Tag: przypowieść

Wigilia jest dzisiaj

Od trzech lat Scott Smith motywuje tysiące ludzi do ruszenia się z kanapy przed telewizorem i zadbania o własne zdrowie i sprawność fizyczną. Wysłuchałem większości jego podcastów. W 2006 roku Scott przeżył wielką stratę: na raka zmarła jego żona Sheryl.

Przez szereg miesięcy 2006 roku Scott i Sheryl wspólnie walczyli z chorobą, jednak nowotwór był bezlitosny i kolejne bitwy tej kampanii kończyły się porażkami. Największym marzeniem Sheryl stało się spędzenie w gronie rodzinnym jeszcze jednych, zapewne ostatnich, Świąt Bożego Narodzenia. Tymczasem na początku listopada lekarze nie dawali już Sheryl żadnych szans na dożycie do 24 grudnia. Scott postanowił działać. Omówił z dwojgiem swoich dorosłych dzieci plan i zaczęły się przyspieszone przygotowania. W domu pojawiła się pięknie przystrojona choinka, a pod nią mnóstwo prezentów. Któregoś dnia na przełomie listopada i grudnia cała rodzina zgromadziła się i zasiadła do wieczerzy wigilijnej. Wyobrażam sobie, jak wzruszający był to moment – chwila spełnienia ostatniego marzenia ukochanej osoby. Zgodnie z lekarską prognozą Sheryl zmarła kilka dni później.

Pamiętaj: możesz nawet zmienić tempo, w jakim płynie czas, jeśli tylko twoje intencje są czyste i czujesz, że taka jest potrzeba chwili.

Szukaj z głową!

Pusty parking przy hipermarkecie tonął w wieczornych ciemnościach. Tylko gdzieniegdzie mrok rozświetlały ozdobne, równomiernie rozmieszczone latarnie. Już miałem wsiąść do swojego samochodu, kiedy pod jedną z tych latarni zauważyłem kręcącego się na czworakach mężczyznę. Podszedłem bliżej.

– Co pan robi? – spytałem zaciekawiony.

– Szukam kluczyków od samochodu – nawet nie spojrzawszy na mnie, odpowiedział mężczyzna.

Rozejrzałem się i kilkanaście metrów dalej dostrzegłem przyczajony w ciemności pojazd.

– I tutaj zgubił pan te kluczyki? – zdziwiłem się na głos.

– Nie, przy samochodzie, ale tutaj jest jasno.

Pamiętaj: szukaj tam, gdzie masz szansę znaleźć, a nie tam, gdzie łatwiej jest szukać.

Raptularz Winnetou

Raptularzem nazywano w dawnej Polsce księgę do odręcznego notowania wydarzeń, spostrzeżeń i anegdot. Sprowokowany komentarzami jednego z moich czytelników, którego bardzo zainteresowała moja skromna osoba, postanowiłem zainaugurować nową kategorię wpisów i nazwać ją raptularzem. W jej ramach będę wspominał znaczące wydarzenia z mojego życia, które sprawiły, że stałem się tym, kim jestem, i nie patrzę z niechęcią na faceta, którego widzę każdego ranka w lustrze. Oto moja pierwsza opowieść:

Dawno temu wraz z moim bliskim kolegą Jackiem byliśmy zimą w Bukowinie Tatrzańskiej. Nasi rodzice często organizowali wówczas takie wspólne wyjazdy. Mieliśmy pewnie po dziesięć albo jedenaście lat i w dzień niestrudzenie śmigaliśmy na nartach. Wieczory jednak były długie, więc nasza inwencja miała znakomite pole do popisu.

Pewnego razu Jacek zaproponował zapasy na śniegu. Ubraliśmy się, wyszliśmy za chałupę, w której mieszkaliśmy, wyznaczyliśmy granice pola walki i określiliśmy jej reguły. Potem zwarliśmy się w pojedynku mocarzy i przez pierwsze minuty walczyliśmy jak równy z równym. Niestety w miarę upływu czasu szło mi coraz gorzej i kilka chwil później leżałem na śniegu przygnieciony ciężarem Jackowego ciała. Ale nie chciałem się poddać, za żadne skarby nie chciałem uznać swojej przegranej. I wtedy… chwyciłem Jacka za włosy, mocno pociągnąłem do tyłu i w ten sposób uwolniłem się od przytłaczającego mnie ciężaru. Droga do wygranej stanęła otworem, ale nagle obydwaj przestaliśmy walczyć. Obydwaj – a szczególnie ja – wiedzieliśmy, że stało się coś strasznego, że dalszy pojedynek nie ma sensu. Wróciliśmy do domu i tego wieczora nie odezwaliśmy się już do siebie ani słowem.

Była to moja godzina prawdy. Zawsze chciałem być Indianinem. Tak jak Winnetou postępować zgodnie z zasadami i stawiać honor ponad wszystko. A tymczasem w ten mroźny, zimowy wieczór nie potrafiłem uznać swojej porażki i jak zwykły tchórz użyłem nieczystego zagrania. Tego dnia zrozumiałem, czego nie wolno, a co należy robić, żeby stać się prawdziwym Indianinem.

Nigdy więcej nie pociągnąłem już swojego przeciwnika za włosy.

Nie przepłacaj za gwizdek!

Beniamin Franklin opowiedział kiedyś następującą historię:

Gdy byłem siedmioletnim młodzieńcem, w świąteczny dzień wybrałem się – z kieszeniami wypełnionymi drobnymi – do pobliskiego sklepu z zabawkami. Tam, zauroczony dźwiękiem, jaki wydawał swoim gwizdkiem mijany po drodze chłopiec, za wszystkie posiadane pieniądze kupiłem ochoczo taki sam „przyrząd do robienia hałasu”.

Po powrocie do domu dumnie paradowałem, gwiżdżąc na okrągło i denerwując wszystkich członków rodziny. Moi bracia, siostry i kuzyni, rozumiejąc, jaki zrobiłem interes, wytłumaczyli mi, że czterokrotnie przepłaciłem za gwizdek i mogłem za te pieniądze kupić wiele innych, fajnych rzeczy. Tak wyśmiewali moją głupotę, że ze złości strasznie się popłakałem i wspomnienie tego zdarzenia zawsze już miało dla mnie gorzki, a nie, jak marzyłem, słodki smak.

Konsekwencje tej przygody okazały się jednak bardzo pożyteczne. Za każdym razem, gdy kusiło mnie później, żeby kupić jakąś niepotrzebną rzecz, mówiłem sobie: „Nie przepłacaj za gwizdek!” i pieniądze zostawały w mojej kieszeni.