Tag: przywództwo

Załatwiasz sprawę czy marudzisz?

Justyna Kowalczyk została publicystką. W Gazecie Wyborczej prezentuje swoje przemyślenia na różne tematy.

I bardzo dobrze!

Ostatnio zaapelowała publicznie do Prezesa Zarządu Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusza Tajnera, żeby zaraził się miłością do nart i stworzył w Polsce godne warunki do uprawiania zimowych dyscyplin biegowych.

I bardzo źle.

Bo tak się nie załatwia spraw. Tak się marudzi, żeby zwrócić na siebie uwagę.

W każdej sytuacji, jeśli chcesz być skuteczny, a nie marudny, stosuj się do następujących rad:

  1. Po pierwsze: nie zaczynaj rozmowy od sugerowania złej woli lub nierozumności decydenta, od którego zależy to, co chciałbyś załatwić. To nie ma sensu! Tylko pogarszasz sprawę.
  2. Po drugie: nie prowadź takich rozmów publicznie, a tym bardziej nie za pomocą ogólnopolskich mediów lub maili skierowanych do „wszystkich”. Wywlekanie niedoskonałości źle świadczy o twoich intencjach, skłania bowiem do podejrzeń, że nie o sprawę ci chodzi, ale o siebie! Że chcesz pokazać, o ile jesteś mądrzejszy od tego niemrawego faceta nad tobą.
  3. Po trzecie: wymyśl sposób, jak załatwienie twojej sprawy może stać się sukcesem decydenta. Decydenta i twoim. Tak, w takiej kolejności. Bo przecież, gdy załatwicie sprawę, to sukces będzie wspólny – decydenta i twój. Tak, w takiej kolejności. I nie jest to żadna manipulacja, tylko mechanizm, który sprawdza się od czasu, kiedy człowiek zrozumiał siłę zespołowego działania! Oczywiście nie zrobisz tak, jeśli w rzeczywistości nie chodzi ci o rozwiązanie problemu, a jedynie o błyśnięcie marudzeniem w słusznej sprawie…

I to właśnie chciałem ci przekazać.

Zanim zaczniesz marudzić, zastanów się, czy naprawdę chcesz załatwić daną sprawę. Jeśli tak, idź do szefa i zaproponuj mu wspólne zainicjowanie przedsięwzięcia, które zmieni otaczający was świat na lepsze, a ludzi uczyni szczęśliwszymi!

Świat nagradza ludzi czynu, a nie marudy!

Siłom i godnościom osobistom!

Zachwyciła mnie, zamieszczona kilka dni temu w New Yorkerze, satyra na cynicznych polityków. Oto jej fragment:

WASZYNGTON: We wtorek były Wiceprezydent USA Dick Chenney wezwał narody świata do „zakazania raz na zawsze podłej i haniebnej praktyki publikowania raportów na temat tortur.”
– „Tak jak wielu Amerykanów, byłem wstrząśnięty i oburzony dzisiejszym opublikowaniem przez Senacką Komisję ds. Wywiadu raportu na temat tortur” – powiedział Cheney w przygotowanym oświadczeniu. – „Przejrzystość i uczciwość charakteryzujące ten raport stanowią rażące naruszenie wartości wyznawanych przez nasz naród.”
– „Publikacja raportów na temat tortur jest zbrodnią przeciwko nam wszystkim” – dodał. – „Nie tylko tym z nas, którzy torturowali w przeszłości, ale i każdemu, kto może chcieć torturować w przyszłości.”

Niezłe, co? W Polsce na autora takiego tekstu posypałyby się gromy…

Ale nie o tym chciałem pisać.

Otóż niedawno, z tej samej okazji w polskiej telewizji wypowiadał się Tomasz Aleksandrowicz – ekspert zarządzania informacją z Centrum Badań nad Terroryzmem. Zapytał on retorycznie:

„Czy liberalna demokracja poradzi sobie z mordercami, nie zniżając się do ich metod?”

Niezależnie od przyczyn, dla których ci „mordercy” obrali sobie za cel właśnie „liberalną demokrację” (to temat na odrębną dyskusję), moje zdanie jest następujące:

Demokracja, jako z definicji działanie kolegialne, oparte na mozolnym wypracowywaniu zadowalającego większość kompromisu, nie ma szans w starciu ze zdeterminowanymi jednostkami, których nie krępują wątpliwości, skrupuły i przyzwoitość, a wszelki sprzeciw likwidują jednym celnym ciosem w pysk.

