Jaka piękna katastrofa!

helbomba„Najlepszym argumentem przeciwko demokracji jest pięciominutowa rozmowa z przeciętnym wyborcą” – taką ocenę przypisuje się Winstonowi Churchillowi. Niezależnie od tego, czy wypowiedź ta rzeczywiście padła z ust słynnego brytyjskiego polityka, warto zastanowić się nad jej istotą oraz nad tym, czy demokracja, zamiast być szczytowym osiągnięciem zachodniej cywilizacji, nie jest przypadkiem jej gwoździem do trumny.

Według współczesnych poglądów demokracja opiera się na wolności przekonań jednostki i jej prawie do ich swobodnego wyrażania. Jednak w świetle prowadzonej ostatnio walki z mową nienawiści założenie to przestaje być już takie oczywiste. Czy słusznie?

Wolność słowa

W demokracji źródłem władzy jest wola większości obywateli. Może ona zostać określona tylko wtedy, gdy każdy ma możliwość artykułowania swojego stanowiska. Fundamentem demokracji jest zatem absolutna swoboda wypowiedzi.

Okazuje się jednak, że fundament ten stoi na ruchomych piaskach. Wolność słowa oznacza przecież zarówno wolność prawdy, jak i wolność kłamstwa. Wolność mądrości i głupoty. Wolność pochlebstwa i zniewagi. Prawo do wyrażania zarówno miłości, jak i nienawiści.

Nie można bowiem z góry założyć, że to, co ktoś chce głosić, jest kłamstwem lub głupotą. Albo że ma na celu obrażenie adwersarza. Może tak jest, a może nie, jednak prewencyjna cenzura wypacza sens demokracji, w której każdy pogląd ma prawo być wyrażony i zyskać poparcie lub potępienie „ludu”. Wolność nie może zależeć od intencji mówcy. Nawet jeśli jest on wrogiem, trollem czy tylko pożytecznym idiotą, jego słowa mają prawo ujrzeć światło dzienne.

Głupi kaowiec

W kultowym, wykpiwającym „demokrację socjalistyczną” filmie „Rejs”, pojawienie się w damskiej toalecie napisu „Głupi kaowiec” zagroziło hierarchii władzy panującej na statku wycieczkowym. To, co wówczas bawiło, przestaje być śmieszne w przypadku demokracji liberalnej.

Teoretycznie każdy powinien mieć prawo powiedzieć „Głupi X”. Czy tak jest w rzeczywistości? Pod pozorem ochrony demokracji gwałci się ją, wprowadzając ograniczenia wolności słowa. W zależności od tego, o czyich możliwościach intelektualnych wydajemy niepochlebną opinię, możemy być ukarani za znieważenie osoby pełniącej funkcję publiczną, za dyskryminację czy też za naruszenie czyichś uczuć religijnych.

To istotny problem, ponieważ system prawny pozwala dowolnie ograniczać swobodę wyrażania przekonań na podstawie dość ulotnych kryteriów emocjonalnych. Głupota danej osoby zostaje otoczona immunitetem jej uczuć i wrażliwości na krytykę, przez co demokracja zostaje pozbawiona sprzężenia zwrotnego regulującego jej działanie.

Z drugiej strony, domagając się bezwarunkowej wolności słowa, zakładamy, że zbiorowa mądrość społeczeństwa jest w stanie odróżnić to, co służy dobru wspólnemu, od tego, co mu szkodzi. I dokonać racjonalnego wyboru. Czy założenie to jest słuszne? Doświadczenie uczy, że niestety nie. Wyborcy łatwo dają się zwieść tanim obietnicom i kłamstwom, nie bacząc na długoterminowe konsekwencje swoich decyzji.

