Tag: edukacja

Róbta dzieci? Bzdura!

W marcu bieżącego roku na łamach BIZNESU BEZ STRESU opublikowałem manifest antyprokreacyjny Róbta dzieci? (radzę przeczytać) i wreszcie, po wielu miesiącach doczekałem się! W Gazecie Wyborczej z 20 grudnia znalazłem artykuł pod tytułem „Nie potrzeba nam więcej dzieci. Dla ich dobra” autorstwa dr Rafała Jarosa (dyrektora Instytutu Nauk Społeczno-Ekonomicznych, autora prognoz rynku pracy) i dr Piotra Krajewskiego (adiunkta w Instytucie Ekonomii Uniwersytetu Łódzkiego, byłego doradcy ministrów finansów). Cieszę się, że znaleźli się odważni, poważni naukowcy, którzy zdecydowali się obnażyć demograficzną manipulację, którą od lat karmią nas politycy i cynicy wszelkiej maści.

W artykule tym wymieniono następujące argumenty świadczące o nieracjonalności nawoływania do udziału „w patriotycznym dziele robienia dzieci”:

  • niższy przyrost naturalny to większa liczba osób w wieku produkcyjnym w stosunku do osób poniżej 18 roku życia – maleją więc, przypadające na jednego zatrudnionego, wydatki na osoby w wieku przedprodukcyjnym;
  • niższy przyrost naturalny to w przyszłości więcej kapitału, środków produkcji i zasobów na jednego pracownika, a więc większa wydajność;
  • niższy przyrost naturalny to większa „masa spadkowa” przypadająca na każde dziecko – więcej mieszkań, gospodarstw, samochodów dziedziczonych po bezdzietnych ciociach i wujkach;
  • niższy przyrost naturalny to większy dostęp do deficytowych dóbr, takich jak na przykład dobrze zlokalizowane mieszkania i działki budowlane.

Dlaczego zatem, mimo logicznych kontrargumentów, propaganda prokreacyjna jest coraz silniejsza?

Dlatego, że łatwiej jest namówić ludzi do radosnych igraszek pod pierzyną, niż zreformować chory z założenia system emerytalny polegający na natychmiastowym przejadaniu składek na bieżące potrzeby.

A co ty możesz z tym zrobić?

W sprawie systemu emerytalnego niewiele – jedynie zminimalizować comiesięczne wpłaty.

Ale w sprawie swojego ewentualnego potomka możesz zdecydować, czy będzie miał dobre wykształcenie i możliwość realizacji swoich planów, czy też gromadę rodzeństwa i sfrustrowanych rodziców usiłujących jakoś dociągnąć do pierwszego w przyciasnym mieszkaniu wynajmowanym w oddalonym od centrum blokowisku.

Nauczyciele

Znalazłem w swoim notatniku następującą, zasłyszaną gdzieś opinię o ludziach „robiących” oświatę:

  • Ci, którzy umieją coś zrobić, robią to.
  • Ci, którzy nie umieją, zostają nauczycielami.
  • Ci, którym nie wychodzi nauczanie, zostają metodykami i uczą nauczycieli, jak uczyć.
  • Alternatywnie, ci ostatni zaczynają uczyć WF-u, a potem zostają dyrektorami szkół.

Pachnie mi tu niemiłym uogólnieniem, ale w takim razie skąd bierze się dość powszechne narzekanie prezesów największych firm na stan oświaty oraz narzekanie nauczycieli na programy nauczania i szkolną administrację?

No skąd?

I proszę, żeby żadna ministra nie mydliła mi tu oczu ostatnimi wynikami naszych gimnazjalistów w międzynarodowym teście PISA, ponieważ ja nie potrzebuję w mojej firmie PISArzy, lecz ludzi potrafiących zespołowo rozwiązywać problemy i wspólnie realizować ambitne projekty.

