Miesiąc: Marzec 2009

GTD Summit – dzień 1

Pierwszą połowę dnia spędziłem na zwiedzaniu San Francisco. Przeszedłem pieszo – według wskazań odbiornika GPS wbudowanego w moją Nokię E71 – 25,4 km w ciągu 6,5 godziny, zrobiwszy w międzyczasie 127 zdjęć. Wycieczkę zakończyłem przejażdżką zabytkowym tramwajem wspinającym się po stromych uliczkach, na których kręcono najlepsze sekwencje pościgów samochodowych.

Zamiast paść na twarz, wykąpałem się i pobiegłem na wieczorek zapoznawczy GTD Summit. Kogo ja tam nie spotkałem! Byli między innymi:

  • David Allen z żoną Kathryn i większością załogi David Allen Company. Rzadko można spotkać tak serdeczną i emanującą dobrymi fluidami osobę jak Kathryn.
  • Robert Scoble (słynny Scobleizer), który wyglądał jak nowe wcielenie Merlina ze swoją superwypasioną lustrzanką Canona zatkniętą na szczycie jednonóżkowego statywu fotograficznego. Nawet w mroku imprezy zdjęcia robione tym sprzętem bez użycia lampy błyskowej charakteryzują się niesamowitą ostrością i znakomitym odwzorowaniem kolorów.
  • Eric Mack (twórca eProductivity dla Lotus Notes) z dwiema prześlicznymi córkami bliźniaczkami, które od wczesnej młodości przesiąknięte są ideami GTD, szczególnie że nie chodzą do szkoły, tylko ich edukacja przebiega w domu, pod okiem rodziców. Zgadzam się z Eric’iem, że to olbrzymie wyzwanie, któremu jednak towarzyszy równie duża satysfakcja.
  • Buzz Bruggeman (twórca programu ActiveWords) – trzeba go zobaczyć i zamienić z nim choć kilka słów, żeby zrozumieć, że jest człowiekiem niezwykłym.
  • Michał Śliwiński (twórca Nozbe) buszujący wśród gości przyjęcia ze swoją „dobrą nowiną”.
  • Wielu uczestników z wszystkich kontynentów, no może za wyjątkiem Antarktydy.

Po tym wieczorku zapoznawczym odetchnąłem z ulgą. Wcześniej obawiałem się, że z powodu kryzysu cała impreza nie wypali, ale myliłem się. Zjechały setki osób, z których większość zaopatrzona była we wszechobecne urządzenia notujące. Żadna informacja nam nie umykała, mimo nieograniczonej dostępności piwa i wina! :-)

Wstrząsająca prawda o Lufthansie

O nie! Nie dałem się zwieść ujmującej uprzejmości niemieckich stewardes i spokojnym, profesjonalnie brzmiącym głosom kapitanów statków powietrznych Lufthansy. Od razu wiedziałem, że za tym parawanem kryje się drugie dno. I nie pomyliłem się. Oto niepodważalne fakty potwierdzające, że Lufthansa jest fragmentem wszechświatowego fraktala, który czyha na nas w każdym zaułku życia:

  1. Już na początku lotu z Warszawy do Monachium stewardesa kazała mi ustawić fotel w pozycji pionowej, a nie leżącej. Starałem się, jak mogłem, ale wyszło na jaw, że akurat moje oparcie jest uszkodzone. Na szczęście nie wyrzucono mnie z samolotu za tę niesubordynację, tylko zaproponowano zajęcie innego, wolnego miejsca. Przyjąłem tę ofertę z niechęcią, bo czy wypada przystawać na ICH warunki?
  2. Na lotnisko w Monachium doleciałem punktualnie, ale miałem tylko 1 godzinę na przesiadkę, więc nie było mi dane skorzystać z wygodnych poczekalni, które – zapewne na złość – właśnie tego dnia błyszczały czystością i pachniały świeżością. Toalety też tak wyglądały i pachniały, więc postanowiłem przeprowadzić działania zaczepne i zamiast do sedesu, nasikałem IM na podłogę. Niech IM się nie wydaje, że tak łatwo ulegnę!
  3. W tej toalecie musiała być jednak zainstalowana kamera, ponieważ lot do San Francisco rozpoczął się od ICH odwetu: stewardesa podała mi sok pomarańczowy w kieliszku, który stał na tacy w sokowym rozlewisku. Na szczęście, dzięki mojej szybkiej reakcji i opanowaniu, na spodniach nie widać śladów tego perfidnego ataku.
  4. Zaraz po ataku sokiem, rozpoczęła się wojna psychologiczna. Zapytany, czy chcę się jeszcze czegoś napić, odpowiedziałem „just water, please” (czyli „poproszę tylko wodę”). Tymczasem stewardesa nalała mi – z uśmiechem Jokera – kieliszek wina Bordeaux. Jestem pewien, iż w ten sposób chciała mi dać do zrozumienia, że bełkoczę pod nosem i mój angielski jest do niczego. To była ICH zwycięska bitwa, ponieważ przez długi czas bałem się odezwać do kogokolwiek w obcym języku. A atak nasilał się – proponowano mi coraz wymyślniejsze przekąski, których nazw nie znam nawet po polsku!
  5. Jednak największą zasadzką było to, że samolot leciał z Monachium do San Francisco okrężną drogą. W celach dokumentacyjnych zrobiłem nawet zdjęcie ekranu pokładowego systemu nawigacyjnego. Kto to słyszał, żeby z Niemiec do Stanów Zjednoczonych lecieć przez Danię, Norwegię, Grenlandię i Kanadę. A na koniec pilot przegapił San Francisco i zorientował się dopiero 25 kilometrów dalej, gdy przelatywaliśmy nad San Jose. Zawrócił wówczas i wylądował, jak gdyby nigdy nic. Bez słowa usprawiedliwienia, czy komentarza. Nic dziwnego, że te bilety są takie drogie, skoro ONI wożą nas w kółko, a licznik bije!