Dla przykładu: nikt chyba nie ma wątpliwości, jak znaczne poparcie grających w lotto zdobyłby polityk, który obiecałby, że gdy przejmie kontrolę nad Totalizatorem Sportowym, wygrane staną się wyższe i częstsze. Z matematycznego punktu widzenia jest to oczywiście niemożliwe, ale kto by się tam przejmował matematyką. Brzęcząca atrakcyjność obietnicy liczy się bardziej od przyszłej niemożliwości jej spełnienia.

Znany jest również efekt silnego i jednoczącego działania przekazu negatywnego. Dużo łatwiej zdobyć poparcie dla hasła „Precz z głupim kaowcem!” niż dla sloganu „Z kaowcem ku dobrobytowi!”

Profesor i pijacy

Wojciech Cejrowski powiedział kiedyś: „Nie podoba mi się system, w którym dwaj pijacy spod budy z piwem mają w demokratycznym głosowaniu dwa razy więcej do powiedzenia niż profesor.”

W wielu sprawach można się nie zgadzać z „naczelnym kowbojem RP”, jednak w tym przypadku wskazuje on na najpoważniejszy problem demokracji: równość głosów. Tak, to stwierdzenie jest bardzo niepoprawne politycznie, ale czy w imię poprawności politycznej należy odrzucać oczywistą prawdę, że społeczeństwo nie składa się z identycznych klonów wzorcowego obywatela? Różnimy się między sobą genami, wiedzą i doświadczeniem, a to w konsekwencji powoduje istotne różnice w naszych zdolnościach postrzegania i analizowania rzeczywistości oraz podejmowania racjonalnych decyzji dotyczących naszej przyszłości.

Zgodnie z badaniami przeprowadzonymi na zlecenie OECD w latach 2011-2012 („OECD Skills Outlook 2013: First Results from the Survey of Adult Skills”, OECD Publishing, 2013) zdolnością do zaawansowanego rozumienia słowa pisanego (tabela A2.1, poziom 4 i 5) dysponuje w Polsce 9,7% dorosłych obywateli (w całym OECD 11,8%, w Finlandii 22,2%, w USA 11,5%, ale we Włoszech tylko 3,4%). Zdolność do zaawansowanego rozumienia danych liczbowych (tabela A2.5, poziom 4 i 5) posiada w Polsce 8,4% dorosłych obywateli (w całym OECD 12,5%, w Finlandii 19,4%, w USA 8,5%, we Włoszech 4,5%).

Wynika z tego, że tylko niewielka część społeczeństwa jest w stanie podjąć trud zrozumienia złożonych modeli ekonomicznych i ich związku z dobrobytem obywateli oraz ogólną kondycją państwa. Ale przy urnie wyborczej wszyscy mają jednakowy wpływ na wybór swoich przedstawicieli. Co więcej, każdy ma prawo takim przedstawicielem zostać, epatując swoją powierzchownością i elokwencją w celu zamaskowania niewiedzy i braku kompetencji.

Oprócz tego różnimy się także w dziedzinie krytycznego myślenia i podatności na perswazję. Większość obywateli nie ma ani czasu, ani ochoty sprawdzać, czy autorytatywnie wypowiadane kwestie mają jakikolwiek sens. Często wystarczy, iż stanowią potwierdzenie ogólnej linii partii i służą pognębieniu przeciwnika.

Wszelkie argumenty merytoryczne przestają mieć znaczenie – zastępuje je „logika Kalego”, w ramach której „ciemny lud kupuje” dowolną prawdę lub kłamstwo stawiające oponenta w złym świetle i dowolną prawdę lub kłamstwo potwierdzające własne przekonania. A wszystko to, co się z tymi komunikatami nie zgadza, jest rutynowo oznaczane etykietą „ataku politycznego”. W ten sposób pole do dalszej dyskusji zostaje skutecznie zaorane.

Demokracja medialna

W XXI wieku wszystkie wyżej opisane czynniki i zjawiska uległy niesłychanemu wzmocnieniu ze względu na powstanie globalnych konglomeratów medialnych. Ich przetrwanie w konsumpcyjnym modelu gospodarczym zależy bezpośrednio od wielkości audytorium, do którego są w stanie dotrzeć z reklamami. W związku z tym ogólny poziom przekazu informacyjnego jest dostosowywany do możliwości percepcyjnych tak zwanej szerokiej publiczności. Dostosowywany czyli – nie bójmy się tego określenia – obniżany!

