Tag: polityka

Wyborcza dobra moneta

Może i jestem marzycielem,
Ale nie jedynym.
Wierzę, że kiedyś do nas dołączysz
I świat stanie się naszym wspólnym domem.

– John Lennon „Imagine”

Patrząc na zaciekłą walkę pomiędzy kandydatami do objęcia urzędu Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, pomyślałem:

A co by było, gdyby jeden z nich brał wszystko za dobrą monetę?

Gdyby na każdy atak odpowiadał salwą autentycznego dobra i wyciągał pomocną dłoń do zagubionego emocjonalnie oponenta? Nie po to, żeby wykazać swoją wyższość, ale żeby zatrzymać falę słownej przemocy i nienawiści. Żeby nie podnosić brudnej rękawicy rzucanej mu pod stopy.

Na przykład:

Dziennikarz i aktor bezmyślnie cytują głupi wpis zamieszczony w internecie przez osobę podszywającą się pod córkę kandydata.

Kandydat natychmiast oświadcza: „Uważam za wstrętne to, co zrobili. Miało to na celu przede wszystkim poniżenie mojej córki i pośrednio uderzenie we mnie.”

Szefowa sztabu kandydata dodaje, że był to „brutalny, ohydny i podły atak”.

Czy mają rację? Biorąc pod uwagę wzajemnie przypisywane sobie intencje, bez wątpienia tak.

A teraz trudny eksperyment myślowy: załóżmy, że kandydat wierzy w dobrą wolę dziennikarza i aktora. I tę wiarę praktykuje. Bez względu na to, czy jest to prawda, czy nie. Zamiast słów oburzenia mówi wówczas:

„Przykra sprawa. Dziennikarz i aktor strasznie się pomylili i rozumiem, jak źle się z tym czują. Czasami nieumyślnie wyrządzamy komuś krzywdę i sami potem cierpimy. Aby w przyszłości uniknąć takich niemiłych sytuacji, deklaruję pełną otwartość w potwierdzaniu autentyczności poszczególnych wpisów w internecie.”

Bo domagać się przeprosin nie warto. Człowiek przyzwoity zrobi to z własnej inicjatywy. A komu potrzebne są wymuszone, nieszczere słowa ubolewania?

Seppuku

Od wieków, zgodnie z samurajskim obyczajem, japońscy generałowie w obliczu nieuniknionej klęski popełniali rytualne samobójstwo – seppuku. Rozcięcie brzucha stawało się dowodem ich niewinności i potwierdzeniem szczerości ich zamiarów. Śmierć oczyszczała ich ze wszelkich zarzutów.

W dzisiejszych czasach przywódcy ratują swój honor, ustępując ze stanowiska po upokarzającej porażce – na przykład w wyborach parlamentarnych lub prezydenckich. Niedawno zrobili tak w Wielkiej Brytanii: Ed Miliband (Partia Pracy), Nick Clegg (Liberalni Demokraci) i Nigel Farage (Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa).

A u nas?

Pan Przewodniczący Leszek Miller (Sojusz Lewicy Demokratycznej) wyciągnął z kapelusza i wystawił w zawodach prezydenckich Panią Magdalenę Ogórek, a po katastrofalnym wyniku udaje, że to nie on, tylko jakiś komitet podjął tę decyzję. Pani Wiceprzewodnicząca Joanna Senyszyn broni swojego szefa przed gniewnymi pomrukami ostatnich zwolenników SLD, pytając, dlaczego nikt nie domaga się dymisji szefa PSL, który też wystawił niewybieralnego kandydata.

Drodzy Państwo!

Honor to jest coś, co się ma w środku i co nie wymaga „domagania się”.

Honoru nie poddaje się pod głosowanie podczas posiedzenia zarządu partii.

Myli się ten, kto sądzi, że jest to wpis polityczny.

Ten blog dotyczy BIZNESU BEZ STRESU, którego głównym filarem jest kodeks etyczny nakazujący prowadzić ludzi zgodnie z jasnymi zasadami. Dlaczego? Ponieważ to lider zaraża swoim postępowaniem wszystkich członków organizacji.

Jestem kimś, komu zależy!

Podczas wyborczego weekendu jedna z telewizji kilka razy wyświetliła film „Obława” („Takedown”) opowiadający o pościgu władz federalnych USA za najsłynniejszym cyberprzestępcą Kevinem Mitnickiem. Film jak film, ale jest w nim znakomita wymiana zdań, którą dedykuję wszystkim tym, którzy chcą coś w życiu osiągnąć. Także kandydatom w wyborach prezydenckich.

– Kim jesteś? – pyta Tsutomu Shimomura, haker współpracujący z FBI.

– Kimś, komu zależy! – odpowiada z groźbą w głosie Kevin Mitnick.

A czy tobie zależy?

Słowo się rzekło, kobyła u płotu

Kiedyś było tak (cytat z portalu Wikicytaty):

Pewnego razu szlachcic spod Łukowa, Jakub Zaleski, przyjechał konno (była to wówczas naturalna forma podróżowania) do Warszawy; chciał wyprosić u Jana III Sobieskiego starostwo po swym zmarłym bracie. Króla na zamku nie było, bawił na polowaniu. Zaleski, szukając w puszczy myśliwych, natknął się na dworzanina. Zapytany przez niego, co będzie, jeśli król nie przychyli się do prośby o urząd wójta, odparł: to niech w ogon moją kobyłę pocałuje.

Kiedy szlachcic znalazł się przed obliczem króla, rozpoznał w nim przypadkowego dworzanina. Władca jeszcze raz zapytał, co będzie, jeśli Zaleskiemu nie przyzna starostwa. Ten wtedy rzekł: Słowo się rzekło, kobyła u płotu.

Króla rozbawiła śmiała odpowiedź, udzielił zgody, a słowa te, obecnie uważane za przysłowie, dotrwały do dnia dzisiejszego.

W dzisiejszych czasach przypadkowe społeczeństwo ciągle narzeka, że prezydenci, senatorowie, posłowie i radni obiecują dorodne gruszki na wierzbie, a potem wykręcają się i nie dotrzymują danego słowa. A ja się pytam tych wszystkich narzekaczy:

Poszliście do swoich wybrańców z kobyłą i rozbawiliście ich śmiałą odpowiedzią?

Jeśli nie, to spadajcie na drzewo! ;-)