Kiedyś pewien znajomy pułkownik, zajmujący się wdrażaniem systemów dowodzenia i łączności w naszej armii, powiedział w mojej obecności:

„Nie lubię komentarzy. Mogę najwyżej opieprzyć, jak ktoś źle komentuje.”

I tak działają wielcy przywódcy, przedsiębiorcy i artyści. Po prostu robią swoje, nie zważając na komitety, ekspertyzy, głosowania i procedury, których jedynym celem jest ochrona tyłka każdego z uczestników procesu.

Pod względem skuteczności nie ma lepszego systemu niż dyktatura. Problem w tym, jak sprawić, żeby dyktator nie był szaleńcem lub idiotą. I tu pojawia się sprzeczność, ponieważ to w inteligencji i grzeczności mają swe źródło: empatia, umiejętność patrzenia na sprawy z różnych punktów widzenia, świadomość złożoności świata i wszystkie inne intelektualne rozterki…

A wracając do tematu, na koniec muszę zacytować, przywołaną w tytule wpisu, puentę klasycznego skeczu kabaretu Dudek:

„Chamstwu w życiu należy się przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom.”

Bo cham nie zrozumie finezyjnych aluzji, a jeśli zrozumie, to jedynym efektem będzie podniesienie jego chamstwa do kolejnej potęgi.

Wpis ten dedykuję blogerowi Torlinowi, którego daremna walka z pewnym trollem (za pomocą godności osobistej oraz rzucanych na lewo i prawo insynuacji) jest żywym przykładem słuszności mojej tezy.

Szaleństwo przekute w metodę

Uważnie czytana biografia Jony’ego Ive’a odkrywa wiele ciekawych informacji na temat bezwzględnej jazdy po bandzie, jaką uprawiał Steve Jobs i jaką nadal kultywuje jego firma. Ostatnio wyszło na jaw, że przedstawiciele Apple zaczynają rozmowy z partnerami od stwierdzenia: „Z dostawcami nie negocjujemy. Bądźcie dorośli i podpisujcie umowę bez gadania”.

Oto kilka ostatnich, smakowitych cytatów z tej interesującej książki:

Już w 1996 roku magazyny pełne niesprzedanych komputerów niemal pociągnęły Apple na dno, dlatego teraz hołdowano zasadzie „im mniej zapasów, tym lepiej”. Zresztą Cook sam kiedyś powiedział, że zapasy „nie są po prostu złe, lecz fundamentalnie złe”.

[Leander Kahney, „Jony Ive”, s. 272]

Satzger, ulegając narastającej frustracji, wyraził w końcu opinię, że amerykański dostawca nie ma w ogóle wyobrażenia o tym, jakiej jakości oczekuje Apple. „W Apple elementy wykonane „całkiem dobrze” nie mają prawa bytu – stwierdził. – Amerykańskie firmy nie potrafiły pojąć, że w produktach Apple każda część, z którą klient ma bezpośredni kontakt, musi być nieskazitelnej jakości. Klienci dostrzegali nawet najdrobniejsze niedociągnięcia”.

[Leander Kahney, „Jony Ive”, s. 275]

„Steve ma skłonność do wydawania pośpiesznych opinii i dlatego nie pokazuję mu niczego w obecności innych – wspomina Jony. – Mógłby bowiem stwierdzić: „To zwykłe gówno” i zdusić pomysł w zarodku. Pomysły to bardzo ulotna materia i dopóki znajdują się w fazie rozwoju, trzeba się z nimi obchodzić delikatnie. Wiedziałem, jak ważny może być ten projekt, i dlatego zdawałem sobie sprawę, że gdyby Steve go upieprzył, byłaby to wielka szkoda”.

[Leander Kahney, „Jony Ive”, s. 286]

Jobs poinformował szefów projektu, że mogą przejąć wszystkich pracowników, których tylko będą potrzebowali, ale pod żadnym pozorem nie wolno im rekrutować ludzi spoza firmy. „To był nie lada orzech do zgryzienia – wspomina Forstall. – Ja poradziłem sobie, wyszukując ludzi, którzy byli prawdziwymi mistrzami w swoim fachu, naprawdę niesamowitymi inżynierami, po czym ściągałem ich do mojego biura, prosiłem, żeby usiedli i mówiłem: „W swojej obecnej roli sprawdzasz się naprawdę fantastycznie. Twój szef cię uwielbia. Przed tobą świetna kariera w Apple, jeśli po prostu będziesz dalej robił to, co robisz, co lubisz robić. Ale mam dla ciebie pewną ofertę, pewną opcję. Rozpoczynamy nowy projekt. Jest tak tajny, że na razie nie mogę ci nawet powiedzieć, o co chodzi”… I ku mojemu zdumieniu cała grupa niewiarygodnie utalentowanych osób zgodziła się podjąć tak postawione wyzwanie. Tak oto stworzyłem zespół, który napisał oprogramowanie do iPhone’a”.