Głębsza refleksja umiera, kiedy jej miejsce zajmuje rolnik szukający żony albo kucharz przypalający jajecznicę w piekielnej kuchni. Igrzyska zastępują namysł i skupienie. Alternatywa „być albo nie być” zamienia się w brutalne „bić albo nie bić”. A w przerwach między jedną medialną awanturą a drugą modelka o nienagannej urodzie prezentuje wzorzec szczęścia w postaci najnowszego kremu przeciwzmarszczkowego.

Na tym jałowym gruncie pleni się demokracja trywialna, bazująca na pierwotnych instynktach, które wciąż drzemią w człowieku. Strach, kłamstwo i seks decydują dziś o tym, kto zostanie prezydentem, premierem czy parlamentarzystą. Rzeczywiste lub sfingowane skandale seksualne kończą kariery polityków. Obietnice bez pokrycia oślepiają wyborców swym blaskiem, choć wiadomo, że są tylko elementem gry. A strach? Strach jest najlepszym spoiwem każdego ugrupowania. Strach przed obcymi: członkami innej partii, innego narodu, innej rasy albo ludźmi wyznającymi inną religię lub światopogląd.

Pozytywne programy przestały już wygrywać wybory, ponieważ ich spójna konstrukcja jest zbyt skomplikowana i wymaga wysiłku umysłowego zarówno w procesie ich tworzenia, jak i odbioru. Nie są tym, czego pożądają media. Media łakną tragedii, którą można sfilmować i ciepłej krwi wypływającej z poranionych ciał, a nie spokoju i ciepłej wody w kranie.

Koniec

Źródłem najpoważniejszego problemu demokracji medialnej jest to, że – tak jak w każdym środowisku – w gronie ludzi o najwyższym współczynniku inteligencji znajdują się zarówno jednostki szlachetne, którym drogie jest wspólne dobro, jak i jednostki cyniczne, samolubne i szalone, które dbają jedynie o swoje wpływy i bogactwo lub pielęgnują własne obsesje. Wykorzystując istniejące, bardzo sprawne kanały docierania do milionów odbiorców, zniekształcają zbiorowe postrzeganie rzeczywistości. Kłamią, oszukują i straszą nas sztucznymi wrogami, których sami stworzyli na potrzeby walki politycznej.

Kreowanie alternatywnych światów i narracji powoli zastępuje naturalny rozwój wypadków. Wyborcy przestają decydować zgodnie z własną oceną faktów. Głosują na podstawie podsuniętych im opowieści o Kopciuszku i Złej Macosze. Bo do tego sprowadzono ich wybór. Przyszły kształt Polski jest tylko tłem konkursu piękności, w którym startują „zdradziecki Donald Tusk” i „mściwy Jarosław Kaczyński”. Strategiczna, światowa rola Stanów Zjednoczonych stanowi jedynie dekorację pojedynku pomiędzy „kłamiącą w żywe oczy Hillary Clinton” a „molestującym wszystko, co się rusza, Donaldem Trumpem”.

Dno, do którego dotarła zachodnia cywilizacja, jest tak grząskie, że nawet nie ma się jak od niego odbić. Pozostaje nam jedynie stanąć na wzgórzu i patrzeć na tę piękną katastrofę. Dostąpiliśmy zaszczytu obejrzenia jedynego w swoim rodzaju spektaklu – wielkiego finału, którego klamrą spinającą jest SŁOWO. Ono zapoczątkowało nasz świat i – zmanipulowane – doprowadza go do końca.

