Tag: podróże

Śladami Pudziana

We wtorek, ku mojej uciesze, telewizja ABC nadała drugi odcinek „Tańca z Gwiazdami”. Dzięki temu mogłem przekonać się, że założyciel firmy Apple Steve Wozniak (o jego udziale w tym programie pisałem tu Ideał sięgnął parkietu) radzi sobie podobnie, jak w Polsce Mariusz Pudzianowski. Obydwaj zdecydowanie nie zostali stworzeni do tańca, ale publiczność lubi, kiedy człowiek z determinacją walczy z przeciwnościami losu. A Steve Wozniak ma dużo trudniej niż Pudzian, ponieważ jest starszy i prawie w ogóle niewysportowany. Przepraszam za paskudną jakość zdjęć, ale technicy w hotelu nie potrafią sobie poradzić z jakością dostarczanego do pokojów sygnału telewizyjnego.

  • Oto Steve Wozniak z partnerką tuż przed występem.

    Steve Wozniak 1
  • Podchodzi do partnerki, żeby zaprosić ją do tańca.

    Steve Wozniak 2
  • Oboje krążą po parkiecie w radosnych pląsach.

    Steve Wozniak 3
  • Efektowny pad końcowy: ideał rzeczywiście sięgnął parkietu.

    Steve Wozniak 4
  • Teraz czas na opinie sędziów.

    Steve Wozniak 5
  • I rozmowę za kulisami.

    Steve Wozniak 6
  • Oceny jurorów są niskie, ale odzwierciedlają poziom tańca Steve’a.

    Steve Wozniak 7
  • Steve Wozniak z partnerką był jedną z dwóch par nominowanych na podstawie ocen sędziów do wyeliminowania po pierwszym odcinku programu.

    Steve Wozniak 8

Tak jak w przypadku Pudziana, poziom tańca nie miał wpływu na decyzję widzów. Powodzenia Steve! Przed Tobą kolejny taniec! Pobić Mariusza nie dasz rady, ale widać, że się starasz.

Miasto grzechu

Jest takie miasto, w którego śródmieściu nie można zaparkować samochodu, żeby po powrocie nie zastać zatkniętej za wycieraczką lub uszczelką szyby ulotki przedstawiającej panią, która nie ma nic do ukrycia, i zachwalającej jakość usług tej pani i jej koleżanek. Z konsumpcją na miejscu lub na wynos.

W tym mieście zbudowano wiele budowli, które pasują do reszty jak pięść do nosa, na czele z pompatycznym Pałacem w samym centrum.

Na każdym narożniku można tu spożyć tłustego fast-fooda i popić go słodzonym, gazowanym, kolorowym płynem. A potem udać się do pobliskiego hotelu, żeby w kasynie pohazardować do woli.

Jak zapewne domyśliliście się, miastem, o którym piszę, nie jest Las Vegas, lecz Warszawa. A Las Vegas? No cóż, świat wszędzie kręci się wokół seksu i pieniędzy, więc jedyna różnica polega na skali.

W Las Vegas nie wtyka się ulotek za wycieraczki, tylko daje się je do ręki przechodniom na Stripie (czyli głównej ulicy miasta), bo odległości między parkującymi samochodami są zbyt duże, a i tak wszyscy wałęsają się po bulwarze, żeby zobaczyć tańczące fontanny przed Bellagio albo syreny Treasure Island.

W Las Vegas buduje się dużo i pompatycznie. Jest jednak nadzieja, że najnowsze projekty budowlane, mimo iż jeszcze większe, będą w lepszym guście. Wrażenie robi 350-metrowa wieża widokowa Stratosphere – najwyższy budynek na zachód od Missisipi.

Fast-foodów mnóstwo, ale jest też wiele restauracji oferujących bardziej wyszukaną kuchnię. A kasyn jeszcze więcej niż fast-foodów, tyle że wszystkie olbrzymie i podobne do siebie jak bracia bliźniacy.

