Tag: marketing

Apple ma mojego pomysła

Kiedy w 2001 roku stałem się posiadaczem pierwszego odtwarzacza MP3 (Creative NOMAD Jukebox, znany w Europie pod nazwą Creative Digital Audio Player, wyposażony w dysk 6GB i okropne oprogramowanie), dostrzegłem potencjał tkwiący w cyfrowym nagrywaniu dźwięku, które pozwoliłoby rozwiązać bolączkę dręczącą mnie od dzieciństwa. Zawsze pasjonowałem się słuchaniem muzyki w radiu, lecz często przegapiałem zapowiedzi, kto właśnie śpiewa i jaki jest tytuł piosenki. Czasami w wiadomościach pojawiała się jakaś interesująca informacja, ale, niepochwycona, przelatywała obok uszu, niesiona na fali czasu. Wymyśliłem wtedy, że można byłoby skonstruować radio, które cały czas nagrywałoby to, czego słucham, i pozwalałoby na chwilę cofnąć się i odtworzyć to, co umknęło. Ideę tę zaimplementowano ostatnio w odbiornikach i przystawkach telewizyjnych, ale radiem nikt nie chciał się dotąd zająć.

I wreszcie wczoraj firma Apple przedstawiła nowe wersje swoich odtwarzaczy muzycznych iPod. Bestsellerowy iPod Nano został wyposażony w prymitywną kamerę wideo i… odbiornik radiowy FM. I tu moje marzenia wreszcie się spełniły. Wbudowane radio posiada funkcję zatrzymywania i cofania czasu. W łatwy sposób można odtworzyć to, co dana stacja nadawała w ciągu ostatnich 15 minut. I o to chodziło!

Ogólnie prezentacja Apple przyniosła pewien zawód. Nie sprawdziło się szereg pogłosek, takich jak zakończenie produkcji iPoda Classic (dostał większy dysk), nowy iPod Shuffle (wzbogacono ofertę o nowe słuchawki), aparat fotograficzny w iPodzie Touch (powiększono mu jedynie pamięć) oraz oczekiwane wprowadzenie twórczości The Beatles do katalogu iTunes (niektórzy nawet wierzyli, że – w zgrabny sposób – rozszerzenie pamięci iPoda Touch do 64GB, zostanie zaanonsowane piosenką „When I’m Sixty Four”). Nic z tego. Moim zdaniem największą atrakcją imprezy okazał się Steve Jobs. W całkiem niezłej formie. No i oczywiście mój pomysł. :-)

Przerażająca tajemnica telewizji

Zauważyłem, że stacje telewizyjne, zarówno publiczne, jak i komercyjne, postanowiły wreszcie skończyć z ukrywaniem przerażającej tajemnicy: tego, że zdają sobie doskonale sprawę z faktu, iż nadają bezwartościowy program. Jak do tego doszedłem? Drogą dedukcji, indukcji oraz obdukcji, czyli wnikliwą analizą tego, co widzę na ekranie.

Otóż tło ekranu stanowi bieżący program: film, serial, widowisko albo inne ruchome obrazki, których treść nie ma żadnego znaczenia. Zaś na pierwszym planie pojawia się istota przekazu:

  • logo stacji telewizyjnej;
  • pasek z informacjami o ciekawych tragediach, wypadkach i pyskówkach;
  • pasek z numerem, na który należy wysyłać SMSy;
  • pasek z treścią SMSów przysyłanych przez widzów (?);
  • zapowiedzi następnych programów, które będą stanowiły tło dla loga, pasków informacyjnych i zapowiedzi następnych programów, które będą stanowiły tło dla loga, pasków informacyjnych i zapowiedzi następnych programów, które… Przepraszam, chyba się zapętliłem.

