Tag: komunikacja

Prawdziwy krytyk

Prawdziwy krytyk cnoty się nie boi!

Coś przekręciłem?

„Prawdziwa cnota krytyk się nie boi” brzmi to przysłowie?

Nie, nie pomyliłem się.

Ludzi można podzielić na dwie kategorie:

  1. Niewielką grupę tych, którzy są wystarczająco odważni, żeby z niczego tworzyć coś nowego, ryzykując, że popełnią jakieś błędy i że nawet gdy dopną swego, mogą zostać odsądzeni od czci i wiary.
  2. Olbrzymią armię krytyków, którzy całą swoją energię skupiają na ocenianiu, doradzaniu, wdeptywaniu w ziemię, zachęcaniu i zniechęcaniu osób należących do pierwszej kategorii.

Bycie krytykiem jest cudowne.

Istnieje tysiąc pięćset powodów, dla których każde przedsięwzięcie może skończyć się niepowodzeniem. Krytyk ma sposobność je w dowolnie dobierać i układać, wykazując przy tym niezwykłą elokwencję i inteligencję, której nikt nie potrafi dorównać. Szczególnie ci, którzy są zajęci swoją robotą.

Dla szukających sensacji mediów krytyk zawsze będzie prawdziwą atrakcją i źródłem wszelkiej mądrości, w przeciwieństwie do mrukliwego człowieka czynu, który zamiast gadać, skupia się na załatwianiu bieżących spraw i usuwaniu przeszkód, aby jego projekt szczęśliwie dotarł do mety.

Masz do wyboru:

  • zostawić swój ślad we wszechświecie lub
  • brylować, krytykując tych, których ślady nie spełniają twoich standardów estetycznych.

Jaka jest twoja decyzja?

i

Przechadzam się niekiedy po blogu Torlina [torlin.wordpress.com] i ostatnio bywająca tam ulotna_wiecznosc zaskoczyła mnie swoim oświadczeniem, że jest spójnikiem „i”.

Odpowiedziałem: Czasami, a właściwie bardzo często sobie żartuję, ale Twój komentarz głęboko mnie poruszył i zainspirował. Bycie spójnikiem łączącym ludzi z ludźmi, rzeczy z rzeczami, idee z ideami, pomysły z pomysłami… czyż to nie ideał szczęścia i spełnienia?

Tak to narodziły się zręby nowej, wspaniałej, łączącej ludzi i-deologii…

Ale, żeby nie bujać tylko w filozoficznych oparach, mam dla ciebie bardzo praktyczną radę związaną ze spójnikiem „i”.

Jestem pewien, że życie przekonało cię już do tego, iż otwarte przeciwstawianie się przełożonemu bywa bardzo niezdrowe. Tymczasem szef też jest człowiekiem i czasami może pozostawać w mniej lub bardziej mylnym błędzie. Co należy wówczas robić? Istnieją trzy wyjścia:

  1. Wojna religijna, czyli totalny atak mający na celu storpedowanie i zatopienie szefa razem z jego pomysłem. W tym przypadku nie używasz żadnych spójników. Wyciągasz zawleczkę, rzucasz granat, a następnie odbezpieczasz karabin i jedziesz serią od lewej do prawej. Ze wszystkimi takiego postępowania konsekwencjami.
  2. Opozycja, czyli użycie spójnika „ale”, żeby, wskazując błędy w rozumowaniu szefa, stworzyć poduszkę chroniącą twój tyłek, gdy planowane przedsięwzięcie zakończy się porażką. Wtedy będziesz mógł wyciągnąć ze skrzynki „wysłane” starą, zakurzoną korespondencję i z dumnie uniesioną głową powiedzieć: „A nie mówiłem?”. Oczywiście, jeżeli firma jeszcze istnieje, a ty w niej pracujesz.
  3. Koalicja, czyli użycie spójnika „i”, żeby pomóc szefowi unieszkodliwić nietrafiony pomysł i przekształcić go w coś bardziej rozsądnego. Dlaczego? Ponieważ jednym z głównych obowiązków podwładnego jest kreowanie wspólnego sukcesu firmy, szefa i swojego własnego.

