Tag: raptularz

Jak uruchomić pociąg?

Pociągi czasami się zatrzymują.

Na stacjach też, ale zdarza się, że zastygają w kompletnym bezruchu w szczerym polu.

Bez jakiejkolwiek przyczyny, którą łatwo byłoby zidentyfikować.

Niektórzy twierdzą, że pociągi zatrzymują się w szczerym polu ze zmęczenia.

Siedzisz wtedy w coraz zimniejszym (w zimie) lub coraz cieplejszym (w lecie) przedziale i się wściekasz…

Niepotrzebnie!

Po prostu nie znasz niezawodnej metody uruchamiania takiego utrudzonego ciągłymi podróżami żelaznego smoka z gatunku wężowatych.

Metodę tę opracowała i dokładnie przetestowała moja Mama. Skuteczność procedury została jednoznacznie potwierdzona w stosunku do pasażerskich pociągów podmiejskich i dalekobieżnych. Badania nie objęły składów towarowych oraz zatrzymań wynikających ze słusznej walki kolejarzy o dobro pasażerów.

Na czym polega owa metoda?

Otóż, gdy pociąg, którym jedziesz, zatrzyma się w szczerym polu i wygląda na to, że postój potrwa dłużej, wyciągnij przed siebie obie ręce, uważnie obejrzyj swoje dłonie ubrane w rękawiczki (tak, tak, rękawiczki są niezbędnym rekwizytem w tej metodzie) i powiedz głośno, z nieukrywanym zdziwieniem: „Odbarwiają się!”. Wówczas pociąg ruszy.

Na ogół nie wierzę w takie zabobony, a wszelka magia jest dla mnie czarną magią, ale w tym przypadku mogę z pełnym przekonaniem wszystkim polecić to odkryte przez moją Mamę zaklęcie. Prawdopodobnie ma ono związek z odwracaniem kierunku ruchu barwnych elektronów w czasoprzestrzeni albo z czymś podobnym.

Musisz tylko pamiętać, żeby zawsze w podróży mieć ze sobą rękawiczki i umieć szczerze zdziwić się zmianą ich koloru, niezależnie od tego, czy tę zmianę dostrzegasz, czy nie. Rzeczywistość nie ma tu nic do rzeczy. Liczy się jedynie to, czy potrafisz przekonać pociąg, że: „Odbarwiają się!”.

Przy najbliższej okazji wypróbuj działanie rękawiczkowej metody uruchamiania pociągów i podziel się z nami swoim entuzjazmem w komentarzach pod tym wpisem!

Jak osiągnąć sukces, mając same szóstki?

Nie, tytuł tego wpisu nie jest pomyłką. Okazuje się, że bardzo często szóstkowi i piątkowi uczniowie doznają wielu bolesnych porażek na początku swojego dorosłego życia. Tym boleśniejszych, że przecież w szkole byli gwiazdami, a w konfrontacji z wyzwaniami kariery zawodowej gubią się i popadają we frustrację.

Ponieważ doświadczenie to było także moim udziałem, doskonale rozumiem mechanizm, który jest źródłem tych kłopotów.

Oto trzy najważniejsze przyczyny tak niespodziewanej odmiany losu pilnego, zdolnego ucznia:

  1. Sukces w życiu zależy od umiejętności współpracy z innymi ludźmi. Tymczasem w szkole jesteś premiowany za samodzielną pracę i indywidualne „przyswajanie materiału” w celu wylegitymowania się jego znajomością podczas sprawdzianów. Oczywiście solidna wiedza stanowi fundament doniosłych osiągnięć, ale poświęcanie całego czasu na zgłębianie tajników szkolnych przedmiotów jest zgubne. W przypadku sukcesów prowadzi do przekonania, że wszystko da się zrobić samodzielnie, a to nieprawda.
  2. Sukces w życiu zależy od elastyczności i umiejętności chwytania okazji. Tymczasem kalendarz szkolnych wydarzeń jest stabilny aż do bólu. Układ roku, tygodniowy plan zajęć, formy zaliczeń poszczególnych przedmiotów są z góry ustalone i praktycznie niezmienne. Jako szóstkowy uczeń masz ten system rozgryziony, a raz ustawiony mechanizm „obsługi szkoły” działa bezbłędnie jak szwajcarski zegarek. Natomiast w dorosłym życiu niespodziewane strzały z boku są w stanie zrujnować nawet najdoskonalszy plan. Pojawiają się też niesłychane okazje, dla których należałoby ten wspaniały plan porzucić. Ale porzucanie planu jest przecież niezgodne z twoim planem! Z tego powodu wielu szóstkowych uczniów woli pozostać w stabilnym, przypominającym szkołę, środowisku uczelnianym, niż rzucać się w odmęty prawdziwego życia.
  3. Sukces w życiu zależy od umiejętności radzenia sobie z porażkami. Tymczasem w szkole, jako prymus, brylujesz, wszystko ci się udaje i, nawet gdy grozi ci niekontrolowany poślizg, nauczyciele wyciągają pomocną dłoń, wierząc, że to tylko drobna wpadka, a nie godny surowego napiętnowania przejaw lenistwa. Już na studiach, szczególnie tych wymagających, które zwykle wybiera wyróżniający się maturzysta, pojawiają się pierwsze niepokojące sygnały. Twoje oceny przestają być najlepsze w grupie. Poznajesz koleżanki i kolegów, którzy wcale nie są mniej bystrzy niż ty, i to jest prawdziwy wstrząs. A w pracy? Zaczynają cię otaczać ludzie, z których każdy realizuje swoje własne cele – czasem zgodne z twoimi, a czasem wręcz przeciwnie. Nie masz więc już żadnej gwarancji, że każde twoje zamierzenie przyniesie oczekiwany skutek, jeśli tylko sumiennie odrobisz swoją pracę domową. Zamiast wyciągać wnioski z niepowodzeń, zaczynasz rozpamiętywać, że przecież to nie tak miało być i że nie po to się tyle uczyłeś, żeby teraz świat bezczelnie z ciebie kpił.