A może jednak nie? Może uda nam się uwolnić słowa z więzów zakłamania i przywrócić im ich pierwotne znaczenia? Jest taka nadzieja, jeśli tylko się postaramy i zaczniemy od tego, co sami mówimy i piszemy. Bo – jak powiedział Mahatma Gandhi – to my sami powinniśmy być zmianą, którą pragniemy ujrzeć w świecie.

(tekst napisany w dniach 20-23 października 2016 roku, na ponad dwa tygodnie przed zwycięstwem Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych)

Kup „Teraz!” – książkę o podejmowaniu właściwych decyzji!

25 thoughts on “Jaka piękna katastrofa!

  1. Ale problemem nie jest demokracja, ale zakres spraw jakimi zajmuje się demokratycznie wybrana władza. To jest bez sensu. Nie ma sensu w tym, by głosować raz na 4 lata na kogoś, kto centralnie, w całym kraju zorganizuje służbę zdrowia, edukację, ubezpieczenia społeczne, czy dostarczanie listów. Zdecydowana większość usług, jakie świadczy demokratyczne państwo, nie musi być monopolem, może to świadczyć wiele niezależnych, konkurujących, prywatnych firm.

    Dwóch meneli przegłosuje profesora i wybiorą głupiego ministra edukacji, który centralnie spartaczy szkolnictwo w całym kraju. To nie jest wina tego, że meneli jest więcej, ale tego idiotycznego pomysłu by urządzać szkolnictwo centralnie i monopolistycznie. Niech ci menele posyłają swoje dzieci do menelskich sieci szkół, a profesor wyśle do szkoły elitarnej – i nie muszą w ogóle głosować.

    W istocie mamy problem z socjalizmem, a nie demokracją. Szkoły, szpitale, ubezpieczenia społeczne etc… tkwią nadal w PRL-u. Demokracja nic sytuacji nie poprawia, ani nie psuje, bo każdy monopol zawsze będzie prowadzić do wypaczeń i degeneracji – niezależnie od tego czy przywódca będzie samozwańczy czy wybrany demokratycznie.

    Lubię to

  2. Ja na razie lepszego systemu niż demokracja nie wymyśliliśmy. Libertarianizm (brak państwa), monarchia, a może dyktatura? W naszych warunkach to niemożliwe.

    Lubię to

  3. Moim zdaniem w kwestiach edukacji, służby zdrowia, ubezpieczeń społecznych, poczty, telewizji, usług ochroniarskich czy detektywistycznych etc… wymyśliliśmy wielokroć lepszy system niż demokracja. To po prostu wolny rynek i własność prywatna. Nie ma żadnej potrzeby by głosować w tych kwestiach by utrzymywać monopol. Konkurencję już dawno temu wymyśliliśmy. To jest możliwe w każdych warunkach.

    Lubię to

  4. „społeczeństwo nie składa się z identycznych klonów wzorcowego obywatela”

    I tu jest dla mnie pies pogrzebany. Proponuję alternatywny system, który ważyłby głosy na podstawie dwóch przybliżeń: inteligencji obywatela oraz jego wkładu w społeczeństwo.

    Podstawowy obywatel miałby jeden głos. Ale każdy kolejny poziom wykształcenia zwiększałby wagę jego głosu. I tak człowiek z maturą miałby głos warty podwójnie, wyższe wykształcenie to razy cztery, doktorat to razy 8 a profesor – razy 16. W ten sposób głos profesora byłby wart tyle co 16 osób niewykształconych.

    Ale to nie wszystko. Liczy się też to, ile wkładamy do społeczeństwa. Można to liczyć na podstawie sumy podatków odprowadzonych w ostatnim roku. I tak osoba, która nie odprowadziła podatków – bez mnożnika, człowiek, który odprowadził podatki na poziomie minimalnej pensji – razy dwa, odpowiednik podatków ze średniej pensji – razy trzy, dwie średnie – razy cztery itp.

    W ten sposób profesor zarabiający bardzo dobrze byłby wart 16*4 = 64 razy więcej niż człowiek bez wykształcenia i niepożyteczny dla społeczeństwa.

