Tag: polityka

Badylarze

Mieszkam w okolicy, w której właściciele domów jednorodzinnych zasadzili wiele pięknych, oszałamiających o tej porze swoim zapachem, bzów. Każdego roku obserwuję, jak te bzy są atakowane przez chmary szkodników, zwanych potocznie badylarzami (łac. bezus badylarus).

Przed chwilą ubrany w elegancki garnitur samiec-badylarz rozejrzał się czujnie dookoła, chyłkiem podbiegł do płotu, zza którego wciąż przewiesza się bez, i nieco niezdarnie urwał pokaźną gałąź. Pewnie zaniesie ją do swojego gniazda, a jego żona, zauroczona zaradnością męża i oszołomiona pięknym zapachem badyla, nabierze ochoty na igraszki prokreacyjne. Dzięki temu zwiększą się szanse przetrwania ich gatunku.

A teraz widzę samicę. Jest z młodymi. Nawet się nie skrada. Z podniesioną dumnie głową demonstruje swoim dzieciom, jak sprawnie łamać, ozdobione kolorami wiosny, gałęzie, zostawiając jedynie brązowe, pozbawione liści kikuty. Dzieci się cieszą i wąchają zdobycz, zanim zwiędnie i wyląduje na śmietniku. Jak dorosną, też zostaną badylarzami. Tradycja i dziedzictwo gatunkowe zobowiązują.

Dobrze, że w Polsce posesje są ogrodzone wysokimi płotami. Gdyby nie to, wszystkie bzy zostałyby wyrwane z korzeniami…

A czy ty… czy jesteś badylarzem?

Emerytura Pawlaka

Waldemar Pawlak wpadł w zeszłym tygodniu do saloniku, w którym zgodnie zasiadało emerytalne towarzystwo wzajemnej adoracji, i – za przeproszeniem – puścił bąka. Zaproponował bowiem ultraliberalny, minimalistyczny system ubezpieczeń emerytalnych polegający na tym, że każdy zatrudniony, niezależnie od zarobków, płaciłby składkę 120 złotych miesięcznie, a po przejściu na emeryturę otrzymywałby 1200 złotych miesięcznie (kwotę wystarczającą do godnego przeżycia), także niezależnie od dawnych zarobków. Dodatkowo, na własną rękę mógłby gromadzić oszczędności w bankach i funduszach, jednak państwo nie miałoby nic do tego. Podobno tego typu mechanizm z powodzeniem działa w Kanadzie i Szwecji.

Zastanówmy się najpierw, czy od strony matematycznej zaproponowany przez Waldemara Pawlaka system miałby szansę działać. Przyjmijmy, że:

  • młody człowiek po studiach zaczyna pracę nie później niż w wieku 25 lat;
  • prawo do emerytury nabywa się po osiągnięciu 65 roku życia;
  • średnia długość życia wynosi 75 lat;
  • zbierane pieniądze są inwestowane i osiągają roczną stopę zwrotu 5% ponad inflację.

Zatem przyszły emeryt, wpłacając przez 40 lat po 120 złotych miesięcznie (1440 złotych rocznie), powinien zgromadzić tyle środków, żeby potem przez średnio 10 lat otrzymywać po 1200 złotych miesięcznie (czyli 14400 złotych rocznie). Oto stosowne wyliczenie (dla uproszczenia zakładam kapitalizację odsetek na koniec roku i zaokrąglam wyniki do pełnych złotych):

