Miesiąc: Luty 2009

To dla Mamusi

Szus

We wpisie To dla Tatusia wspomniałem, że co roku na przełomie lutego i marca jeździliśmy całą rodziną na narty do Bukowiny Tatrzańskiej. Dopóki chodziłem do przedszkola, kwestia mojego dwutygodniowego wyjazdu w góry nie była zbyt skomplikowana. Problem pojawił się wtedy, kiedy rozpocząłem swoją przygodę ze szkołą. Zapewne wielu z moich czytelników nie wie, że w tych strasznych, PRL-owskich czasach:

  • trzeba było chodzić do szkoły;
  • usprawiedliwienie nieobecności musiało być poważne, a nie rekreacyjne;
  • należało odrabiać lekcje;
  • rok szkolny dzielił się na trzy okresy, a nie dwa semestry;
  • nie było ferii zimowych po pierwszym semestrze;
  • nie było wolnych sobót.

W związku z tym moi rodzice mogli uzyskać zgodę na rodzinny wyjazd w góry tylko pod warunkiem prawidłowej realizacji obowiązku szkolnego. Za pierwszym razem pani nauczycielka wyznaczyła zakres materiału, jaki zostanie przerobiony podczas mojej nieobecności. Po nartach i torciku cytrynowym siadałem więc do zeszytów i odrabiałem lekcje. Szczególnie przerażająca była codzienna liczba „słupków” arytmetycznych, które musiałem rozwiązać. Ale dałem radę. Po przyjeździe okazało się, że przez miesiąc nie będę musiał nic robić, ponieważ pani nauczycielka przesadziła, szacując dawkę wiedzy, którą uda jej się wtłoczyć przez dwa tygodnie w głowy moich klasowych koleżanek i kolegów.

W kolejnym roku moi rodzice zastosowali inną taktykę. Mama została w domu (i tak nie jeździła na nartach z powodu dawnej kontuzji nogi), a ja pojechałem w góry tylko z Tatą. Każdego dnia do naszego domu przychodził mój kolega z klasy, który mieszkał w sąsiedztwie, i Mama szybciutko przepisywała z jego zeszytów wszystkie lekcje. Następnie pakowała cenną zawartość do koperty i wysyłała listem ekspresowym do Bukowiny Tatrzańskiej. Pamiętajcie, że nie było wówczas telefonów komórkowych, SMS-ów, internetu i faksów, a na poczcie w Bukowinie na połączenie telefoniczne z Warszawą czekało się kilka godzin. O dziwo listy od Mamy przychodziły regularnie, w dwa dni po wysłaniu. W ten sposób mogłem prawie na bieżąco uczestniczyć w zajęciach szkolnych.

Powiem szczerze, że w dzisiejszych czasach nie wyobrażam sobie takiego zaangażowania całej rodziny w dzieło systematycznej edukacji dziecka. Dziś się po prostu wyjeżdża, czasami pisze usprawiedliwienie, a po przyjeździe uzupełnia (lub nie) to, co w międzyczasie było przerabiane. A przecież w mgnieniu oka można multimedialnie połączyć się z dowolnym zakątkiem świata! Ale kto by się tam przejmował…

Tymczasem ja nie żałuję, że te wieczory w góralskiej chacie spędziłem nad zeszytami. Nauczyło mnie to, że dyscyplina i wytrwałość pozwalają zebrać w życiu wspaniałe owoce. Oprócz tego zrozumiałem, że jeżeli ktoś zabiega o moje sprawy, to nie wolno mi lekceważyć tej pomocy. Bo to by było po prostu świństwo.

Za tę naukę dziękuję Ci, Mamo. Tacie też dziękuję, ale dzisiejszy wpis jest właśnie dla Ciebie.

Golenie jeleni

Strach zajrzał w oczy bankowcom. Zorientowali się, że przegięli. Że postawili zysk swoich organizacji ponad dobrem klientów. W ten sposób narazili na szwank reputację, która moim zdaniem stanowi najważniejszy składnik wartości każdej firmy. Reputację buduje się długą, mozolną i systematyczną pracą, a traci w mgnieniu oka. Dlaczego do tego doszło?

Powód jest dość prozaiczny: ludzka chciwość i walka konkurencyjna. Klienci chcieli zarabiać więcej i dawali się skusić nowymi atrakcyjnymi ofertami. Właściciele banków walczyli o swoje profity i udział w rynku. A „doradcy klienta” pragnęli jak najwięcej zgarnąć dla siebie.

Dobrze byłoby, gdyby ludzie kierowali się tylko szlachetnymi pobudkami. Ale skoro tak nie jest, systemy motywacyjne powinny uwzględniać wpływ ludzkich słabości na sposób realizacji obowiązków służbowych. Tymczasem system premiowania „doradców klienta” w bankach był i zapewne nadal jest wadliwy. Nagradza się ich za sprzedaż nowych produktów inwestycyjnych i kredytowych, a nie za wypracowywanie zysku dla klienta. Bo tak jest prościej i na krótką metę wygodniej. Bo wiele banków to tylko pośrednicy, którzy żyją z prowizji od sprzedaży pakietów przygotowywanych przez wielkich graczy na światowym rynku finansowym. A ci gracze już dawno dostrzegli, że „golenie jeleni” daje dużo większy zysk od pracowitego pomnażania ich oszczędności.

Czy jest jakiś konstruktywny wniosek, który można wyciągnąć z tych niewesołych rozważań?

Tak. Ten wniosek zamyka się w jednym słowie. Tym słowem jest umiar.

Świata być może nie uleczymy, ale jeśli w naszym życiu zachowamy umiar, to staniemy się bardziej odporni na niedoskonałości otaczającej nas rzeczywistości.

Przy czym nie zrozum mnie źle – umiar nie oznacza rezygnacji z wykorzystywania nadarzających się okazji i z życia pełnego satysfakcji. Jeśli „doradca klienta” zaproponuje ci nową atrakcyjną lokatę, nie odrzucaj od razu tej propozycji. Przeanalizuj ją i, jeżeli nie dostrzegasz w ofercie żadnych zasadniczych niejasności, skorzystaj z niej. Ale nie wkładaj w żaden interes wszystkich swoich oszczędności. Być może zostaniesz ogolony, ale przynajmniej nie na całym ciele.