Tag: przywództwo

Doręczanie szczęścia

Stanowczo zbyt długo oszukiwałem Cię, Drogi Czytelniku. W bocznym panelu BIZNESU BEZ STRESU przez wiele miesięcy, jako czytana przeze mnie lektura, widniała książka twórcy firmy Zappos Tony’ego Hsieha „Delivering Happiness”. Tymczasem połknąłem ją w całości natychmiast po jej nabyciu. To dobra książka, dająca nadzieję, że nie trzeba być cynicznym i niemoralnym dupkiem, żeby świetnie radzić sobie w drapieżnym otoczeniu wolnego rynku. Że realizacja własnych pasji i celów życiowych może być związana z sukcesem ekonomicznym i dostatnim, pełnym satysfakcji życiem. Warto przeczytać tę książkę! Na zachętę przedstawiam Ci kilka cytatów, które szczególnie zwróciły moją uwagę.

Strategia:

  • Nie graj w gry, których zasad nie rozumiesz. Nawet wówczas, gdy widzisz, że wiele osób, grając w nie, wygrywa.
  • Poznawaj zasady gry wtedy, gdy stawka nie jest jeszcze zbyt wysoka.
  • Nie oszukuj. Na dłuższą metę oszustwo nie jest wygrywającą strategią.
  • Trzymaj się swoich zasad.
  • Dostosowuj styl swojej gry do dynamiki wydarzeń. Bądź elastyczny.
  • Bądź cierpliwy i myśl perspektywicznie.
  • Zwykle wygrywają najwytrwalsi i najbardziej skupieni.
  • Wyróżniaj się. Działaj inaczej niż twoi konkurenci.
  • „Nadzieja” nie jest dobrym planem działania.
  • Nie odgrywaj się i nie próbuj przebijać muru głową. Często lepiej przerwać grę na pewien czas, żeby powrócić na arenę z nową energią.

Tony Hsieh „Delivering Happiness” (65-66)

„Bądź skromny” jest prawdopodobnie tym elementem firmowego dekalogu Zappos, który ma największy wpływ na nasze decyzje rekrutacyjne. Spotykamy się z wieloma doświadczonymi, inteligentnymi i utalentowanymi ludźmi, którzy z pewnością od pierwszego dnia wpłynęliby pozytywnie na wyniki finansowe firmy. Ale wielu z nich tak pragnie skupiać na sobie uwagę otoczenia, że ich nie zatrudniamy. W wielu koncernach szefowie działu kadr nie podzielaliby tego stanowiska, argumentując, że taki kandydat wniósłby wiele do przedsiębiorstwa. Być może dlatego wiele z tych firm nie może pochwalić się wysokim morale.”

Zgodnie z naszą filozofią w Zappos jesteśmy gotowi na krótkoterminowe poświęcenia (obejmujące utratę przychodów i zysków), gdy wierzymy, że długoterminowe korzyści nam to wynagrodzą. Ochrona kultury firmowej i jej kluczowych wartości jest właśnie taką długoterminową korzyścią.

Tony Hsieh „Delivering Happiness” (158)

„Każdy ma swój własny Mount Everest, dla którego zdobycia pojawił się na ziemi.” – Hugh Macleod

„Jeśli masz więcej niż 3 priorytety działania, to znaczy, że nie masz żadnego.” – Jim Collins

„Jeśli osoba, do której mówisz, cię nie słucha, bądź cierpliwy. Może po prostu ma w uchu fafołek.” – Kubuś Puchatek

Tony Hsieh „Delivering Happiness” (200)

To ciekawe, jak zmieniało się hasło skojarzone z marką Zappos na przestrzeni lat:

1999 – Największy wybór butów

2003 – Obsługa klienta

2005 – Kultura firmowa i kluczowe wartości jako nasza platforma

2007 – Osobisty, emocjonalny związek

2009 – Doręczanie szczęścia

Tony Hsieh „Delivering Happiness” (230)

„Jedną świecą można zapalić tysiąc świec bez uszczerbku dla trwałości jej płomienia. Szczęścia też nigdy nie ubywa, gdy się nim dzielimy.” – Budda

„W życiu nie chodzi o odnalezienie siebie. W życiu chodzi o wykreowanie siebie.” – George Bernard Shaw

„To zadziwiające, jak wiele można osiągnąć, gdy się nie dba o to, kto zbierze laury.” – H. S. Truman

„Albo robimy się żałośni i nieszczęśliwi, albo silni i szczęśliwi. Wysiłek w obu przypadkach jest taki sam.” – Carlos Castaneda