To, co kiedyś było istotą telewizji, teraz jest tylko tłem dla zapowiedzi następnego tła. Czy to ma sens? Nie, ale kogo to obchodzi…

True Enough

Coś ostatnio mam fazę na anglojęzyczne lektury o tytułach zaczynających się na literę „T”. Po książce Toma Vanderbilta „Traffic” sięgnąłem po „True Enough. Learning to Live in a Post-Fact Society” Farhada Manjoo. Tytuł sugeruje, że autor zamierzał rozprawić się z problemem zmniejszania się znaczenia rzeczywistości w przekazie medialnym. Wiadomości powinny być ciekawe, wręcz dramatyczne i poruszające, zaś ich zgodność ze stanem faktycznym staje się coraz mniej istotna. Niestety nie mogę polecić tej książki, gdyż moim zdaniem Farhad Manjoo zatrzymał się na etapie analizy poszczególnych przypadków, nie próbując sformułować syntetycznych wniosków. Być może sama diagnoza jest już wystarczającą przestrogą, lecz w takim przypadku wystarczy przeczytać niniejszy akapit mojego wpisu.

A oto kilka cytatów, które wynotowałem z tej książki:

Gdy wiele otaczających nas osób podziela to samo przekonanie – niezależnie od tego, czy jest to ocena gotowości bojowej oddziału wojskowego, czy przyzwolenie na zjadanie krowich serc, czy też opinia o zasługach bojowych Johna Kerry – ta grupowa wiara staje się dla każdego z nas niepodważalnym faktem. „Dla mieszkańców Południowych Wysp ziemia może być płaska,” podsumowuje Lewin, „dla Europejczyka jest okrągła. ‚Rzeczywistość’… nie jest bezwzględna. Zależy od tego, do jakiej grupy należy dana osoba.”. (53)

Dr. Fox przemawiał przez godzinę, a następnie poprowadził półgodzinną sesję pytań i odpowiedzi. Przez cały ten czas nie powiedział nic istotnego, głównie żonglując żargonem luźno związanym z matematyką i teorią gier. „Był taki moment podczas dyskusji, gdy powiedział: ‚Podsumujmy teraz główne tezy mojego wystąpienia'” – wspomina Ware. „Oczywiście nie było tam głównych tez, w ogóle żadnych tez. W związku z tym opowiedział zebranym pewien dowcip o operze ‚Tosca’. Jeden ze słuchaczy podniósł rękę i stwierdził: ‚Pańskie wnioski pozbawione są jakichkolwiek podstaw. Czy może pan podać jakieś dowody naukowe?’ Pamiętam, jak Fox podszedł wówczas do okna, popatrzył przez nie i powiedział: ‚Oto Lake Tahoe. Piękna okolica. Moglibyśmy wgłębić się w szczegóły techniczne mojej pracy, mógłbym wam zaimponować listą moich publikacji, ale pozwólcie, że zapytam: ile artykułów z tej dziedziny sami opublikowaliście? Jakich odkryć dokonaliście?’ Tą wypowiedzią całkowicie wypłoszył pytającego i zniechęcił do dalszego drążenia tematu.”.
Po prezentacji Ware poprosił słuchaczy o wypełnienie ankiety dotyczącej wykładu, żeby sprawdzić, czy poznali się oni na mistyfikacji. Większość uczestników stwierdziła, że Dr. Fox „sprowokował ich do myślenia”, „przytoczył wystarczającą liczbę przykładów na poparcie swoich tez” i „zaprezentował materiał w przejrzysty sposób”. Pod ankietą pojawiły się też następujące komentarze: „Doskonała prezentacja, słuchałem z zainteresowaniem.”, „Serdeczny wykładowca, płynnie omawiający zagadnienia, których jest entuzjastą.”.
„Wyniki były niezwykłe – widownia składająca się z profesorów i studentów została nabrana za pomocą wykładu, w którym merytorycznie nie było nic” – wspomina Ware.
(114-115)

Ware śledził to zjawisko także poza środowiskiem akademickim. Pewnego razu wynajął Foxa do odegrania roli lekarza. Chciał przekonać się, czy pacjenci bardziej ufają miłemu, ciepłemu doktorowi, który stawia błędne diagnozy, czy zimnemu, kompetentnemu fachowcowi. Okazało się, że ludzie woleli przyjaznego konowała. (117)