    Myślę, że takie wartościowanie głosów byłoby dobrym przybliżeniem pozwalającym demokracji działać. Politycy musieliby zabiegać o wartościowe głosy. Szkoda tylko, że to utopia.

    Lubię to

  5. @Grzegorz GPS Świderski: Problem polega na tym, że KAŻDY system (demokracja, socjalizm, kapitalizm, wolny rynek itp.) zostaje zdominowany przez 1% sprytnych kosztem 99% mniej sprytnych. I tym mniej sprytnym to się nie podoba, ponieważ „żołądki mają takie same”, a i jacht by im się przydał. Oczywiście ograniczenie roli biurokracji wszystkim wyszłoby na dobre, ale biurokracja nabrała niezwykłej biegłości w poszerzaniu swojego pola działania.

    Lubię to

  6. @Grzegorz: Na poziomie państw trudno sobie wyobrazić radykalną zmianę systemu. Jednak na poziomie firm merytoryczna dyktatura jest nie do pokonania. Jeśli tylko dyktator nie popełnia kardynalnych błędów, jego firma bez problemu pokonuje konkurencję, która jest zarządzana „kolektywnie”.

    Lubię to

  7. @Adam314: Już myślałem, że czeka mnie ostra polemika, ale ostatnie zdanie „Szkoda tylko, że to utopia.” zamknęło dyskusję. Tak, to utopia, ponieważ filarem zachodniej cywilizacji jest równość, która moim zdaniem się wypaczyła. Zamiast równości szans mamy postulat równości w dostępie do owoców wspólnego działania, niezależnie od wkładu danej osoby w wypracowanie tych owoców.

    Lubię to

  8. Mądrzy i pracowici pracują, a to sprytni zarabiają pieniądze – zapamiętam sobie te słowa. :-)
    Nie mam nic przeciwko dyktaturze firm na rynku. Są najlepsze – wygrywają. Jeśli robią to jak Amazon, który słucha swoich klientów – to jestem jak najbardziej za. I niech zamykają niektóre biblioteki, bo klient na tym zyskuje. Ale nie zawsze to korzystne dla klienta. Często wygrywa ceną, a to czasami (nie ma reguły!) nie zawsze idzie w parze z jakiścią.

    Lubię to

  9. @Grzegorz: „Mądrzy i pracowici pracują, a to sprytni zarabiają pieniądze.” Skąd ten cytat?

    Nic nie pisałem o dyktaturze firm na rynku. Jestem zwolennikiem dyktatury mądrego lidera wewnątrz firmy (Steve Jobs, Bill Gates, Jeff Bezos, Elon Musk itp.).

    Lubię to

  10. „KAŻDY system (demokracja, socjalizm, kapitalizm, wolny rynek itp.) zostaje zdominowany przez 1% sprytnych kosztem 99% mniej sprytnych”. – z tego cytatu wysnułem taki wniosek.Błędny jak widzę. Chodziło mi o spryt w sensie jak najbardziej pozytywnym. Jeśli w biznesie brakuje zręczności w działaniu, to można godzinami się uczyć, całymi latami pracować, a gdzieś na końcu jednak zabraknie tego maleńkiego elementu, który ma wpływ grę. Przepraszam.

    Lubię to

  11. @Grzegorz: Moje wątpliwości wzbudził podział populacji na „mądrych i pracowitych” oraz „sprytnych”. Uważam, że to nie są przeciwieństwa. Szczególnie dyskusyjne byłoby przeciwstawienie „mądrego” „sprytnemu”. Bo czy człowiek naprawdę mądry nie powinien być sprytny? Mądrość nie jest teoretycznym bujaniem w obłokach, ignorowaniem rzeczywistości i lekceważeniem nadarzających się okazji. Polecam „Podręcznik mądrości tego świata” Józefa M. Bocheńskiego.

    Polecam też komentarz Orginal_Replica pod wpisem „Musi boleć”.