Oto przykład: załóżmy, że prezes twojej firmy chce wyposażyć wszystkich pracowników w telefony BlackBerry, a ty, jako kierownik działu IT, uważasz, że to ślepa uliczka, ponieważ przyszłość należy do iPhone’a. Zgodnie z powyższą klasyfikacją masz trzy wyjścia:

  1. „Szefie, szef się chyba z koniem na łby pozamieniał! Gdybym był właścicielem tej budy, już dawno spławiłbym faceta, który ma takie debilne pomysły!”
  2. „Szefie, to ciekawy pomysł, ale nikt nie kupuje teraz telefonów BlackBerry. Są nienowoczesne, a firma je produkująca niedługo zbankrutuje!”
  3. „Szefie, to ciekawy pomysł i musimy wspólnie się zastanowić, jak sprawić, żeby zakup nowych telefonów przyniósł naszej firmie jak największe korzyści.”

Uprzedzając twoje zarzuty przyznaję, że druga i trzecia odpowiedź różnią się czymś więcej niż tylko doborem spójnika. Nie bez kozery. Spójnik „ale” narzuca konfrontacyjny charakter drugiej części zdania, natomiast „i” nadaje jej charakter kooperacyjny, pomagający wyjść obu stronom z twarzą z sytuacji i, być może, znaleźć nowe, korzystne rozwiązanie.

Oczywiście wszystko to nie ma znaczenia wtedy, gdy telefony dostarcza szwagier prezesa i na BlackBerry ma większe przebicie… Wierzę jednak, że nie dotyczy to twojego szefa. Jeśli jest inaczej, ewakuuj się czym prędzej z tego przeżartego demoralizacją miejsca!

Prawda

Ten wpis nie należy do praktycznych.

Nie zawiera też recepty na sukces we współczesnym świecie.

Jest jedynie dobry na sen – sen człowieka, który ma spokojne sumienie, ponieważ nie musi pamiętać, co komu nakłamał.

Moją odpowiedzią na pytanie, czy zawsze należy mówić prawdę, są 3 proste zasady:

  1. Zawsze mówię prawdę.
  2. Gdy nie mogę powiedzieć prawdy, nie mówię nic.
  3. Gdy nie mogę milczeć, mówię prawdę bez względu na konsekwencje.

Oczywiście powyższe zasady są nie do zastosowania w sytuacjach ekstremalnych, takich jak wojna, ale na szczęście nie musimy obecnie kłamać, żeby przeżyć kolejny dzień.

A ty? Jaki masz stosunek do mówienia prawdy?

Jakimi argumentami chciałbyś skłonić mnie do grzechu kłamstwa?

Wolność złego słowa

W imię wolności słowa w dniu Narodowego Święta Niepodległości we wszystkich serwisach telewizji publicznej pierwszą wiadomością była informacja o starciach między policją a uczestnikami Marszu Niepodległości organizowanego przez ugrupowania prawicowe. Uroczystości z udziałem Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej miały dla państwa dziennikarstwa niższą rangę. Wcześniej, już od wielu dni media podjudzały zarówno prawicowe, jak i lewicowe towarzystwo do widowiskowej konfrontacji, która zwiększy oglądalność, słuchalność i czytalność.

Bo przyzwoitość i dobre wychowanie są nudne. Za to bójki, rzucanie kamieniami, broń gładkolufowa, spalone samochody i krew są tym, czego pragnie każdy reporter (i reporterka w ramach równouprawnienia).

Chcieliście wolności słowa?

To macie!

Wolność złego słowa.

Witamy w szambie, w którym możemy pławić się do woli i radośnie ochlapywać sobie twarze.

Co mnie obchodzi, że morderca Brevik jest niezadowolony z warunków w luksusowym norweskim więzieniu? Dyrdymały o „troskach” tego człowieka nie powinny pojawiać się w przestrzeni publicznej!

I niech mi nikt nie zarzuca cenzorskich zapędów. Każdy może sobie gadać, co mu ślina na język przyniesie. Ja mam pretensję do dziennikarzy, którzy podobno należą do intelektualnej elity kraju – pretensję o to, że prowokują głupie zachowania i aktywnie lansują różne idiotyzmy.

Skończyłem.