Tag: polityka

Wydarzyło się 10 kwietnia

10 kwietnia. Wiosna rozbrzmiewa radosnym śpiewem ptaków. Nic nie zapowiada, że dla tak wielu osób ten dzień będzie początkiem ostatniej ziemskiej drogi.

Najznamienitsi przedstawiciele elit wchodzą właśnie na pokład, żeby odbyć tę szczególną podróż. Niektórzy z pasażerów pojawili się przed czasem, inni nieco spóźnieni.

Kapitan wie, że nie wszystkie przygotowania do tego wyjątkowego rejsu przebiegły jak należy, ale presja zwierzchników wyklucza jakiekolwiek dyskusje. Wszelka niesubordynacja przekreśliłaby jego całą dotychczasową karierę.

Ostatnie sprawdzenie, czy wszyscy znaleźli się na pokładzie i w drogę. Obsługa zaczyna serwować napoje i poczęstunki. Wszyscy są dobrej myśli, nie zdają sobie sprawy, że już niebawem staną się bohaterami najsłynniejszej katastrofy w dziejach ludzkości – katastrofy, która będzie symbolem braku pokory i bezmyślnej brawury oraz świadectwem bezwzględności natury, która takich grzechów nie wybacza.

Pięć dni później, w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku niezatapialny RMS Titanic uderzy w górę lodową i po kilku godzinach zatonie wraz z większością pasażerów, dla których nie znalazło się miejsce w zbyt małej liczbie szalup ratunkowych.

Świat wokół nas ulega niesamowitym przemianom, ale nasza ludzka natura wciąż pozostaje niezmienna: zawsze jesteśmy gotowi udowodnić, że nauka idzie w las i że pycha nie pozwala nam zmądrzeć po szkodzie…

Czekolada lepsza od owoców!

Internet to prawdziwa kopalnia wiedzy!

Ostatnio dowiedziałem się, że pod wieloma względami czekolada nie tylko dorównuje, ale nawet przewyższa swoimi właściwościami zdrowotnymi takie legendarne superowoce jak borówka czy żurawina. Pracujący w pocie czoła naukowcy z Hershey Center for Health and Nutrition opublikowali niedawno te rewelacje w „Chemistry Central Journal”.

Postęp nauki w ostatnich latach jest tak niebywały, że okazuje się, iż do każdej zadanej tezy da się dobrać odpowiednią procedurę badawczą, która pozwoli otrzymać zamierzony efekt.

  • Globalne ocieplenie? Proszę bardzo!
  • Zbliżająca się epoka lodowcowa? Służę uprzejmie!
  • Energetyka atomowa to koniec kłopotów? Bez dwóch zdań!
  • Energetyka atomowa to samobójstwo? Z przyjemnością!
  • Jaja na twardo? A jakże!
  • Jaja na miękko? Nie inaczej!
  • Sieć szybkich pociągów? W mgnieniu oka!
  • Mniejsze składki + wydatki = większe emerytury? Już się robi!

Oczywiście nie mam podstaw merytorycznych, żeby wątpić w rzetelność naukową profesorsko-doktorskiego grona i bezczelnie doszukiwać się zbieżności pomiędzy nazwą szacownego instytutu i nazwą największego amerykańskiego koncernu produkującego czekoladę. To przecież tylko przypadkowa koincydencja… :-)

Mit dzietności, czyli wielkie oszustwo emerytalne

Czytanie prasy za pomocą czytnika Amazon Kindle sprzyja skupieniu i uważnej analizie tego, co napisał autor artykułu. Tekst jest wyświetlany na ekranie niewielkimi fragmentami i w związku z tym wzrok nie ma tendencji do rozbiegania się po kolumnach, tak jak w przypadku wydania papierowego.

W ostatnim numerze „Polityki” przeczytałem artykuł redaktora Jacka Żakowskiego o kondycji polskiego państwa („Najjaśniejsza Patologia”), z którego ogólną wymową się zgadzam, lecz który zawiera jedno stwierdzenie budzące mój żarliwy sprzeciw. Pisząc o Otwartych Funduszach Emerytalnych, publicysta stwierdził:

„Nikt nie pytał, czy zamiast wydawać gigantyczne pieniądze na OFE, nie lepiej by było przeznaczyć je na zwiększenie dzietności.”

Twierdzenie, że większa liczba dzieci uratuje system emerytalny, to jeden z największych i najbardziej szkodliwych mitów, jakie w życiu słyszałem.

Tym razem, wyjątkowo :-), nie ucieknę się do teorii spiskowych i nie będę zarzucał nikomu chęci przekręcania naszej kasy przez propagowanie tej błędnej terapii.

Pomysł zaludnienia planety tabunem dzieci, które będą na nas pracowały, gdy przejdziemy na emeryturę, powstał w głowach ludzi nie rozumiejących istoty przemian społecznych i gospodarczych dokonujących się na naszych oczach.

