Miesiąc: Luty 2012

Recepta na zespół

Miałem ostatnio przyjemność odbyć niezwykle pouczającą rozmowę z lekarzem, ordynatorem oddziału szpitalnego – powiedzmy, że nazywał się on doktor Hałzowski z racji jego kompetencji merytorycznych, które wzbudziły moje szczere uznanie.

Zdarzyło mi się odebrać z owego szpitala pacjenta i odwieźć go do domu. Podróż samochodem trwała godzinę. Gdy w pobliskiej aptece usiłowałem zrealizować receptę wystawioną przez szpitalnego lekarza – powiedzmy, że był to doktor Abacki – okazało się, że zawiera ona istotną nieprawidłowość. Po potwierdzeniu tej informacji w innej aptece i kolejnej godzinie jazdy samochodem wróciłem do szpitala. Ponieważ południe już minęło, doktor Abacki oddalił się tymczasem z miejsca pracy na zasłużony odpoczynek. Na szczęście udało mi się uzyskać dostęp do ordynatora Hałzowskiego i zamienić z nim kilka słów:

– Dzień dobry, panie ordynatorze. Pan doktor Abacki, wystawiając tę receptę, popełnił niewielki błąd, który nie pozwala jej zrealizować. Czy mógłby Pan pomóc w tej sprawie?

– Jaki błąd?

– Przepisy mówią, że ten lek musi być wypisywany na oddzielnej recepcie.

– A, rzeczywiście. Ale ja nie będę wystawiał recept za swoich lekarzy. Mam inne zajęcia. Jeśli go nie ma, to może pan poczekać do jutra. Albo może Pan spytać doktor Babacką, która jest jeszcze na oddziale, czy zgodzi się wystawić panu poprawną receptę.

– Ja rozumiem, panie ordynatorze, że ma pan inne zadania, ale to chyba jest oddział szpitalny, a nie prywatna praktyka pana doktora Abackiego?

– Jeśli tak, to może pan iść ze skargą do dyrekcji. Albo zaczekać na doktor Babacką – może zgodzi się wystawić panu receptę. Albo czekać do jutra na doktora Abackiego.

Tu ordynator Hałzowski zdecydowanym zwrotem w tył zakończył negocjacje, pozostawiając mnie z trzema opcjami do wyboru.

Na szczęście pani doktor Babacka okazała się uczynną, czarującą lekarką i bez problemu wystawiła nową, prawidłową receptę, za co jestem jej bardzo wdzięczny.

Nie w tym jednak tkwi istota tego wpisu. Ogólniejsze pytanie brzmi:

Jak kierownik zespołu powinien zareagować na bezdyskusyjną reklamację dotyczącą pracy jednego z jego podwładnych?

Moim zdaniem jedynym wyjściem z tej sytuacji jest przedstawienie klientowi bezwarunkowej ścieżki naprawienia błędu – szczególnie w przypadkach oczywistych. Uzależnianie losu sprawy od woli innego podwładnego jest rozbijaniem atomu – pracownicy-elektrony przestają być związani z zespołem poczuciem wspólnej odpowiedzialności za wykonywaną pracę.

A jak ta kwestia wygląda w twojej firmie?

Duża rzecz, a cieszy!

Huge Thing TesTeq
(photo by: Huge Thing)

Z przyjemnością donoszę, że moja działalność na niwie szerzenia wiedzy na temat bezstresowego, wydajnego działania została dostrzeżona i Arek Hajduk zaprosił mnie do grona mentorów opiekujących się rozwojem młodych ludzi, którzy w ramach akceleratora Huge Thing już niebawem ruszą na podbój świata. To duży zaszczyt i przyjemność znalezienia się w tak zacnym gronie i z tak szlachetną misją do spełnienia.

Moją próżność mile połechtał serwis AntyWeb, pisząc:

Wspomnieliśmy o szkoleniach, ale całość nie miałaby większego sensu, gdyby nie liczna grupa mentorów, która będzie z Huge Thing współpracować (czytaj: prowadzić szkolenia). Znajdą się tam zarówno osoby o ogromnym doświadczeniu biznesowym, które często pozostają jednak za kulisami, jak i twarze medialne, które znacie z pierwszych stron gazet i telewizji. Przykład? Proszę bardzo, listę otwiera sam Tomasz Lis, a dalej wcale nie jest gorzej – Paweł Chudziński, Alex Barrera, Krzysztof Wysocki i wielu innych – także z zagranicy.

Już czuję coraz wyższy poziom sodówki buzującej w okolicach mojej głowy…

A tak serio – z dużym entuzjazmem oczekuję tego eksperymentu. Liczę, że spotkam młodych ludzi przepełnionych energią, determinacją i wiarą we własny sukces. Taka kombinacja jest warunkiem wstępnym myślenia o zbudowaniu firmy, która pozostawi trwały ślad we wszechświecie.

Huge Thing nie obiecuje kokosów. Wręcz przeciwnie, żąda wyrzeczeń i poświęcenia. Dzięki temu do Poznania trafią ludzie, którzy są gotowi powstrzymać się od zjedzenia cukierka dziś po to, żeby za kilka lat mieć nowoczesny koncern produkujący słodycze.

A co ja na tym zyskam?

  • Po pierwsze – zrobię coś nowego, czego jeszcze nigdy nie robiłem.
  • Po drugie – ogrzeję się nieco w cieple energii promieniującej od młodych entuzjastów przedsiębiorczości i jak wampir odnowię swoje siły witalne w tej dziedzinie.
  • Po trzecie – zarażę ideami i uzbroję w umiejętności skutecznego działania kolejne, niczego niespodziewające się osoby.