  • 26 rok życia – na koncie 1440 zł (wpłacone w pierwszym roku);
  • 27 rok życia – na koncie 1440*1.05 zł (wpłacone w pierwszym roku z odsetkami) + 1440 zł (wpłacone w drugim roku) = 1512 + 1440 = 2952 zł;
  • 28 rok życia – na koncie 2952*1.05 zł + 1440 zł = 3100 + 1440 = 4540 zł;
  • 29 rok życia – na koncie 4540*1.05 zł + 1440 zł = 4767 + 1440 = 6207 zł;
  • 30 rok życia – na koncie 6207*1.05 zł + 1440 zł = 6517 + 1440 = 7957 zł;
  • 35 rok życia – na koncie 18113 zł;
  • 40 rok życia – na koncie 31074 zł;
  • 45 rok życia – na koncie 47617 zł;
  • 50 rok życia – na koncie 68730 zł;
  • 55 rok życia – na koncie 95675 zł;
  • 60 rok życia – na koncie 130066 zł;
  • 65 rok życia – na koncie 173956 zł;
  • 66 rok życia – na koncie (173956 – 14400) * 1,05 zł (pierwszy rok wypłaty, odsetki od reszty) = 159556 * 1,05 zł = 167534 zł;
  • 70 rok życia – na koncie 138471 zł;
  • 75 rok życia – na koncie 93181 zł;
  • 80 rok życia – na koncie 35378 zł;
  • 82 rok życia – na koncie 8008 zł.

Jak widać, przy założonych parametrach i bardzo konserwatywnym podejściu do naliczania odsetek, system się domyka. Można sprawdzić, że dzieje się tak nawet przy rocznej stopie zwrotu 4% ponad inflację. A przecież system będą zasilać także ci, którzy zaczną pracować przed 25 rokiem życia!

No ale emerytalne towarzystwo wzajemnej adoracji wie lepiej. Oto kilka cytatów z pierwszej strony piątkowej (2010-04-23) Gazety Wyborczej okraszonych moimi komentarzami:

– To nieodpowiedzialne słowa, głupota – mówi Jeremi Mordasewicz, członek rady nadzorczej ZUS. – Nikt nie robi referendów w sprawie wysokości podatków, składek, opłat. Każdy powie, że mają być jak najmniejsze.

Punkt siedzenia wyznacza punkt widzenia pana członka rady nadzorczej ZUS. Jednak z tym referendum nie mogę mu odmówić racji. Nie warto tracić pieniędzy. Należy bez zbędnych pytań, odważnie wprowadzić nowy system.

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek z PKPP Lewiatan, członkini Rady Gospodarczej przy premierze, uważa, że system kanadyjski nie ma u nas szans. Bo rodacy nie umieją inwestować i nie mają nawyku odkładania pieniędzy na przyszłość.

Bo to, proszę pani, w ogóle jest głupie i przypadkowe społeczeństwo w tej Polsce…

Wiktor Wojciechowski, ekonomista fundacji FOR, mówi, że gdyby obniżono składkę emerytalną do 100 zł miesięcznie dla mężczyzny zarabiającego średnią krajową, to po 40 latach pracy zgromadzone składki wystarczyłyby na wypłatę 265 zł brutto emerytury! To ponad 400 zł mniej, niż wynosi obecnie gwarantowana ustawowo emerytura minimalna (706 zł).

Ja na miejscu ekonomisty fundacji FOR powiedziałbym mocniej: „Te marne 120 złotych od łebka przecież nie wystarczą na utrzymanie ZUS-u, a co dopiero na wypłatę emerytur!”. A może właśnie Pawlakowi chodzi o to, żeby już nie utrzymywać ZUS-u?

– Aby dostawać 1200 zł, mężczyzna musiałby pracować przez 60-70 lat. A kto będzie tyle pracował? – pyta Mordasewicz. – To wprowadzanie opinii publicznej w błąd, często politycy mówią o czymś, na czym się nie znają.

Okazuje się, że nie tylko politycy „mówią o czymś, na czym się nie znają”.

Podsumowując, zastanówcie się drodzy czytelnicy, co według was ma sens, a co nie. Ja w każdym razie nie liczę na żadne pieniądze z ZUS-u i każdemu radzę przyjęcie podobnego założenia. A jeśli coś kiedyś skapnie, to jeszcze lepiej, nieprawdaż?

Bezpieczeństwo kosztuje

Bezpieczeństwo kosztuje. Przede wszystkim w sensie materialnym. Słuszny postulat, żeby najważniejsze osoby w państwie nie podróżowały razem jednym samolotem, przekłada się bezpośrednio na brzęczące złotówki, które każdy podatnik musi wysupłać z kieszeni. A stąd już niedaleka droga do populistycznych haseł, które ma w zanadrzu każda opozycja, że władza wozi swoje tyłki w luksusowych, przestronnych kabinach samolotów, kiedy my musimy tłoczyć się w przepełnionych autobusach. I tak mija rok za rokiem i budzimy się z ręką w nocniku, gdy coś spadnie albo wydarzy się inne nieszczęście.