Pierwsze 20 godzin

Z zainteresowaniem i pewną, nieco naiwną nadzieją przystąpiłem do lektury książki Josha Kaufmana „The First 20 Hours: How to Learn Anything… Fast!” („Pierwsze 20 godzin: Jak zdobyć dowolną umiejętność… pędzikiem!”). Skąd moje pozytywne nastawienie do tej książki? Josh Kaufman jest autorem znakomitego, bestsellerowego podręcznika „The Personal MBA: Master the Art of Business”, który zawiera praktycznie całą, niezbędną w codziennym życiu wiedzę o biznesie, sprzedawaną naiwnym studentom za grube pieniądze na „studiach MBA”.

W „Pierwszych 20 godzinach” autor stawia tezę, że wszystkiego można nauczyć się, podchodząc do sprawy metodycznie i poświęcając na ten cel sumarycznie 20 godzin skupionego wysiłku. W zamierzeniu jego książka ma stanowić antidotum na, spopularyzowany przez Malcolma Gladwella w „Outliers”, pogląd, iż do osiągnięcia mistrzostwa w dowolnej dziedzinie potrzeba 10 tysięcy godzin praktyki. „Do mistrzostwa, być może, tak” – twierdzi Kaufman. – „Ale do przebrnięcia przez początkowe trudności i znalezienia pierwszej satysfakcji wystarczy 20 godzin”.

Posłowie „Pierwszych 20 godzin” zaczyna się tak:

W ciągu jednego roku opanowałem 6 złożonych umiejętności.
Nie jestem geniuszem ani wybrykiem natury. Nie dysponuję specjalnymi talentami. Nie zrezygnowałem z mojej pracy zawodowej. Nie rzuciłem wszystkiego i nie przeniosłem się na drugi koniec świata. Nie odstawiłem na bok mojej rodziny.
Po prostu przeznaczyłem mniej więcej jedną godzinę dziennie na inteligentnie zorganizowane samokształcenie. Umiejętności, które na początku były dla mnie kompletną magią, dawały się ogarnąć po kilku dniach, a często nawet po kilku godzinach. Wszystko polegało na pogrzebaniu w źródłach wiedzy, a następnie poświęceniu 20 godzin na konsekwentne, skupione i staranne ćwiczenia.

I to niestety jest kłamstwo! Nie tylko w konfrontacji z rzeczywistością, ale i w kontekście opisanych w książce sukcesów edukacyjnych autora!

Oto, czego nauczył się Josh Kaufman:

  1. Joga – Josh kupił sobie matę, przez kilka godzin trenował pod okiem znakomitego instruktora i opanował zestaw ćwiczeń, który obecnie może samodzielnie powtarzać w domu. Trudno to uznać za wielki sukces edukacyjny.
  2. Programowanie – Josh samodzielnie oprogramował swoją witrynę internetową, składając w rozsądnie działającą całość dostępne w sieci biblioteki i przykładowe fragmenty kodu. Niewątpliwie, jak na 20 godzin, to duże osiągnięcie, ale… już 10 lat wcześniej, w szkole średniej pisał programy w C++, a także doskonale znał HTML i CSS, jeśli ci to coś mówi.
  3. Pisanie bezwzrokowe – tę umiejętność Josh też już posiadał, zanim postanowił zmienić układ klawiatury ze standardowego QWERTY na ergonomiczniejszy. To był chyba najciekawszy eksperyment, który pokazał, że stosunkowo szybko można oduczyć się starych nawyków i przyswoić nowe.
  4. Gra planszowa go – Josh zapoznał się z regułami tej gry i zdobył pierwszy stopień wtajemniczenia, dzięki czemu przestał przegrywać partie w żenujący sposób. Czy to znaczy, że opanował umiejętność gry w go?
  5. Muzykowanie na ukulele – po 20 godzinach ćwiczeń Josh wystąpił publicznie i zagrał wiązankę utworów opartą na tym samym, 4-akordowym schemacie harmonicznym. Byłbym pełen podziwu, gdyby nie fakt, że w szkole średniej uczył się grać na trąbce, występował w szkolnym chórze i w każdym zespole muzycznym, który formował się w jego pobliżu.
  6. Windsurfing – Josh kupił sobie sprzęt i po kilku godzinach pływania nauczył się nie spadać z deski i w miarę bezpiecznie powracać do brzegu. Oczywiście tylko wtedy, gdy wiatr mu na to pozwolił. :-) Z własnego doświadczenia wiem, że umiejętności związane z równowagą, płynnością i koordynacją ruchu wymagają znacznie więcej wysiłku niż 20 godzin treningu, więc droga autora do ślizgu w strzemionach z zapiętym trapezem będzie jeszcze bardzo długa i mokra. Nie mówiąc już o efektownych zwrotach przez rufę, które są esencją ślizgarstwa.