    Lufthansa 1

GTD Summit – dzień 0

Dziś wyruszam do San Francisco na GTD Summit – czyli pierwsze, globalne spotkanie entuzjastów metody Getting Things Done Davida Allena. Lecę Lufthansą, więc będę mógł sprawdzić podważany ostatnio w Polsce poziom profesjonalizmu członków personelu pokładowego tej linii.

GTD Summit rozpoczyna się w środę po południu, a jego program można znaleźć na stronie „GTD Summit | Changing the way the world works”.

Zamierzam relacjonować przebieg tej imprezy i moje wrażenia z pobytu w ogarniętych kryzysem Stanach Zjednoczonych dwoma kanałami:

  • w czasie rzeczywistym, w języku angielskim, za pomocą serwisu Twitter (@TesTeq);
  • w trybie codziennych relacji podsumowujących wydarzenia dnia, publikowanych w ramach niniejszego blogu.

Zatem… Do poczytania zza oceanu!

Nastrój chwili

W piątek opublikowałem wpis Dobra moneta, w którym proponowałem ci zakładanie, że człowiek, z którym rozmawiasz, ma dobre intencje. I od razu, tego samego dnia, spotkałem się z sytuacją, która była znakomitym potwierdzeniem tej tezy. A właściwie tezy odwrotnej: jeśli założysz, że twój rozmówca ma złe intencje, to doprowadzisz go do szewskiej pasji i rzeczywiście będzie chciał ci zrobić na złość albo zacznie popełniać szkolne błędy.

Stojąc w wydłużającej się z minuty na minutę kolejce w banku, obserwowałem eskalację agresji pomiędzy pewnym małżeństwem a obsługującą je pracownicą. Małżeństwo chciało zerwać dwie z czterech posiadanych lokat i wypłacić pieniądze. Z przebiegu konfliktu dało się jasno wydedukować, że klienci przyszli do banku z przekonaniem, iż operacja, którą chcą wykonać, jest tak skomplikowana, że „ta głupia blondynka” na pewno niczego nie zrozumie. Szczególną agresją i arogancją buchało od klientki, która tłumaczyła zawiłości zlecanej operacji pracownicy banku w taki sposób, że co chwilę sama gubiła wątek, usiłując udowodnić niekompetencję po drugiej stronie lady. W momencie, kiedy podszedłem do sąsiedniego stanowiska, pracownica banku płakała na zapleczu, a wojowniczą parą zajmowała się kierowniczka placówki. A załatwiania było jeszcze sporo, ponieważ w zamęcie zostały polikwidowane nie te lokaty, o które chodziło. I tak prosta, 10-minutowa wizyta w banku przeistoczyła się w 2-godzinne posiedzenie pełne nerwów i pokrzykiwań.

Ja wiem, że klient ma zawsze rację, ale aroganckie egzekwowanie tej racji do niczego dobrego nie prowadzi. Ani w banku, ani w samolocie Lufthansy.

Zatem radzę ci: Dbaj o nastrój chwili, a załatwisz sprawę na tyle szybko, łatwo i przyjemnie, na ile jest to obiektywnie możliwe. A czasami nawet jeszcze szybciej.