twarzy. Lekko przechylam nos w lewo i w prawo, równomiernie wdychając i wydychając poranne powietrze.

Nieśpiesznie zagłębiam kciuk w lewej dziurce. Nie sprawia mi to bólu, ponieważ mam stosunkowo smukłe palce. Staram się zaczepić paznokciem przyczajonego zena. Pierwsza próba nie przynosi powodzenia. Zagłębiam więc kciuk bardziej i wbijam szpon w twardy brzeg fraktalnej nierówności. Uważnie wyciągam zdobycz i palcem wskazującym chwytam ją w pułapkę.

Z zadowoleniem roluję zena, wyczuwając jego różnorodną konsystencję i fakturę. W jednej, idealnie utoczonej kuli mieszam twardą głowę, elastyczny tułów i lepki, kleisty odwłok intruza oraz sny i mroczne koszmary nocy.

Gdy dzieło jest już gotowe, energicznym ruchem wyrzucam zenowy kokon w kierunku słońca. Czasami, jeśli zrobię to przedwcześnie lub nie wykonam palcami prawidłowego ruchu podkręcającego, skazana na niebyt przeszłość rozmazuje się i przykleja do niecierpliwych opuszków moich palców. Wiem wtedy, że tylko dzięki wytrwałym, codziennym ćwiczeniom osiągnę kiedyś mistrzostwo w swoim fachu. Na razie jestem tylko uczniem.

Wiem też, że to dopiero połowa drogi do pełnego oczyszczenia. Teraz czas na prawą dziurkę…

Wyuczona bezradność

Właśnie trafiłem na poruszający wpis Davida McRaneya „Learned Helplessness” (youarenotsosmart.com) („Wyuczona bezradność”), opublikowany 11 listopada 2009 roku. Artykuł zaczyna się tak:

Powszechne, błędne mniemanie: Jeśli popadniesz w kłopoty, zrobisz wszystko, żeby się z nich wydobyć.

Gorzka prawda: Jeśli nabierzesz przekonania, że nie masz wpływu na swój los, poddasz się i zaakceptujesz nawet najgorszą sytuację, w której się znalazłeś.

To dlatego ludzie popadają w pętlę zadłużenia.

To dlatego bezdomni nie wychodzą z bezdomności.

To dlatego tak wielu, skądinąd inteligentnych ludzi, widząc przypadłości umysłowe polityków, nie bierze udziału w wyborach parlamentarnych i przyczynia się do ich coraz bardziej przygnębiających wyników.

Oczywiście jest sporo „okoliczności przyrody”, których istnienia nie da się zignorować i należy zaakceptować to, że ich zmiana leży poza zasięgiem naszych możliwości. Jednak zbyt często, z wygodnictwa lub właśnie na skutek poddania się losowi, przesuwamy granicę niemożności o wiele za daleko i przyzwyczajamy się do spraw, na które moglibyśmy mieć wpływ, gdybyśmy tylko chcieli.

A ty?

Zastanów się, czy są sprawy, o które pochopnie przestałeś walczyć i wywiesiłeś białą flagę, choć wynik bitwy wcale nie został jeszcze przesądzony.

I zacznij działać!

Pełne zanurzenie

Pełne zanurzenie to wspaniały stan oddania się bez reszty swojej pasji. Wyłączenia całego świata i poświęcenia się tej jednej, jedynej rzeczy. Czasami tak trzeba, czasami jest to jedyny sposób osiągnięcia sukcesu, czasami nie ma innego wyjścia, ale… pełne zanurzenie może być bardzo niebezpieczne:

  • Zanurzony nie widzisz, co dzieje się na powierzchni i wokół ciebie. Znam wiele osób, które tak pasjonują się swoim zajęciem, że nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo są niedoceniani lub wręcz wykorzystywani. Nie używają swoich nadzwyczajnych umiejętności i profesjonalnej postawy jako karty przetargowej, ponieważ dla nich liczy się tylko to, co robią. Uwielbiają to i gdyby mogli, to by jeszcze dopłacali za możliwość tworzenia swoich dzieł.
  • Zanurzony jesteś jak żaba, która nie czuje, że woda się ociepla, i nim zdąży zareagować, zostaje ugotowana. Twoje otoczenie nieustannie się zmienia. Ciągła ewolucja i niespodziewane rewolucje kształtują nowe krajobrazy i okoliczności. Ci, którzy tego nie zauważają, stają się zgorzkniałymi dziwakami pracującymi nad przestarzałymi lub niepraktycznymi wynalazkami.

Pamiętaj: pełne zanurzenie to wspaniały stan, ale warto monitorować parametry otoczenia i od czasu do czasu wysuwać swój peryskop ponad powierzchnię wody.