Tag: motywacja

Musisz zasłużyć

W komentarzu, który zamieściłem pod blogowym wpisem „96% kobiet uważa się za nieatrakcyjne” (jaaleksandrak.blox.pl) napisałem:

Musisz zasłużyć na to, żebym cię nie lubił!

Kierowanie się tą zasadą pomaga mi podchodzić z życzliwością do każdego napotkanego człowieka.

Zdarzają się tacy, którzy nie doceniają otrzymanego ode mnie kredytu zaufania i dokładają wszelkich starań, żebym ich znielubił, ale na szczęście stanowią niewielki margines ludzi, których poznaję w swojej podróży przez czas i przestrzeń.

Natomiast znakomita większość niezwłocznie spłaca ten kredyt wzajemnością, ciepłem i szczerą życzliwością.

Proponuję ci zatem przyjęcie zasady, że ludzie muszą zasłużyć na to, żebyś ich nie lubił.

Jeśli tego nie zrobią, narażają się na znoszenie twoich uśmiechów, miłych słów i troski o ich sprawy.

A propos, lubię cię!

Ile na tym zarobię?

Jeśli pytasz, ile zarobisz na tym, co robisz, to znaczy, że działasz w niewłaściwej branży!

Wyjątek od tej reguły stanowią ludzie, których prawdziwą pasją są finanse i pomnażanie pieniędzy, których rajcują rozważania o EBITDAch, ROIach i innych wskaźnikach finansowych, dla których cała teraźniejszość to zdyskontowana przyszłość i nic więcej. Ale jest ich znacznie mniej niż mogłoby się wydawać. Nawet wśród bankowców spotkasz wielu sfrustrowanych, zestresowanych urzędników, którzy nie chcą, ale wydaje im się, że muszą, ponieważ przyciągnął ich powierzchowny blask świata wielkiej finansjery. A teraz wciskają klientom niepotrzebne karty kredytowe i nakłaniają ich do brania kredytów, których klienci ci nie będą w stanie spłacić.

Większość osób w głębi serca interesuje się innymi sprawami, a myślenie o finansach stało się dla nich koniecznością, ponieważ w życiu zajęli się tym, co ich otoczenie i rodzice uznali za rozsądne. Porzucili swoje pasje, żeby zarabiać pieniądze. I to był ich błąd.

Przypomnij sobie czasy, kiedy byłeś przedszkolakiem. Pamiętasz, z jakim zapałem uganiałeś się za spadającymi liśćmi w parku, lepiłeś bałwana z czerwonym nosem zrobionym z marchewki, którą bezkompromisowo wyegzekwowałeś od mamy, lub rysowałeś projekt najlepszego na świecie bolidu formuły pierwszej? Czy pytałeś wtedy, ile na tym zarobisz?

Jeśli jest coś, o czym myślenie rozjaśnia twoje oblicze, wywołując niekontrolowany uśmiech, i jeśli to coś może przydać się innym ludziom, ułatwić im życie, sprawić radość lub w inny sposób pomóc, nie wahaj się – idź za swoim powołaniem!

Rób to, co uczyni cię szczęśliwym, a pieniądze… pieniądze w większości przypadków pojawią się same, jeśli tylko nie zlekceważysz wartości tego, co robisz. Musisz określić uczciwą cenę udostępniania owoców swojej pasji wszystkim potrzebującym. Pytanie „Ile na tym zarobię?” stanie się wówczas równie nieistotne, jak pytanie „Ile diabłów zmieści się na końcu szpilki?”

Co je moje, to je moje

Kazimierz Grześkowiak kiedyś śpiewał:

Bo nieważne, czyje co je,
Ważne to je, co je moje!

Była to pieśń o samolubstwie i braku poczucia wspólnoty, o patrzeniu tylko na czubek własnego nosa nawet wtedy, gdy przynosi to ewidentne szkody posiadaczowi tego nosa. Ale nie o tym chcę dziś napisać.

Często spotykam ludzi, którzy zapominają, „co jest ich”.