Czy ten wpis jest elitarny, to znaczy przeznaczony tylko dla kujonów?

I tak, i nie.

Tak, ponieważ zderzenie z dorosłym życiem bywa dla dobrego ucznia większym szokiem niż dla przeciętnego.

Nie, ponieważ wymienione powyżej 3 warunki sukcesu dotyczą wszystkich: ciebie i ciebie, i tamtej pani też.

A czy ty, wchodząc w dorosłe życie, też doznałeś podobnego wstrząsu?

Krople drążą skałę

Tradycyjnie 1 stycznia powitałem Nowy Rok przebieżką w nieco wiosennych okolicznościach przyrody. Tym razem nie był to wielki wyczyn – 6 kilometrów w spacerowym tempie na pohybel męczącemu mnie od pewnego czasu katarowi.

A co się zdarzyło w 2012 roku?

To nie był dla mnie czas życiowych rekordów. Przebiegłem 1060 km i myślę, że 100 km miesięcznie jest obecnie optymalną dawką dla mojego organizmu:

2012BIEG

Przepłynąłem w basenie 73.2 km – regres ten spowodowała grudniowa absencja chorobowa:

2012PLYW

Windsurfowałem przez 3 godziny i 35 minut. Tyle, co nic. Nawet nie rozpakowałem własnego sprzętu. Okoliczności nie sprzyjały nieskrępowanej rekreacji z dala od domu i rodziny. Ten żenujący wynik może jednak cieszyć – jest doskonałą platformą do wykazania postępów w kolejnych latach:

2012WIND

A tobie jak poszło?

Jeśli wciąż borykasz się z brakiem czasu na zorganizowaną dbałość o kondycję fizyczną, polecam ci najnowszy wpis Leo Babauty „The New Rules of Fitness for 2013” [zenhabits.net], w którym zachęca on do wykorzystywania każdej nadarzającej się chwili, żeby spontanicznie podokazywać. Bez zapisywania się do klubu na zajęcia, kupowania wyszukanego sprzętu i robienia z całej sprawy wielkiego przedsięwzięcia odmieniającego twoje życie.

Pamiętaj:

Krople wody drążą skałę bez użycia specjalistycznych narzędzi i precyzyjnych harmonogramów!

Tradycyjna kuchnia polska

Tradycyjna Kuchnia Polska

Tradycyjna kuchnia polska?

Jak nie, jak tak!

To, zrobione w czerwcu bieżącego roku, zdjęcie przypomniało mi moje pierwsze zetknięcie z tradycyjną kuchnią polską.

Dawno, dawno temu wraz z moim Tatą odbieraliśmy w przyzakładowym Punkcie Odbierania Maluchów w Tychach wymarzone czterokołowe cacko. Był to proces żmudny, długotrwały i wyczerpujący. Zajmował wiele godzin, wymagał ogromnego hartu ducha i olbrzymiej cierpliwości. Na szczęście na terenie Punktu Odbierania Maluchów znajdował się Punkt Żywienia Zbiorowego oferujący ciepłe danie. Tak, tak, danie w liczbie pojedynczej, menu bowiem zawierało tylko jedną pozycję oraz modne picie. Wtedy po raz pierwszy zjadłem sztandarową potrawę kuchni polskiej: golonkę z Pepsi Colą.

Dlaczego z Pepsi Colą a nie z wyrobem produkowanym przez konkurencję? Otóż jednym z osiągnięć Edwarda Gierka było sprowadzenie do Polski dwóch burżuazyjnych napojów: Coca Coli i Pepsi Coli. Ale żeby nie było niezdrowej konkurencji, kraj podzielono na dwie strefy wpływów: północ wraz z Warszawą należała do Coca Coli, a południe do Pepsi Coli.

Do dziś wspominam cudowny, tłusty, gazowany smak tej potrawy. Naprawdę! Dziwię się też, że mój żołądek wówczas nie zaprotestował, ale zaprawdę powiadam wam:

Pozytywne nastawienie to 90% sukcesu!

A samochód? Służył dzielnie przez sześć lat, aż został sprzedany. A po miesiącu nowemu nabywcy podczas jazdy wypadł na jezdnię akumulator, co było standardową przypadłością tego pojazdu, który zmotoryzował PRL.