    Lubię to

  12. TesTequ!
    Strasznie dużo tematów poruszyłeś w jednym wpisie, na pracę doktorską byłoby za dużo. To może w punktach, co mnie najbardziej zainteresowało:
    1. Nie zgadzam się z ogólną tezą Grzegorza GPS Świderskiego (ale czy można się nie zgadzać?), gdyż – moim zdaniem – myli on dawne wspomnienia z komunizmu z immanentną cechą kapitalizmu, czyli jego samopsucia się. I piszę to jako liberał, wielki zwolennik kapitalizmu i wielki przeciwnik opieki państwowej nad poszczególnymi zakładami. Ale państwo jako takie powinno być regulatorem, bo jeżeli jego zabraknie, kapitalizm sam się wykrzywi. Cechą charakterystyczną kapitalizmu, jako systemu gospodarczego opartego na prywatnej własności środków produkcji i na wolnym obrocie towarami i usługami, jest dążenie do maksymalizacji zysku, co nie zawsze jest zgodne z ideałami światowymi. Dla przykładu puszczenie rolnictwa na żywioł spowodowałoby zasianie w całej Europie łubinu lub rzepaku, zaoranie wszystkich miedz, zagajników, bo na wielkich polach mogą jeździć większe maszyny. Mamy przykład Stanów Zjednoczonych, gdzie przerost kapitalizmu spowodował likwidację klasy średniej, co zaowocowało wyborem Trumpa. Grzegorzu, w Salonie24 (jejku, ile lat tam nie byłem, a kiedyś byłem oficjalnie zapraszany przy założeniu, łza się w oku kręci – to już nie jest moja bajka) pisałeś o samochodach. Tutaj zgoda, pełny kapitalizm, ale możesz mi powiedzieć, jak widzisz pełny kapitalizm w edukacji i ochronie zdrowia? Odpowiedz mi na pytanie, kto będzie opłacał naukę dzieci z biednych rodzin, i co ma zrobić karetka z nieprzytomnym, który jest bezrobotny i nie ma polisy zdrowotnej. Powtarzam – wolny rynek, ale i silna pozycja państwa jako regulatora ustawowego, a nie jako pracodawcy.
    2. TesTequ!
    Wiesz świetnie, że od lat propaguję, przyznaję, że nazwę wymyśliłem fatalną, tzw. umowę społeczną (to pachnie russoizmem, ale nim nie jest). Cały pierwszy akapit poświęciłeś wolności, ale – jak wiesz świetnie – każda wolność człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. Umowa społeczna polega na tym, że naród sam, nie umawiając się, na coś się zgadza, albo coś zabrania, i poparcie takiego rozwiązania sięga 90-95%. Dlatego sprawy np.przerywania ciąży czy małżeństw homoseksualnych nie wchodzą do umowy społecznej, bo tu jest pół na pół (chociaż ja, jako liberał, nie mam nic przeciwko temu, żeby facet ożenił się nawet z brzozą, jeżeli ma na to ochotę). Ale w umowie społecznej np. w Polsce mamy, że nie chodzi się nago po ulicy, nie pluje się, ani nie puszcza gazów w towarzystwie, nie kłamie, nie oszukuje, nie zabija. Społeczność zmusza jednostkę do odpowiedniego zachowania się zgodnego z umową, w czasach podbijania Dzikiego Zachodu przy ataku Indian wszystkie wozy musiały się ustawić w koło, i nie było tu żadnej wolności, bo to była sprawa życia i śmierci osadników. Osobnik wyłamujący się (mam prawo do wolnego wyboru!) był po prostu zmuszany, i kończyła się jego wolność.
    3. Medialne kłamstwa, nie przepadam za kowbojem, ale gdyby tak powiedzieć, że nie zgadzam się aby dwaj profesorowie decydowali o menelu i mieli dwa razy więcej do powiedzenia niż on. Wbrew pozorom narody nie są głupie w swojej masie, i raptem dokonują zwrotu o 180 st., czego nie potrafią przewidzieć rządzący. Mamy przykład Komorowskiego. Jeszcze niedawno ludzie mdleli na widok ohydztw wypisywanych przez hejterów, teraz mało kto zwraca na nie uwagi, pozostał koloryt. To samo będzie z medialnymi bajkami. I obojętne, czy będzie mi postawiony zarzut o sprzyjanie socjalistom, ale Nowy Jork z Los Angeles, Londyn i Warszawa przegrały, bo zapomniały o prowincji, o Meksykanach, bezrobociu, zamkniętej ostatniej kopalni w Walii czy o biedzie w Wałbrzychu.