Podsumowując: umiejętność umiejętności nierówna. Są rzeczy, które w 20 godzin można opanować na nieżenującym poziomie, ale są i takie, które wymagają setek, a nawet tysięcy godzin pracy. Nie ma więc mowy o jakiejś magicznej metodzie, którą da się zastosować do wszystkiego. O czym z przykrością cię informuję.

Ale nie trać nadziei! Jeśli naprawdę coś cię interesuje, to bez problemu wygospodarujesz dowolną liczbę godzin na doskonalenie swoich umiejętności – nierzadko kosztem zarwanych nocy i „zrujnowanego” życia osobistego. Zrujnowanego? Zdaniem kanapowych ciotek być może tak, ale przecież one nigdy w życiu nie poczuły szumu wiatru w rozwianych włosach…

Doktor?

Z polskiej perspektywy wydaje się, że kryzys w służbie zdrowia jest naszym specyficznym problemem, kolejnym przykładem krajowej nieudolności lub wszechobecnych przekrętów. Tymczasem choroba ta w mniejszym lub większym stopniu toczy wiele wysoko rozwiniętych krajów, w których opieką medyczną objęto wszystkich, coraz dłużej żyjących obywateli. Rzemiosło uzdrawiania ludzi z konieczności przekształciło się w przemysł seryjnego traktowania standardowymi procedurami poszczególnych przypadków chorobowych.

Zagadnienie to porusza w swojej książce „Healing Is Possible” amerykański lekarz, doktor Neil Nathan, który tak oto opisuje proces doboru kadr w systemie opieki zdrowotnej:

Jest taki stary dowcip: „Jak należy zwracać się do studenta, który ukończył studia medyczne z najgorszym wynikiem?”. Odpowiedź brzmi: „Panie Doktorze”.

Medyczna profesja użyła wszelkich sił, żeby przekonać nas, że wybierając lekarza, który zdał egzamin przed szacowną komisją, ustrzeżemy się przed gorszą opieką. A prawda jest taka, że zdany egzamin lekarski w głównej mierze świadczy o umiejętności wypełniania testów wielokrotnego wyboru. Nie o zdolności do okazywania współczucia, dobroci, głębokości wiedzy czy umiejętności przekazywania skomplikowanych informacji i radzenia sobie z emocjonalnymi składnikami choroby.

[Neil Nathan, „Healing Is Possible”, Amazon Kindle location 457]

Wybieramy naszych studentów spośród kandydatów, którzy najlepiej radzą sobie ze zgłębianiem biologii, chemii, matematyki i nauk humanistycznych. Edukacyjny nacisk kładziemy na doskonalenie się w trudnych zagadnieniach, takich jak rachunek różniczkowy i fizyka, które, moim zdaniem, nie mają żadnego zauważalnego związku z praktyką medyczną. W ten sposób zachęcamy do zawodu lekarza tych, którzy mają skłonności do rozważań naukowych, a zniechęcamy tych, którzy bardziej zainteresowani są kontaktem z ludźmi.

[Neil Nathan, „Healing Is Possible”, Amazon Kindle location 465]