Plusy dodatnie

Istnieją dwa podejścia do ulepszania różnych spraw:

  1. Dodawanie plusów. Podejście to polega na powiększaniu lub wprowadzaniu pozytywnych aspektów danej sprawy, dzięki czemu negatywy stają się tylko nieistotnym, łatwym do zagłuszenia szumem.
  2. Ujmowanie minusów. Podejście to polega na redukcji lub usuwaniu negatywnych aspektów danej sprawy, przez co pozytywy zaczynają przebijać się na pierwszy plan.

Są oczywiście podejścia mieszane, ale zawsze szala przechyla się w jedną lub drugą stronę.

Jestem zdecydowanym zwolennikiem dodawania plusów, ponieważ uważam, że skupianie się na zapraszaniu do swojego życia rzeczy miłych i pożytecznych znacznie bardziej motywuje do wprowadzania zmian i ich utrwalania, niż poświęcanie czasu i uwagi na eliminację tego, co wstydliwe i dołujące.

Oto przykłady mojego podejścia:

  • Stosuję dietę polegającą na jedzeniu smacznych potraw, które powszechnie uznawane są za zdrowe – nie skupiam się na eliminowaniu tego, co niezdrowe.
  • Pracując, zanurzam się całkowicie w bieżącym zadaniu – nie skupiam się na usuwaniu ze swojego otoczenia tego, co potencjalnie mogłoby mnie rozproszyć.
  • Prowadząc samochód, staram się jechać zdecydowanie, ale spokojnie i przewidywalnie – nie skupiam się na drobnych błędach pozostałych kierowców lub niewłaściwym oznakowaniu drogi.

W innych dziedzinach liczę na twoją własną kreatywność. Zamiast myśleć o ujmowaniu minusów skup się na dodawaniu plusów!

Lajk albo laik? Oto jest pytanie!

W przypływie szczerości lub rozpaczy, w związku z niegasnącymi protestami przeciwko podpisaniu umowy ACTA, premier Donald Tusk powiedział w piątek, 3 lutego 2012 roku:

– Zabrakło raczej wyobraźni i pewnego typu wrażliwości, ale o tym już mówiłem, powołując się także na nasze XX-wieczne przyzwyczajenia w niektórych działaniach.

– Ja, może z racji daty urodzenia, podchodziłem do tej kwestii za bardzo XX-wiecznie. (…) Musimy to nadrobić.

Prezes Rady Ministrów zapowiedział też, że:

  • rząd ma zamiar przejrzeć wszystkie ustawy dotyczące praw autorskich, pośrednio w ogóle dotyczące wolności w internecie, dostępu do informacji, by zmieniać je w kierunku „wolnościowym, proobywatelskim”;
  • osobiście spotka się z internautami podczas otwartego spotkania. Debata będzie transmitowana przez internet i za pomocą mediów tradycyjnych. Spotkanie z internautami ma rozpocząć się o godzinie 14:00. Szczegółowe informacje mają zostać podane na stronie internetowej Kancelarii Premiera.

I tu leży pies pogrzebany!

Proszę każdego, kto mógłby podsunąć niniejszy tekst Donaldowi Tuskowi lub Michałowi Boniemu, żeby to niezwłocznie zrobił.

Tak jak nie wypada śpiewać „100 lat” na stypie, tak nie wypada proponować użytkownikom internetu spotkania w realu. Dlaczego mają gdzieś chodzić o 14:00? W czasach powszechnego dostępu do wszechświatowej sieci? Należy wejść do ich świata! Nie na chwilę, raz na cztery lata, podczas kampanii wyborczej, ale na stałe. Być tam i toczyć aktywną, ciągłą i szczerą debatę na wszystkie tematy za pomocą modnych w danym momencie portali społecznościowych. Ignorować i tępić chamstwo, ale nie lekceważyć tych, którzy mają coś istotnego do powiedzenia.

Nie wypada też zapowiadać przejrzenia ustaw przez rządowych ekspertów. Należy opublikować te dokumenty ze stosownymi objaśnieniami i uważnie przeanalizować, co ludzie o nich sądzą. Oczywiście będzie to wymagało sporo pracy i odsączenia wielu głupstw, które pojawią się w komentarzach, ale to jest podejście, którego oczekuje młode pokolenie składające się z mieszkańców nowej fejsowo-guglowo-tłiterowej krainy.

Dlaczego?

Dlatego, że nowa, nieznająca świata bez internetu i Wikipedii generacja oczekuje otwartości i szacunku. W wielu dziedzinach mają wiedzę nie gorszą niż „rządowi eksperci” i wkurza ich takie traktowanie. Poza tym nie rozumieją, dlaczego dyskusja o większości spraw musi się odbywać za zamkniętymi, ministerialnymi drzwiami w czasach, gdy oni na bieżąco ogłaszają światu, gdzie są, co właśnie zjedli i wypili, z kim się przespali i co myślą o różnych sprawach.

W tym wszystkim nie chodzi o samą umowę ACTA, ale o to, że:

Rządzący siedzą na coraz bezludniejszej wyspie, z której odpływają internetem kolejne zastępy rządzonych.

Jedynym sposobem dołączenia do nich jest zerwanie kurtyny obrzędowej urzędowości.

Nadchodzą czasy rządów, których członków da się lajkować – na przykład dlatego, że nie są internetowymi laikami!