    Lubię to

  13. @Grzegorz GPS Świderski: Cieszę się, że BIZNES BEZ STRESU inspiruje! ;-)
    Postulat redukcji państwa do minimum jest mi bardzo bliski, ale jednocześnie – jako realista – nie mam nadziei, że dożyję jego realizacji. Dlaczego? Ponieważ ludziom wmówiono, że są niemotami i że wszystko muszą dostać od państwa. Dlaczego to zrobiono? Ponieważ wspólna kasa to mętna woda, z której najsprytniejsi wędkarze odławiają złote rybki. Ale mi ładna metafora wyszła! ;-)

    Lubię to

  14. @Torlin: Co do „immanentnej cechy kapitalizmu, czyli jego samopsucia się” uważam, że „samopsucie się” jest „immanentną cechą każdego ustroju”. Dlaczego? Ponieważ wbrew wzniosłym, humanistycznym hasłom, człowiek pozostał zwierzęciem i zgodnie z teorią ewolucji niejakiego Darwina realizuje w swoim środowisku proces doboru naturalnego. Osobnik lepszy i bezwzględniejszy zwycięża. W polityce, w finansach czy na polowaniu.
    Żadne dane empiryczne nie bronią twierdzenia, że prywatyzacja wszystkiego wypaczy wszystko. Nigdzie tego nie zrobiono. Nawet w USA wolny rynek jest wypaczany przez interwencjonizm państwowy. Jeżeli rolnicy sieją rzepak i łubin, to chyba ktoś to od nich kupuje! Zatem albo te uprawy są potrzebne, albo jakaś grupa spryciarzy zasysa dotacje budżetowe.
    Zgadzam się, że wolność jednego człowieka powinna kończyć się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego. Problem jednak w tym, kto ma wyznaczyć przebieg tej granicy.

    Lubię to

  15. – Hmm, jeżeli chodzi o myślenie „Naczelnego kowboja” o profesorach i pijących piwko za kioskiem i zróżnicowaniu wagi głosu, to nie mielibyśmy głównego budowniczego Polski obecnej, bo to ten pijący piwko miał charyzmę i przeskoczył płot, chyba już nieistniejącej stoczni w Gdańsku? ;)

    – Profesorów też można kupić niezależnie od ich wiedzy.

    Ja mieszkam w budynku wykupionym przez właścicieli mieszkań i sami sobie nim zarządzamy. Lokatorów jest ok. 50 szt., a problemów z przebrnięciem jakiegokolwiek pomysłu dla dobra wszystkich tyle, ile w naszym Sejmie.

    Nieprawdą jest, że ci najlepiej sytuowani chcą najlepiej dla budynku, bo mają kilka mieszkań w różnych miastach, budują domek na wsi i nie są tym mieszkaniem zainteresowani na dłuższą metę, dlatego często głosują veto ska ważnych pomysłów.

    Ten problem tj. chciwość człowieka a ekonomia jest świetnie moim zdaniem opisany na blogu Logosa Amicusa.

    Mieszka w USA, czyli prawdziwej mekce liberałów pod każdym względem, ale i on na przestrzeni lat dostrzegł pewne niekorzystne zmiany, wady.

    – Czy krańcowy liberalizm jest końcem istnienia demokracji w ramach państwa?