Dlaczego więc Amerykanie nazywają Las Vegas miastem grzechu? Moim zdaniem chodzi o grzech nieumiarkowania w konsumpcji. Tego wszystkiego jest po prostu za dużo w jednym miejscu. No może za wyjątkiem toalet. Po raz pierwszy znalazłem się w okolicy, gdzie mimo przewalających się wielotysięcznych tłumów, ciągle coś jedzących i pijących, nie ma żadnego problemu ze skorzystaniem z czystej toalety. Dzięki temu ludzie nie sikają po klatkach schodowych i wszystko przyjemnie pachnie.

Nie odwiedzajcie Las Vegas, bo grzech zacznie wam się kojarzyć z ładnym zapachem.

Pewna inwestycja

Utrata zaufania do instytucji finansowych, jaka trapi ostatnio posiadaczy oszczędności, powoduje, że testowane są alternatywne metody pomnażania majątku. Postanowiłem przyłączyć się do tego nurtu i…

  • Zainwestowałem swoje pieniądze w budzącej zaufanie instytucji.

    Kasyno 1
  • Wystarczyło włożyć banknot do atrakcyjnie wyglądającego wpłatomatu i naciskać guzik pomnażający oszczędności. Wiele osób wokół robiło to samo, więc nie śmiałem wątpić w reputację firmy przyjmującej wpłaty.

    Kasyno 2
  • Mój kapitał zaczął rosnąć.

    Kasyno 3
  • I rosnąć.

    Kasyno 4
  • I rosnąć.

    Kasyno 5
  • Aż znikł (niestety potwierdzenia tego faktu nie sposób wydrukować).

Zupełnie, jak w prawdziwym banku albo w Warszawskiej Grupie Inwestycyjnej czy u pana Madoffa. Ich troską jest to, żeby klienci wpłacali swoje środki właśnie im, a nie komuś innemu. Cała reszta to czysty hazard. Wniosek stąd taki, że aby ryzykownie rozporządzić swoimi oszczędnościami, nie trzeba wcale jeździć do Las Vegas. W każdym kraju są uczynni ludzie, którzy pomogą nam to zrobić w dogodnym miejscu i czasie.

Po dawce sarkazmu czas na rzecz istotną. Wczoraj zrealizowałem jedno ze swoich największych marzeń: obejrzałem z bliska Wielki Kanion i Zaporę Hoovera. Nigdy nie zapomnę szesnastego marca 2009 roku.

  • Kanion

Żyć i umrzeć w Las Vegas

Moje pierwsze popołudnie w Las Vegas spędziłem, zapoznając się z bezkresnymi przestrzeniami kompleksu hotelowo-gastronomiczno-jarmarczno-kasynowego MGM Grand. Na szczęście nie wszedłem na drogę grzechu, ponieważ wciąż w pamięci mam nazwę znakomitej linii lotniczej Virgin America, która mnie tu dowiozła.

Swoje zwiedzanie połączyłem z poszukiwaniem okularów przeciwsłonecznych, które pasowałyby do planowanej na jutro wycieczki. W jednym z ekskluzywnych sklepów powitał mnie wytworny, bardzo afroamerykański ekspedient, który na wstępie stwierdził:

Powinien Pan sobie sprawić okulary.

Przecież mam już jedne – odparłem pokazując palcem na swój nos.

Nie szkodzi – drążył dalej sprzedawca. – Przecież mogą się Panu zepsuć i druga, modna para będzie wtedy, jak znalazł.

Ponieważ na mojej twarzy nie zarysował się nawet cień zainteresowania, sprzedawca sięgnął po argument z gatunku ostatecznych:

Powinien Pan sobie sprawić nowe okulary, ponieważ dzisiaj jest TEN dzień.

TEN dzień? A co jest w nim takiego specjalnego? – spytałem, oczekując informacji o jakiejś niesamowitej promocji.

Bo dane jest nam się nim cieszyć, a jutro może przecież nigdy nie nastąpić – odpowiedział, patrząc mi poważnie w oczy.

I kupiłem odpowiednie okulary przeciwsłoneczne. Tyle, że nie w jego sklepie. Po co przepłacać, skoro i tak nie widać różnicy. Nawet w TYM dniu.