Tag: rodzina

Kościół gnijącego ciała

Doprawdy nie wiem, dlaczego polskich biskupów tak bardzo zajmuje gnijące w grobie ludzkie ciało.

Zawsze myślałem, że w tym wszystkim chodzi o nieśmiertelną duszę, a doczesna powłoka cielesna jest tylko kostiumem odrzucanym przez nią w momencie śmierci.

Niezależnie od przekonań religijnych jestem zdecydowanym zwolennikiem spopielania ciał. Uważam ten akt za najczystszą i najbardziej wypełnioną szacunkiem formę pożegnania bliskich opuszczających ziemski padół. Obrzydzeniem napawa mnie myśl, że ich ciała mogłyby gnić w grobie i być zżerane przez paskudne robactwo.

Spopieliłem swojego Tatę.

Spopieliłem swoją Mamę.

Sam też chciałbym po śmierci obrócić się w proch.

Jaką komukolwiek może to robić różnicę?

A już w szczególności Panu Bogu?

Biegnij Warszawo 2011

Biegnij Warszawo 2011
(photo by: Pani TesTeqowa)

Wielowiekowej tradycji musiało stać się zadość i jak co roku, ku uciesze mediów i utrapieniu kierowców, TesTeqowa rodzina stawiła się na starcie najmasowszego, polskiego biegu ulicznego Biegnij Warszawo. Nie dość, że ruszyliśmy żwawo po strzale Ireny Szewińskiej, to jeszcze wszyscy, bez uszczerbku na zdrowiu i umyśle, pokonaliśmy 10 kilometrów z morderczym podbiegiem ulicą Belwederską i zameldowaliśmy się na mecie przy stadionie Legii (o, przepraszam, przy Pepsi Arenie).

Swoich ubiegłorocznych rekordów nie poprawiliśmy, ale i tak było fajnie – szczególnie, że pogoda zachowała się podczas tej imprezy zadziwiająco przychylnie. Od rana w Warszawie było pochmurno i mgliście, jednak tuż przed jedenastą niebo stało się błękitne, a słoneczko otoczyło delikatnym ciepełkiem 10-tysięczny tłum biegaczy. Istne czary albo przedwyborcza intryga władz stolicy.

Mój czas to 59’40” i o to chodziło – zmieścić się w godzinie, nie przeciążając dochodzących do siebie po ubiegłotygodniowym maratonie nóg.

Mało brakowało, żebym nie osiągnął tego celu, ponieważ na dziewiątym kilometrze miałem czas 54’30”, czyli trzeba było znacznie przyspieszyć. Na szczęście prawie w ogóle nie byłem zmęczony i w dodatku ostatni odcinek biegł w dół ulicą Myśliwiecką. Jakby tego było jeszcze mało, tuż przed metą usłyszałem pod swoim adresem imienny doping, mimo że na numerze startowym nie widniały moje dane osobowe. Cóż, sława maratończyka ma swoje uroki! :-)

Moja motywatorka

W związku ze zmianą czasu na zimowy i jesiennymi szarugami zacząłem zastępować popołudniowe biegi po lesie ćwiczeniami na orbiterku (tu jest jego zdjęcie). Kiedy w środę przed Świętem Niepodległości schodziłem zziajany z tej piekielnej maszyny, Pani TesTeqowa niewinnie spytała:

– Będziesz jutro biegał?

– Nnnie wiem… Zacząłem już sezon halowy… – odpowiedziałem niepewnie.

– Ale ma być ładna pogoda! – nie dawała za wygraną.

– Zastanowię się. – zakończyłem pojednawczo temat biegania.

W czwartek rano przy śniadaniu Pani TesTeqowa zaatakowała ponownie:

– Zobacz, jak ładnie świeci słońce! I jest coraz cieplej!

– To co? Mam biegać? – spytałem zaczepnie.

– Przyzwyczaiłeś mnie do tego, że korzystasz z każdego skrawka błękitnego nieba. Jak chcesz, to pójdę na spacer i zrobię ci zdjęcia.

Cóż, nie jestem w stanie oprzeć się takiej zachęcie, więc uczciłem Święto Niepodległości 8-kilometrową przebieżką. Było wspaniale.

A wczoraj znów biegałem! Temperatura sięgnęła 15 stopni, co na połowę listopada jest zjawiskiem niezwykłym i godnym wykorzystania. I znów pomogła mi w tym krótka wymiana zdań z moją motywatorką.

Bo najważniejsze jest to, że u mojego boku niezawodnie stoi Pani TesTeqowa, która bez cienia złośliwości prostuje mnie do pionu w chwilach zwątpienia.

Posiadanie w swoim otoczeniu osoby, która przywołuje nas do porządku, jest jednym z najlepszych sposobów pokonania gnuśności. Może to być żona lub mąż, dziewczyna lub chłopak, przyjaciółka lub przyjaciel, koleżanka lub kolega, znajoma lub znajomy, sąsiadka lub sąsiad i tak dalej, i tak dalej… Ważne, żeby taki motywator nie kierował się zazdrością lub innym paskudnym uczuciem, lecz chęcią pomocy.

Moje szczęście polega na tym, że nie muszę daleko szukać wsparcia. Ono samo pojawia się przy śniadaniu albo podczas wieczornej rozmowy. Mógłbym się nastroszyć, słysząc te mimochodem rzucane komentarze Pani TesTeqowej, ale ja wybieram bezgraniczną wdzięczność za mobilizującą pomoc, jaką przez całe życie otrzymuję!