    – L.A. sugeruje powolne tworzenie wpływów pozapaństwowych grup kapitałowych niezależnych od państwa, ale podatne chciwości.

    I jak w tym wyglądałyby Chiny czy kraje skandynawskie?

    Jeżeli chodzi o Rosję to też jest utworzona hierarchia tych sprytnych. ;)

    Nowe rozdawnictwo, nowe państwa?

    Lubię to

  16. @jula: Spryciarz, jeżeli nie jest zniewolony, zawsze znajdzie sposób, żeby wykorzystać system. Zatem liberalizm jest systemem, który przyjmuje do wiadomości, że niektórzy są sprytniejsi i pozwala im się bogacić. Pozostałe systemy udają, że jest inaczej.

    Lubię to

  17. No a istnienie mafii , jakuzy itd.. to efekt uboczny liberalizmu , czy jak najbardziej pelnoprawny gracz ?
    Niby zwalczany . ;)

    Lubię to

  18. @jula: A czym się zajmują te organizacje? Gros ich działalności to te dziedziny, gdzie państwo nie jest liberalne. Na przykład handel narkotykami, który jest zabroniony, kiedy powszechnie dostępne są inne trucizny (papierosy, alkohol).

    Lubię to

  19. Tak i to pod przykrywką (fasada działalności legalnej).

    No i chyba w najbardziej lukratywnej działalności tj. współczesnym niewolnictwem czyli handlem żywym towarem. Tj. zmuszana prostytucja.

    Hmm, a jak to wygląda w Holandii, tam chyba państwo jest liberalne w większości dziedzin zakazanych gdzie indziej. ;)

    Chodzi mi o to, że ta wolność działalności tych nielegalnych gdzie indziej, wpływa na niewolę innych jednostek ludzkich.

    Przymusowa praca pod groźbą śmierci. Wolność wyboru jednostki ograniczona i jaka jest różnica dla ludzi z tak krytykowanych państw totalitarnych?

    Te (nielegalne?) struktury są w państwach i ponadpaństwowe z olbrzymimi wpływami na działalność tych legalnych, często zmieszane.

    Zarządzanie w nich jest rodzinne, klanowe – silna ręka – budząc strach. ;)

    Kurczę, jak się zastanowić to zasady działalności ludzkich są niezmienne od tysiącleci, jedynie rozwój techniki, z którą mamy na co dzień do czynienia, się zmienia, ale też tak, jak na to się pozwala, bo czasami ciekawe wynalazki są torpedowane, żeby dana korporacja (zmieszana, bo korzystająca z usługi tej nielegalnej) – finansowo nie traciła.

    Ja nie widzę specjalnie różnic pomiędzy dyktatorem a właścicielem dużej korporacji w ich zachowaniach.

    Mam na myśli te etyczne. ;)

    Lubię to

  20. @jula: Państwo, korporacja, mafia, kościół – to wszystko są organizacje, które działają zgodnie z ludzką naturą. A człowiek najpierw dba o siebie, a dopiero potem o swoje otoczenie. Dlatego im prostsze są reguły działania organizacji, tym jest ona pożyteczniejsza i skuteczniejsza. Oczywiście umyślne szkodzenie drugiemu człowiekowi i niewolenie go jest przestępstwem. Ale bycie sprytniejszym – nie.

    Lubię to

  21. Świetnie, że dołączyłeś do tego kościół. :-X
    Wszelkiej maści kapłani z ich wiekową tradycją, to dopiero świetne źródło manipulacji personalnej i dyskretne pozbywanie się niewygodnych oponentów, metodami sprawdzonymi w średniowieczu (czas ok. 1000 lat), a także w czasach starożytnych.
    Skutkiem z tego co słyszy się z tv, jest np. nagłe zejście na zawał. :-D ;)

    Lubię to

  22. @jula: Kościół jest tylko organizacją i trapią go te same choroby, które występują w przypadku każdej innej wspólnoty.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s