Psycholodzy Daniel Goldstein i Gerd Gigerenzer wykazali, że heurystyka (uproszczone zasady, których używamy w procesie decyzyjnym) często daje bardzo dobre wyniki. Goldstein i Gigerenzer zadali tuzinowi niemieckich studentów pytanie: „Które miasto ma więcej ludności: San Diego czy San Antonio?”. Wszyscy odpowiedzieli prawidłowo: San Diego. Natomiast to samo pytanie zadane studentom amerykańskim dało tylko dwie trzecie dobrych odpowiedzi. Dlaczego Niemcy lepiej wypadli od Amerykanów w teście dotyczącym amerykańskich miast? Dlatego, że nigdy nie słyszeli o San Antonio, więc wnioskowali, że wobec tego San Diego musi być większe. (119)

…czasami więcej informacji na jakiś temat nie skłania nas do rewizji naszej opinii na podstawie nowych faktów. Co dziwne, pod ich wpływem możemy się nawet coraz bardziej zamykać w kokonie naszych od dawna wyznawanych poglądów. (151)

Stephen Colbert wierzył, że Ameryka dzieli się na dwa obozy wyznające filozofie, które na zawsze pozostaną w sprzeczności: tych, którzy „myślą za pomocą swojej głowy” i tych, którzy „wiedzą za pomocą swojego serca”. Colbert był dumnym przedstawicielem „wiedzących” i utrzymywał, że prawdziwość sprawy jest jej własnością, którą czujemy bez potrzeby odwoływania się do jakichkolwiek dowodów. (188-189)

Włochaty pasażer

W ramach eksperymentu, nie zważając na rady obsługi hotelowej, zachwalającej linie amerykańskie, do przelotu na trasie San Francisco – Las Vegas – San Francisco wybrałem linię Virgin America Richarda Bransona. Z ręką na sercu muszę stwierdzić, że to była świetna decyzja. Poziom obsługi jest więcej niż bardzo dobry, a wszystkie miejsca w samolocie wyposażono w usługi interaktywne, takie jak filmy, muzyka i gry na życzenie, bieżący podgląd położenia samolotu na mapie i informacje o podstawowych parametrach lotu (pułap, prędkość, temperatura na zewnątrz i odległość do celu) oraz gry i czat pomiędzy pasażerami samolotu. Przed startem w tajniki bezpieczeństwa wprowadza wszystkich film animowany, wsparty demonstracją praktyczną wykonywaną przez członka załogi. I nie ma to tak poważnego charakteru, jak w Lufthansie, bo w liniach Virgin wszystko jest rozrywką.

Podczas lotu powrotnego miejsce obok mnie zajmował… olbrzymi, czarny, włochaty, ale spokojny i bardzo przyjaźnie do wszystkich nastawiony pies. Oczywiście siedział na podłodze, a nie w fotelu. Kolejne miejsce zajmowała jego właścicielka. Personel pokładowy niejednej linii podszedłby z rezerwą do takiego pasażera, który, choć nie nosił kapelusza, wyglądał dość niezwykle. Tymczasem w samolocie Virgin America kudłatego gościa powitał przed startem sam kapitan statku powietrznego i, widząc, że pieskowi chce się pić, osobiście przyniósł mu głęboki talerz wypełniony chłodną wodą. Pasażer z wdzięczności zamerdał ogonem i począł chłeptać orzeźwiający napój. A podczas lotu przechodzący stewardzi z uwagą starali się omijać ogon i łapy psa pojawiające się niekiedy w przejściu pomiędzy fotelami.

Dobrze, że są na świecie firmy, które szanują każdego swojego klienta, niezależnie od rasy, gatunku i koloru sierści. To te firmy wygrają w końcowym rozrachunku. Bierzmy z nich przykład!

A, bym zapomniał. Napis przypominający, jaka jest dopuszczalna wielkość bagażu podręcznego w liniach Virgin America, brzmi mniej więcej tak: „Kochaj swój bagaż. Pozwól mu lecieć razem z bagażami tej samej wielkości. W kabinie pasażerskiej podróżują tylko bagaże o maksymalnych wymiarach 10 cali x 16 cali x 24 cale.”