Tag: raptularz

Śladami damskich pośladków

Uczestniczyłem wczoraj w biegu Biegnij Warszawo. 10 kilometrów głównymi ulicami stolicy w sprzyjających, choć nieco wietrznych warunkach atmosferycznych. Wynikiem 54’55” pobiłem swój ubiegłoroczny rezultat z Nike Human Race. Po przeanalizowaniu zapisów z GPS-a Garmin Forerunner 205, który wiernie towarzyszył mi w zmaganiach z dystansem, zauważyłem, że tempo mojego biegu było nierówne. Raz przyspieszałem, raz zwalniałem. Konfrontacja międzyczasów z profilem trasy nie dała mi jednoznacznej odpowiedzi, skąd brały się te wzloty i upadki. I wtedy wróciły wspomnienia…

Biegnąc, co chwila mijałem lub byłem wyprzedzany przez zgrabne, poruszające się jak łanie, biegaczki. Nie będę ukrywał, widok wysportowanych damskich pośladków działa na mnie mobilizująco. I niekoniecznie chodzi tu tylko o zwierzęcą chuć. :-) Damskie pośladki są po prostu dziełami sztuki, których nie chciałoby się tracić z oczu!

Tak więc, drogie uczestniczki biegu, stałyście się mimowolnymi współtwórczyniami mojego sportowego sukcesu. Mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie was jeszcze więcej. W tej dziedzinie nie ma dyskryminacji, nie ma parytetów – każdy może wstać sprzed telewizora, wyjść na świeże powietrze i pobiegać. Serdecznie was do tego zachęcam!

PS. Ponieważ zdarzają się czytelniczki mojego bloga, które nie znają mnie tak dobrze, jak inni, proszę nie zakładajcie, że sprowadzam kobiety do ich pośladków jeno. Jesteście w całości i w każdej części wspaniałe, ale same chyba rozumiecie, że w biegu masowym nie ma zbyt dużo miejsca i czasu na docenianie całokształtu.

Bękarty wojny

W sobotę wybrałem się z rodziną do kina na „Bękarty wojny” Quentina Tarantino. Nie da się ukryć: Quentin robi filmy na poziomie. To świetny gawędziarz. Jego opowieści mają znakomitą strukturę i tempo. Nie pozwalają na jakiekolwiek wątpliwości, które na innych seansach prowokują ukradkowe spojrzenia na zegarek. Ponad dwie godziny żonglowania konwencjami, zderzania ich i mieszania mijają niepostrzeżenie. Wychodząc z kina, dziwisz się, że zrobiło się już tak późno.

Jedno mnie tylko zaniepokoiło. Nie wiem, co tak naprawdę autor chciał mi tym filmem powiedzieć. Czy w tej doskonałej formie zawarty jest jakiś głębszy sens, czy tylko smutne przesłanie, że okrucieństwo i zemsta są istotą naszej cywilizacji, kryjącą się pod gładką powłoką galanterii i erudycji? Że otaczający świat jest niczym doskonały strudel z obowiązkowym kremem w paryskiej kafejce, z braku czasu niedokończony i przebity niedopałkiem papierosa?

Jeńcy Putina

„Putin musi przeprosić za zbrodnię katyńską!” – krzyczą za politykami nagłówki gazet.

A ja się zastanawiam, czy domagając się tego gestu od Premiera Rosji, który urodził się wiele lat po wojnie, nie stajemy się jego jeńcami, zniewolonymi pragnieniem usłyszenia z jego ust słowa „przepraszam”. Czy rzeczywiście to proste oświadczenie może ukoić rozpacz i żałobę tysięcy żon, matek, ojców, córek i synów, tysięcy rodzin i przyjaciół tych, których honor zetknął się z brutalnym bandytyzmem? Czy to coś zmieni?

Mój dziadek tam był. Nie wrócił. Ale ani moja babcia, którą znam tylko z opowiadań mojej mamy, ani moja mama, ani ja – nie domagalibyśmy się tych przeprosin. Wobec ogromu tej bezmyślnej tragedii nie miałyby one dla nas żadnego znaczenia. Powiem więcej, takie przeprosiny po latach mają dla mnie nieco groteskowy wymiar: winę wyznaje osoba, która co prawda jest spadkobiercą winowajcy, ale z tą konkretną zbrodnią nie ma nic wspólnego. Co z tego, że po 55 latach Premier Wielkiej Brytanii przeprosił za to, że władze jego kraju doprowadziły jednego z największych matematyków XX wieku Alana Turinga do samobójczej śmierci? Nic.

Zamiast rozdrapywać rany przeszłości, zdezynfekujmy je i zadbajmy o to, żeby dobrze się goiły, a swoją uwagę skierujmy na wytrącanie mieczy z rąk dzisiejszych złoczyńców. Zróbmy wszystko, co w naszej mocy, żeby podobne wydarzenia nie przytrafiały się ludzkości ani teraz, ani w przyszłości. Możemy to zrobić skutecznie, jeśli przestaniemy być, na własne życzenie, jeńcami Władimira Putina, Eriki Steinbach oraz innych duchów przeszłości.

Budowniczy Warszawy

Mój Tata budował Warszawę. To było jednocześnie jego pasją, pracą zawodową i celem życia. Chciał, żeby jego ukochane miasto było piękne, miało szerokie, równe ulice, zadbane domy i zielone skwery. Żeby ludziom dobrze się w nim mieszkało. Denerwował się, gdy ze względu na „złożoną sytuację i trudności obiektywne” trzeba było iść na kompromisy, ale wyznawał zasadę, że lepiej starać się coś zrobić, niż siedzieć z założonymi rękami i narzekać.

W dzisiejszych realiach wiele osób powiedziałoby: widocznie miał w tym swój interes. I na nic zdałyby się tłumaczenia, że tym interesem była tylko troska o dobro Warszawy. Szkoda, że obecnie tak trudno jest w to uwierzyć…

Mimo że Mój Tata już odszedł, Warszawa pełna jest miejsc pamiętających jego zaangażowanie i entuzjazm.

Dziękuję Ci, Tato, za pokazanie mi, że praca zawodowa może być pasją, a nie tylko wyczekiwaniem na fajrant, urlop i wypłatę.

WARSZAWA