Rok: 2009

Droga do zmiany

Są rzeczy, których w sobie nie lubisz. Chciałbyś je zmienić, ale nie możesz się do tego zabrać. Oto sposób, który działa. Prosty, ale nie zawsze łatwy, ponieważ wymaga uczciwości i odwagi powiedzenia sobie prawdy prosto w oczy.

  1. Przyjmij do wiadomości, że „coś” jest nie tak (nie jakieś ogólne „coś”, tylko bardzo konkretne „coś” – na przykład obgryzanie paznokci albo palenie papierosów).
  2. Zaakceptuj fakt, że to „coś” wymaga zmiany.
  3. Podziękuj sobie, że starczyło ci uczciwości i odwagi, żeby wykonać pierwsze dwa kroki.
  4. Znajdź przekonującą odpowiedź na pytanie, dlaczego chciałbyś to „coś” zmienić. Dla zdrowia? Żeby stać się bardziej atrakcyjnym? Żeby awansować?
  5. Rozpocznij ewolucyjną zmianę i nadaj jej trudny do zatrzymania impet. Nie próbuj rewolucji, ponieważ, jak uczy nas historia, rewolucja pożera swoje własne dzieci i często jej wynik jest tylko karykaturą pierwotnych zamierzeń.

I pamiętaj, żeby w danym momencie, zgodnie z duchem „Zen To Done”, skupiać się na jednej i tylko jednej zmianie.

Na podstawie „How to Stop The Raging War Inside Yourself” / Dumb Little Man.

Afganistan – są efekty!

Dziś o niecodziennej lekturze. Przejrzałem właśnie raport „National Drug Threat Assessment 2009” opublikowany przez National Drug Intelligence Center – amerykańską instytucję rządową zbierającą informacje na temat międzynarodowego i krajowego „przemysłu” narkotykowego. Oprócz wielu mniej lub bardziej interesujących danych natknąłem się w nim na, zamieszczoną w dodatku B, tabelę B-9:

B9

Moją uwagę zwróciła dynamika wzrostu produkcji heroiny w Afganistanie. Po wejściu wojsk USA i NATO kraj ten odniósł prawdziwy sukces gospodarczy i zdominował światowy rynek narkotykowy. Za rządów talibów, w związku z nakazami religijnymi, produkcja używek była ograniczana.

Doprawdy nie trzeba być wyznawcą teorii spiskowych, żeby dochodzić do zadziwiających wniosków. Wystarczy uważnie czytać publikowane oficjalnie statystyki.

YMMV

Jakiś czas temu, za pomocą wpisu Dobra moneta namawiałem cię do przyjęcia wobec bliźnich i świata następującej postawy:

„Wierzę, że chcesz mojego dobra, i ja też chcę twojego dobra.”

Obawiam się jednak, że mój blog nie jest na tyle wpływowy, żeby dotrzeć do wszystkich i zmienić ich postawę życiową. Z pewnym smutkiem obserwuję przebieg dyskusji na niektórych forach internetowych. I nie chodzi mi tu o podnoszoną ostatnio kwestię braku wychowania, ale o ubrane w uprzejmość komentarze publikowane świadomie bądź podświadomie w złej wierze.

Praktycznie do każdej kulturalnej wypowiedzi można podejść na dwa sposoby:

  1. Przyjąć, że rozmówca ma dobre intencje, i odpowiedzieć mu w tym duchu.
  2. Nie ufać rozmówcy i doszukiwać się podstępu w każdym jego słowie.

Ta pierwsza postawa jest powszechna na wielu forach anglojęzycznych (na przykład „Zen Habits”, „The David Allen Company GTD Forums”, „Manager Tools Forums”) oraz niektórych polskich (na przykład „Przelotnie-pobieżnie-przejściowo”, „Hau!”, „Poradnik internauty”). Prowadzi ona do dyskusji w przyjaznej atmosferze, zaś w przypadku rozbieżności poglądów konwersacja kończy się pojednawczym YMMV (Your Mileage May Vary – czyli „być może masz inne doświadczenia, znajdujesz się w innej sytuacji lub po prostu masz inne zdanie”).

Druga postawa kieruje rozmowy na tory niekończącego się czepiania o słówka, o interpretacje i o to, co kto komu w usta włożył. Charakterystyczne dla tego typu dyskusji jest bezwzględne domaganie się odpowiedzi na swoje pytania, żądanie „czytania ze zrozumieniem” i drobne uszczypliwości (przykłady takich wypowiedzi znajdziesz na wielu popularnych forach internetowych). A wszystko to zamaskowane fałszywą troską o precyzję i poziom merytoryczny wymiany poglądów.

Rozszerzeniem tej taktyki są zawoalowane ataki personalne oraz niszczenie reputacji adwersarza za pomocą pozornie niewinnych przypuszczeń co do jego wiedzy i doświadczenia.

Co zatem zrobić ze złą monetą? Wziąć ją za dobrą!

Dopóki nie jest to uwłaczające godności lub nie krzywdzi bliźnich, bierz udział w dyskusjach, cały czas zakładając, że inni mają dobre intencje. Takie podejście jest wspaniałym filtrem: ci, którzy są nieufni tylko z obawy przed porażką, w końcu zrozumieją, że nie zamierzasz ich wdeptać w ziemię dla zaspokojenia swoich chorych ambicji, a ci, którzy mają swoje ukryte cele, albo sami odejdą, nic nie zwojowawszy, albo skażą cię na banicję, co w ogólnym rozrachunku też jest dobrym rozwiązaniem.

Takie jest moje zdanie. YMMV. :-)