Tak jak redaktor Żakowski, pamiętam czasy, gdy zwiększenie produkcji odbywało się przez wybudowanie nowej hali fabrycznej i zatrudnienie tysiąca nowych pracowników. Gdy zwiększenie wydobycia węgla związane było ze ściągnięciem na Śląsk ludzi z całej Polski. Gdy w biurach i redakcjach znaczną część powierzchni zajmowały hale maszynistek (przepisujących przez kalkę teksty) lub hale wprowadzania danych do komputerów.

Jeszcze do niedawna postęp i rozwój odbywały się przede wszystkim poprzez zwiększanie zatrudnienia.

Ale to się skończyło!

W skali światowej można jeszcze znaleźć biedne regiony z tanią siłą roboczą i póki co koncerny wykorzystują te zasoby do niskonakładowego zwiększania produkcji w okresie przejściowym do pełnej automatyzacji. Ale nie minie jedno pokolenie, gdy ten model działania przestanie być zyskowny i przez to atrakcyjny. Wówczas znienacka okaże się, że do wyprodukowania odkurzacza, samochodu czy lampki stołowej nie potrzeba wcale tysięcy ludzi. Wystarczy kilkadziesiąt osób czuwających nad w pełni zautomatyzowanym procesem wytwórczym. Prawdopodobnie już niebawem po miastach zaczną krążyć bezpieczne autobusy i tramwaje bez kierownicy i siedzącego za nią kierowcy.

Głośne ostatnio zamknięcie Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu to nie przejaw spisku wrogiego Polsce kapitału. To znaczący sygnał, że nikt nie potrzebuje tak dużego terenu i tak wielu pracowników do produkcji kilkudziesięciu tysięcy samochodów rocznie.

Moja propozycja rozwiązania problemu emerytalnego jest zupełnie inna:

Tu nie chodzi o to, żeby więcej osób coś produkowało. Tu chodzi o to, żeby więcej zostało wytworzone na jednego emeryta potrzebującego na starość naszego wsparcia. Zatem nie chodzi o ilość dzieci, ale o ich jakość!

Apeluję więc:

Skończmy z „becikowym”!

Wprowadźmy „rozwojowe”!

Doceniajmy i premiujmy dzieci, które prą do przodu, zdobywają wiedzę i zakładają nowoczesne firmy. Premiujmy rodziców, którzy wierzą w swoje pociechy i starają się im pomóc wydobyć z szarości.

Czas skupić wysiłki Państwa Polskiego na nowoczesnej wydajności, a nie na radosnej prokreacji prowadzącej do powołania do życia tysięcy bezrobotnych.

Społeczeństwo psiej kupy

W ubiegłym roku, mniej więcej o tej samej porze opublikowałem wpis Kupa, kupa, kupa, w którym stwierdziłem, że przyczyną śmierdzącego problemu w postaci wszechobecnych psich kup jest brak kultury właścicieli czworonogów. Minęło prawie dwanaście miesięcy, wiele się w tym czasie wydarzyło i mam nową, jeszcze smutniejszą teorię na ten temat.

Jesteśmy społeczeństwem psiej kupy.

Społeczeństwem samolubnych osobników, którzy uciekają od odpowiedzialności i troski o wspólne dobro, a całą kreatywność skupiają na wymyślaniu wymówek i usprawiedliwień dla swoich zaniechań.

Jesteśmy społeczeństwem bez jaj – jaj do pozytywnego, systematycznego działania. Najlepiej wychodzi nam krytykowanie, że „oni” czegoś nie zrobili, natomiast o własnym braku aktywności dumnie milczymy, a nawet aktywnie bronimy naszego prawa do zostawiania kup na chodniku.

Ta abnegacka filozofia prowadzi do kompletnego rozkładu społecznej tkanki, która powinna na co dzień łączyć Polaków, do kompletnej dezorientacji moralnej i prawnej.

Przeczytałem niedawno w gazecie następującą wypowiedź przedstawicielki warszawskiej straży miejskiej:

Za niszczenie trawnika kierowcom grozi grzywna nawet do 1 tys. zł. Ale od czasu ostatnich opadów śniegu strażniczy tłumaczą się, że mają związane ręce. Dlaczego? Kodeks wykroczeń (art. 144) mówi, że strażnik może wlepić mandat tylko wtedy, jeśli udowodni, że trawnik jest rozjeżdżany. – Nie stwierdzi tego, jeśli trawnik przykryty jest warstwą śniegu. W takiej sytuacji jesteśmy bezradni – przekonuje Monika Niżniak.

I sprawa załatwiona. Typowy przykład kreatywnej wymówki popartej nawet paragrafem. A że trawnik będzie rozjeżdżony, to „ich” wina, a nie nasza.

Najbardziej martwi mnie powszechność tego zjawiska. Dziwimy się, gdy ktoś bierze za coś odpowiedzialność, normalne bowiem jest to, że za psie kupy, rozjeżdżone trawniki, dziury w jezdniach, ledwo dyszące lokomotywy i spadające samoloty odpowiedzialni są „oni” i niesprzyjające okoliczności przyrody.

Rok temu pytałem:

A może jest jednak jakaś nadzieja?

Teraz zaczynam poważnie wątpić…