I nie ma co gadać po próżnicy o procedurach, o tym, że Prezydent nie może z Premierem, a generał z generałem, kiedy zawsze znajdą się tacy, którzy skrupulatnie rozliczą użycie o jednego samolotu za dużo.

Po wypadku polskiego prezydenckiego samolotu w amerykańskiej prasie pojawiły się pełne niedowierzania komentarze dotyczące braku lub nieprzestrzegania procedur dotyczących wspólnych podróży wysokich urzędników państwowych. Tyle że w Stanach Zjednoczonych:

  • Prezydent ma do dyspozycji dwa samoloty Boeing VC-25 (zmodyfikowana wersja Jumbo Jeta Boeing 747-200B), z których każdy kosztował 325 milionów dolarów i których roczne utrzymanie pożera podobną sumę. Zakupy produktów żywnościowych na potrzeby Air Force One odbywają się incognito, w losowo wybranych sklepach, żeby zmniejszyć ryzyko zatrucia („How Air Force One Works” / How Stuff Works). Przed samolotem prezydenckim do celu podróży dociera inny samolot: towarowy C141 Starlifter, którego zadaniem jest dostarczenie na miejsce opancerzonych samochodów wchodzących w skład kolumny prezydenckiej.
  • Wiceprezydent ma do dyspozycji jeden z czterech Boeingów C-32A (zmodyfikowana wersja Boeinga 757-200), z których każdy kosztował 65 milionów dolarów.

Oprócz kosztów materialnych, bezpieczeństwo wymaga także wysiłku, dyscypliny i czasu. To nie przypadek, że mimo wyposażenia każdego samochodu w pasy, wciąż wiele osób ginie w wypadkach lub odnosi ciężkie obrażenia z powodu ich niezapięcia. To nie przypadek, że zdarza się tak wiele wypadków z powodu rozwinięcia nadmiernej prędkości. Brak czasu skłania kierowców do podejmowania nieuzasadnionego ryzyka.

Reasumując, uważam, że wypadek pod Smoleńskiem powinien z jednej strony być impulsem do odpowiedniego ponadpartyjnego zadbania o bezpieczeństwo osób, które sami wybraliśmy na najwyższe urzędy w państwie, a z drugiej strony skłonić każdego z nas do refleksji, czy ryzyko, które podejmujemy na co dzień, jest naprawdę uzasadnione, czy przybycie do celu podróży kilkanaście minut wcześniej jest ważniejsze od naszego życia i zdrowia.

Śmierć zinterpretowana

Telewizja pokazała, a uczeni podchwycili,
Że jednemu psu gdzieś w Azji można przyszyć łeb od świni.

Tak kiedyś proroczo śpiewał Jacek Kleyff, ale nie o psie z głową świni traktuje ten wpis.

Trzy dni temu telewizja opowiedziała mi tragiczną historię człowieka, który był leczony w szpitalu i został z tego szpitala wypisany. Następnie stanął przed komisją lekarską KRUS-u lub ZUS-u i komisja ta orzekła, że jest zdrowy i zdolny do pracy. Niestety po dwóch tygodniach niewłaściwie zdiagnozowana choroba podjęła kontratak i doprowadziła do śmierci swojej ofiary. Wówczas to komisja lekarska wydała nowe orzeczenie i stwierdziła, że zmarły nie jest już zdolny do pracy. Trudno odmówić logiki takiemu postanowieniu.

W całej tej historii najbardziej kuriozalna wydała mi się wypowiedź przedstawicielki KRUS-u lub ZUS-u:

„Fakt zgonu uznaliśmy za pogorszenie stanu zdrowia.”

W gruncie rzeczy bardzo podoba mi się taka, jakby zaczerpnięta z montypythonowskiego skeczu o martwej papudze, interpretacja. Dzięki niej przestałem bać się śmierci – wszak będzie to tylko pogorszenie stanu mojego zdrowia. Niewykluczone nawet, że jest na to jakieś lekarstwo…