Zapominają, że dostali do osobistej dyspozycji pewną, niemałą liczbę minut do przeżycia (z czego jedną trzecią przyjdzie im przespać). I to od nich w największymi stopniu zależy, co z każdą z tych minut zrobią. Czy stracą je na bezmyślne gapienie się na pląsających po tanecznym parkiecie byłych bokserów? Albo na uprawę wirtualnych roślin i hodowanie wirtualnych zwierząt w swoim wirtualnym gospodarstwie? Czy może jednak zrobią coś pożytecznego dla siebie, dla rodziny, dla swojego miejsca na ziemi, a może nawet dla całej ziemi?

Zapominają, że wyznają pewien zestaw swoich własnych wartości, którymi powinni kierować się w działaniu. Że rezygnacja z tych zasad oznacza utratę tożsamości w imię kariery, której sztuczność będzie każdego dnia uwierała i bezczelnie łypała z lustra w łazience.

Zapominają, że powinni realizować swoje własne cele, bo to jest ich życie, a nie życie ich rodziców, dzieci czy partnerów. To przygnębiające obserwować rodziców, którzy realizują swoje marzenia o uprawianiu muzyki, zapędzając własne dzieci do wielogodzinnych ćwiczeń pod okiem wybitnego profesora specjalizującego się w technice wzruszania słuchaczy za pomocą struny G. Może najpierw sami by spróbowali? Każdą rzecz, którą warto robić, warto robić kiepsko tak długo, aż dojdzie się w niej do biegłości.

Zastanów się zatem, w ramach pracy domowej, czy to, co powinno być twoje, jest naprawdę twoje!

Powodzenia!

Moja motywatorka

W związku ze zmianą czasu na zimowy i jesiennymi szarugami zacząłem zastępować popołudniowe biegi po lesie ćwiczeniami na orbiterku (tu jest jego zdjęcie). Kiedy w środę przed Świętem Niepodległości schodziłem zziajany z tej piekielnej maszyny, Pani TesTeqowa niewinnie spytała:

– Będziesz jutro biegał?

– Nnnie wiem… Zacząłem już sezon halowy… – odpowiedziałem niepewnie.

– Ale ma być ładna pogoda! – nie dawała za wygraną.

– Zastanowię się. – zakończyłem pojednawczo temat biegania.

W czwartek rano przy śniadaniu Pani TesTeqowa zaatakowała ponownie:

– Zobacz, jak ładnie świeci słońce! I jest coraz cieplej!

– To co? Mam biegać? – spytałem zaczepnie.

– Przyzwyczaiłeś mnie do tego, że korzystasz z każdego skrawka błękitnego nieba. Jak chcesz, to pójdę na spacer i zrobię ci zdjęcia.

Cóż, nie jestem w stanie oprzeć się takiej zachęcie, więc uczciłem Święto Niepodległości 8-kilometrową przebieżką. Było wspaniale.

A wczoraj znów biegałem! Temperatura sięgnęła 15 stopni, co na połowę listopada jest zjawiskiem niezwykłym i godnym wykorzystania. I znów pomogła mi w tym krótka wymiana zdań z moją motywatorką.

Bo najważniejsze jest to, że u mojego boku niezawodnie stoi Pani TesTeqowa, która bez cienia złośliwości prostuje mnie do pionu w chwilach zwątpienia.

Posiadanie w swoim otoczeniu osoby, która przywołuje nas do porządku, jest jednym z najlepszych sposobów pokonania gnuśności. Może to być żona lub mąż, dziewczyna lub chłopak, przyjaciółka lub przyjaciel, koleżanka lub kolega, znajoma lub znajomy, sąsiadka lub sąsiad i tak dalej, i tak dalej… Ważne, żeby taki motywator nie kierował się zazdrością lub innym paskudnym uczuciem, lecz chęcią pomocy.

Moje szczęście polega na tym, że nie muszę daleko szukać wsparcia. Ono samo pojawia się przy śniadaniu albo podczas wieczornej rozmowy. Mógłbym się nastroszyć, słysząc te mimochodem rzucane komentarze Pani TesTeqowej, ale ja wybieram bezgraniczną wdzięczność za mobilizującą pomoc, jaką przez całe życie otrzymuję!