„Co jest za nami i co jest przed nami nie ma znaczenia w porównaniu z tym, co jest w nas.” – Ralph Waldo Emerson

Tony Hsieh „Delivering Happiness” (244)

The Social Network – dylematy człowieka czynu

To było nieuniknione. Musiałem zobaczyć „The Social Network” – film o Marku Zuckerbergu, twórcy Facebooka, najmłodszym miliarderze naszych czasów. Obraz Davida Finchera jest bardzo dobrze opowiedzianą, choć miejscami znacznie odbiegającą od faktów, historią powstania tego najpopularniejszego obecnie portalu społecznościowego. W wielu środowiskach kogo nie ma na Facebooku, ten nie istnieje.

Mark Zuckerberg został w filmie przedstawiony w sposób niejednoznaczny. Z jednej strony wydaje się być aroganckim szczeniakiem, który bez skrupułów wykorzystuje znajomych i przyjaciół, ale z drugiej strony konsekwentnie prowadzi swoją firmę i współpracowników, którzy podzielają jego punkt widzenia, ku globalnemu sukcesowi. Nie toleruje w swoim otoczeniu osób, które nie ogarniają jego wizji i usiłują skierować całe przedsięwzięcie na inne tory.

Myślę, że ten wątek: jak pogodzić lojalność wobec współpracowników z lojalnością wobec firmy i wymyślonej przez siebie strategii jej rozwoju, jest jednym z najważniejszych tematów do przemyśleń po powrocie z kina.

Jeśli twoje ambicje ograniczają się do pracy na etacie, prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej czy samodzielnego uprawiania ziemi, nie masz takich dylematów. Natomiast, gdy twoim celem jest wielki sukces biznesowy, potrzebujesz wsparcia wielu osób. Na początku są to z reguły przyjaciele, znajomi i członkowie rodziny. I wszystko jest dobrze do momentu, kiedy twoja wizja zaczyna przerastać niektórych członków zespołu. Zaczynają wówczas być „hamulcowymi”. Bardzo często robią to z dobrego serca, chcąc cię uchronić od wielkiej porażki.

Właśnie wtedy musisz podejmować najtrudniejsze decyzje: zrezygnować ze swojej strategii rozwoju firmy i zachować ich przyjaźń, czy iść dalej bez nich. Często jest tak, że tylko jeden z twoich przyjaciół „nie nadąża” i dla dobra pozostałych musisz go porzucić na początku drogi. Jak Beatlesi Pete Besta. Jak Pink Floydzi Syda Barretta.

Uważam, że jedynym etycznym rozwiązaniem w takiej sytuacji jest szczera rozmowa i dołożenie wszelkich starań, żeby przekonać nieprzekonanych do swojej wizji. A jeśli to nie pomoże, elegancko rozstać się i pójść w swoją stronę. Niestety często takie rozstania nie przebiegają łagodnie, ponieważ każdy zwykle przecenia swoją rolę w sukcesach, do których się przyczynił. Ale taka już jest ludzka natura…

Teoria wybitego dopalacza

Nie znam się na dopalaczach. Nie jestem chemikiem ani lekarzem, ani konsumentem tych substancji. W całej tej sprawie interesuje mnie jedynie obłuda i nieudolność naszego państwa.

We wpisie tym przyjmuję za dobrą monetę słowa naszego premiera, że dopalacze to zło, które władze będą tępiły z pełną determinacją. Nie wiem, czy są one groźniejsze od alkoholu, papierosów lub muchomorów, ale załóżmy, że tak jest. Niech to będzie nasza hipoteza robocza.

Opinie o szkodliwości dopalaczy znane są od wielu miesięcy, jeśli nie lat. Proceder sprzedaży tych substancji jako „wyrobów kolekcjonerskich” też nie został wymyślony wczoraj. Dlaczego więc nasza policja, prokuratura, sądy, wreszcie rząd tak długo tolerowały tę schizofreniczną patologię? Dlaczego nikt nie zajął się sprawą wtedy, kiedy punktów sprzedaży „wyrobów kolekcjonerskich” było pięć, a nie 1000? Dlaczego brakiem działania organy państwowe w pewnym sensie zachęcały do rozwoju tego biznesu w myśl zasady, że co nie zabronione, jest dozwolone?

Dlaczego urzędnicy pozwalali, żeby instytucje, których są przedstawicielami, były obiektem kpin i żenującej zabawy w słówka. To mi się po prostu nie mieści w głowie!