[Leander Kahney, „Jony Ive”, s. 294-295]

Z finansowego punktu widzenia wdrożenie technologii unibody wymagało podjęcia przez Apple olbrzymiego ryzyka. Firma rozpoczęła poważne inwestycje około 2007 roku, w pierwszej kolejności podpisując kontrakt z japońskim producentem frezarek na zakup wszystkich wyprodukowanych przez niego maszyn w ciągu kolejnych trzech lat. Według jednego ze źródeł oznaczało to aż dwadzieścia tysięcy sterowanych komputerowo frezarek rocznie w cenach od 250 tysięcy do miliona dolarów za sztukę. Na tym jednak nie koniec. Apple zakupiło jeszcze więcej maszyn, skupując wszystkie frezarki CNC, jakie udało im się znaleźć. „Wykupili wszystkie dostawy – mówi pewne źródło. – Dla innych firm praktycznie nie zostało już nic”.

[Leander Kahney, „Jony Ive”, s. 331]

Kapryśna determinacja Steve Jobsa

Steve Jobs wielkim przedsiębiorcą był.

Dlaczego?

Myślę, że dzięki swojej kapryśnej, ale bezkompromisowej determinacji. Po prostu wyciskał z rzeczywistości to, co chciał, nie bacząc na potrzeby i uczucia współpracowników. Czy to moralne? Może i nie, ale niewykluczone, że bez tej presji Apple zatrzymałoby się tam, gdzie inne firmy, i nie stało najcenniejszą marką świata.

Oto kilka smakowitych cytatów z biografii Jony’ego Ive’a opisujących kapryśną determinację Jobsa:

„Gdy pokazaliśmy projekt inżynierom – opowiadał Jobs – podali mi trzydzieści osiem rozmaitych powodów, dla których nie mogą tego zrobić. Ja na to: „Nie, nie, robimy to”. Oni zapytali: „A właściwie dlaczego?”. A ja odpowiedziałem: „Dlatego, że jestem dyrektorem generalnym i sądzę, że da się to zrobić”. No i wprawdzie niechętnie, ale to zrealizowali”.

[Leander Kahney, „Jony Ive”, s. 175]

Segall zaproponował pięć potencjalnych nazw, z czego cztery dla zmyłki – jako tło dla tej, która go naprawdę zauroczyła, czyli iMac. „Odnosiła się do Maca, a „i” oznaczało internet – mówi. – Ale mogło również znaczyć „osobisty” [ang. individual], „pełen wyobraźni” [ang. imaginative] i wiele innych rzeczy, które iMac zaczął z czasem reprezentować”.

Jobs odrzucił wszystkie pięć nazw, ale Segall nie zamierzał się poddawać w kwestii iMaca. Kiedy wrócił z trzema czy czterema nowymi pomysłami, jeszcze raz spróbował przekonać go do swojej ulubionej nazwy. Tym razem Jobs odpowiedział: „W tym tygodniu już nie uważam, że jest zupełnie do bani, ale wciąż mi się nie podoba”.

Segall nie usłyszał już nic więcej na temat nazwy od samego Jobsa, ale znajomi donieśli mu, że szef Apple kazał nanieść słowo „iMac” na prototypy za pomocą sitodruku, żeby mógł zobaczyć, jak będzie się na nich prezentowało.

„Najpierw dwukrotnie odrzucił tę nazwę, a potem pojawiła się na komputerach” – wspomina Segall. Według niego Jobs zmienił zdanie tylko dlatego, że małe „i” ładnie wyglądało na gotowym produkcie.

[Leander Kahney, „Jony Ive”, s. 177-178]

„Steve powiedział po prostu: „Nie uważasz, że masz obowiązek, zarówno wobec siebie, jak i wobec mnie, żeby zrobić to lepiej?”. Odpowiedziałem, że ma rację, po czym zabraliśmy się z powrotem do pracy, zrobiliśmy to jeszcze raz i wyszło lepiej. Jak zawsze”.

[Leander Kahney, „Jony Ive”, s. 197]