Rok: 2011

Terrorysta społeczny

W zamieszczonym 26 kwietnia wpisie „The bully-victim cycle” Seth Godin opisuje cykle zachowań „terrorysty społecznego” (tak na potrzeby tego wpisu tłumaczę angielskie słowo „bully” oznaczające osobę znęcającą się nad młodszymi i słabszymi).

Ulubionym terenem działania terrorysty społecznego są zebrania i fora publiczne. Gdy jego obrzydliwe postępowanie zostaje obnażone i napiętnowane przez innego uczestnika (lub świadka) dyskusji, terrorysta społeczny natychmiast kieruje swój atak na osobę, która ośmieliła się cokolwiek mu zarzucić. I nie robi tego wprost, lecz, przekręcając i tendencyjnie interpretując usłyszaną ocenę swoich uczynków, przedstawia siebie jako ofiarę bezprecedensowego ataku. Nierzadko widzowie takiego marnego przedstawienia dają się wywieść w pole i, wierząc w dobro ludzkiej natury, przymykają oczy na te skandaliczne zachowania. Swoją bierność tłumaczą zwykle tym, że postanowili dać terroryście społecznemu kolejną szansę. I następną. I następną. Niestety dla takiego indywiduum jest to najczęściej tylko kolejna okazja do obrażania, szydzenia, plucia jadem nienawiści i zasmradzania atmosfery.

Nie wiem, kto konkretnie sprowokował Setha Godina do opublikowania tego wpisu. Nie sądzę, żeby jego kanwą były występy polskich terrorystów, ponieważ zasięg naszych reprezentantów w tej dziedzinie jest ściśle lokalny ze względu na hermetyczny obszar ich zainteresowań i brak znajomości języków obcych. Wnioskuję zatem, że terroryzm społeczny stanowi zjawisko ogólnoświatowe. Należy się z nim oswoić, mieć świadomość jego występowania oraz spokojnie i skutecznie reagować na wszelkie jego przejawy.

Jak to robić?

Przede wszystkim szybko i stanowczo, bo terrorysta społeczny to wrzód, a wrzody należy wyciskać, a nie smarować miodem.

Galeria Podłazienkowska

Psie kupy i bezmyślne bohomazy na ścianach budynków głęboko urażają moje poczucie estetyki i ładu. Oto jeden z przykładów takiej pseudotwórczości osobników, którzy „chcom, ale nie umiom”:

GALAZ000

Cieszę się, że chcą, ale czy naprawdę brakuje im odrobiny ambicji, żeby ich dzieło nie było tylko bohomazem, ale wyrażało jakąś myśl? Niechby i obrazoburczą lub zdrowo zakręconą. Na szczęście zdarzają się wśród graficiarzy artyści. Ostatnio głośny był zamach firmy Adidas na dzieła umieszczone na płocie toru wyścigów konnych na Służewcu. Ale nie jest to jedyna tego typu galeria w Warszawie. Poniższe malunki można w oryginale obejrzeć na betonowych słupach podtrzymujących wiadukt Trasy Łazienkowskiej wznoszący się ponad rondem Sedlaczka (skrzyżowanie Rozbrat z Myśliwiecką i Łazienkowską):

GALAZ001

Teraz wiadomo, jakim cudem wiadukt wisi nad rondem!

GALAZ002

GALAZ003

GALAZ004

GALAZ005

Poranny spacer w tych okolicach może zaiste być inspirujący! Należy tylko uważać, żeby w zadumie nie wkroczyć znienacka na jezdnię. Kierowca też może kontemplować sztukę i nie zdążyć zahamować. A tego byśmy nie chcieli, nieprawdaż?

Wielkanocne bobry

W systematycznie czytanym przeze mnie blogu „Przelotnie-pobieżnie-przejściowo” pojawił się ostatnio wpis „Bobry”, który przypomniał mi, że dzieckiem będąc, miałem okazję przysłuchać się modlitwom mieszkającej wówczas z nami cioteczno-ciotecznej babci. Nieodmiennie moje zdumienie budziły słowa, które wypowiadała w natchnieniu:

Jeden bober,
drugi bober,
i to bober,
i to bober.

I tak w kółko, aż do końca różańca.

Sytuacja komplikowała się, gdy babcia, modląc się, jednocześnie słuchała radiowej transmisji sportowej. Wówczas można było usłyszeć:

Jeden bober,
drugi bober,
i to bober,
a żeby cię…
i to bober.
Jeden bober,
drugi bober,
żebyś tak nogę złamał,
i to bober,
i to bober.

Doświadczenia te pozostawiły trwałe rysy na mojej psychice – zarówno w dziedzinie postrzegania świata religii, jak i świata bobrów…

(U)mieć czy być?

Filozoficzny problem „mieć czy być” roztrząsany jest w niekończących się dysputach przez filozofów, intelektualistów i zwykłych ignorantów. Większość z nich opowiada się za „byciem”, ponieważ zwykle niewiele mają. :-) Natomiast ci, co „mają”, są przeważnie zadowoleni ze swojego stanu posiadania, choć nierzadko odczuwają pustkę w zagraconym dobrami doczesnymi życiu.

Ale nie o tym jest dzisiejszy wpis. Ostatnio zainspirowało mnie do rozmyślań inne pytanie:

Umieć czy być?

Bardzo często spotykam się z postawą, którą nazywam „życiem na ciągłym wdechu”. Postawa ta polega na niekończącej się nauce, zgłębianiu kolejnych podręczników i poradników oraz zapisywaniu się na kosztowne kursy. Nie mam nic przeciwko gruntownej wiedzy, która zapewni ci mistrzostwo w tym, co robisz, ale właśnie sformułowanie „w tym, co robisz” jest największym problemem ludzi żyjących na ciągłym wdechu. W ich przypadku wszystko kończy się na zdobywaniu wiedzy, która potem, niewykorzystywana, leży odłogiem. Mówiąc inaczej: nie jest wydychana w postaci owoców ich twórczości.

Jak to ma się do pytania:

Umieć czy być?

Ano tak:

  • Możesz umieć stworzyć blog i zamieszczać w nim wpisy, ale nie czyni cię to blogerem. Blogerem musisz chcieć być – regularnie publikować swoje dzieła i aktywnie reagować na komentarze czytelników.
  • Możesz znać się na sprzęcie do biegania (nawet mieć taki sprzęt) i wiedzieć wszystko na temat optymalnych metod treningu i odżywiania, ale nie czyni cię to biegaczem. Biegaczem musisz chcieć być – kilka razy w tygodniu, niezależnie od tego, czy świeci słońce, czy wieje zimny wiatr, wychodzić za drzwi i rytmicznie pokonywać kolejne kilometry.
  • Możesz umieć nastroić gitarę i mieć w głowie tysiące chwytów i partytur, ale nie czyni cię to gitarzystą. Gitarzystą musisz chcieć być – znajdować przyjemność w sączeniu dźwięków, wydawanych przez muskane twoimi palcami struny, do uszu oczarowanych słuchaczek.
  • Możesz znać najwymyślniejsze konstrukcje składniowe najnowocześniejszych języków programowania, ale nie czyni cię to programistą. Programistą musisz chcieć być – spędzać niekończące się godziny przy klawiaturze komputera, tworząc oprogramowanie, które zachwyci tysiące użytkowników i uczyni ich życie lepszym lub łatwiejszym.

Zatem na pytanie:

Umieć czy być?

Odpowiadam:

Umieć, aby być dobrym w tym, co robisz.

A wracając do analogii oddechowej:

Wdychać wiedzę po to, żeby móc wydychać stworzone przez siebie dzieła, a nie po to, żeby się nadąć!