Przechodziłem niedawno obok pustego lokalu handlowego, na drzwiach którego wisiało ogłoszenie dotyczące możliwości jego wynajęcia. I w ogłoszeniu tym widniało zastrzeżenie, że przyszły najemca nie będzie mógł w tym miejscu handlować wyrobami kolekcjonerskimi i narkotykami. Ludzie! Czy wyście się z końmi na łby pozamieniali?

Dziwię się, że osoby rozpowszechniające pornografię dziecięcą nie zaczęły jeszcze jej udostępniać jako wyrobów kolekcjonerskich…

Uważam, że reguły powinny być jasne. Albo coś jest legalne i można to robić bez uciekania się do lingwistycznych sztuczek, albo nie. A jeśli nie, to każdy wykryty przejaw takiej działalności powinien być tępiony niezależnie od skali. Odkryto to już bardzo dawno temu, nazwano Teorią Wybitego Okna i zastosowano z powodzeniem w Nowym Jorku, a potem w wielu innych miejscach na świecie.

Ale do tego trzeba mieć jaja i być konsekwentnym…

Tymczasem idzie zima. Napraw w swoim domu uszkodzone okna, bo będzie zimno. Całego świata i tak nie zbawisz, ale możesz zrobić coś pożytecznego w zasięgu swojego wzroku. Powodzenia!

Turysta XXI wieku

Spotkać TesTeqa na turystycznym szlaku jest trudno. Ostatnie takie zjawisko wystąpiło… w ubiegłym tygodniu. Korzystając ze służbowej okazji zdobyłem Równicę w Beskidzie Śląskim. A oto pouczająca anegdota z tej krótkiej i niezbyt wymagającej wyprawy.

Schodząc ze szczytu, spotkałem pokaźną grupę młodzieży gimnazjalnej, której przewodzili: pan przewodnik w czerwonym swetrze z dumnie błyszczącą na piersi odznaką przewodnika oraz pani nauczycielka. Uczniowie zwartą grupą zajmowali całą szerokość szlaku, słuchając barwnych opowieści specjalisty od spraw gór. Chcąc przedostać się przez ciżbę, powiedziałem „przepraszam” i przemknąłem niemal niepostrzeżenie. Niemal, ponieważ pani nauczycielka zwróciła się do podopiecznych:

– Dzieci przesuńcie się trochę, bo tamujemy ruch.

Na to pan przewodnik odparł:

– A po co? Mogą nas obchodzić.

Przyznam, że wypowiedź ta zmroziła moje serce. W młodości wpojono mi zasadę, że na szlaku, nartostradzie, ścieżce biegowej lub rowerowej należy zatrzymywać się tak, żeby nie przeszkadzać osobom będącym w ruchu. Nie chciałem jednak facetowi robić wstydu przy młodzieży, więc poszedłem dalej. Tymczasem grupa zaczęła podążać za mną, a pan przewodnik zdecydowanie wysforował się do przodu. W tej sytuacji zaczekałem na niego i gdy się zbliżył, zwróciłem mu delikatnie uwagę, że nie powinno się utrudniać ruchu na szlaku i należy z tą zasadą zapoznawać młodych adeptów turystyki.

I tu się zaczęło. Pan przewodnik przyjął moją wypowiedź bardzo osobiście i przeprowadził kontrakt pełną oburzenia salwą nieparlamentarnych argumentów osobistych, szczególnie troszcząc się o stan mojego umysłu.

Zawsze sądziłem, że profesjonalista powinien być otwarty na konstruktywną krytykę… W tym przypadku zawiodłem się bardzo i nie pozostało mi nic innego, jak podziękować panu przewodnikowi za pouczającą rozmowę i pójść w swoją stronę. Z oddali usłyszałem jeszcze pokrzykiwania, że jestem chory i w związku z tym powinienem się leczyć.

Myślę, że wydarzenie to świetnie ilustruje tezę mojego poprzedniego wpisu, że przywódca zawsze daje przykład – czy chce tego, czy nie. W tym przypadku rolę przywódcy pełnił specjalista od spraw gór z odznaką przewodnika. Swoją postawą pokazywał młodym ludziom, jak na szlaku powinien zachowywać się turysta XXI wieku.

Ale czymże jest taka niesmaczna chwila wobec majestatu wielkiej góry od wieków pochylonej nad doliną, którą płynie niepozorny potok zwany przez mieszkańców tej okolicy Wisłą…