Kategoria: x-a-propos

Sylwestrowa kawa

W najnowszym numerze Polityki znalazłem próbkę kawy rozpuszczalnej, na której opakowaniu wydrukowano następującą instrukcję:

ARABICA1

Zgodnie z zaleceniami producenta:

  1. Wsypałem zawartość saszetki do filiżanki.
  2. Zalałem gorącą, ale nie wrzącą wodą.
  3. Włożyłem filiżankę z aromatyczną kawą do opakowania, które szczelnie zamknąłem.
  4. Umieściłem paczuszkę w suchym miejscu.

Przez chwilę zastanawiałem się, kiedy powinienem przystąpić do konsumpcji napoju, ale na szczęście zauważyłem dodatkową instrukcję, która wyjaśniła mi wszystko:

ARABICA2

Napis „Najlepiej spożyć przed końcem 12.2013” jednoznacznie nakazuje mi rozkoszować się tak przygotowaną kawą w Sylwestrowy wieczór 2013 roku, co uczynię z należytą powagą i satysfakcją!

Hipermarket szczęścia

Jedni twierdzą, że nie znoszą zakupów, inni, wprost przeciwnie, że je uwielbiają. A ja jak zwykle mam pokręcony stosunek do tej sprawy. Szczególnie jeśli chodzi o wizyty w hipermarketach.

Lubię niekiedy spędzić trochę czasu w wielkiej, wypełnionej ludźmi i towarami hali. Bardziej latem niż zimą, ponieważ wtedy na olbrzymim, płaskim dachu nie zalega gruba warstwa ciężkiego, zlodowaciałego śniegu, gotowego za chwilę spaść mi na głowę.

Przechadzam się wówczas po hipermarketowych alejkach, niczym po parku lub salach muzealnych, i podziwiam kunsztownie rozlokowane na półkach kolorowe towary. Każdy mogę dokładnie obejrzeć i dotknąć – nie tak, jak w przybytkach kultury, gdzie obowiązuje słuszna, chroniąca dobra światowe i narodowe zasada: „RĘCE PRECZ OD EKSPONATÓW!”.

To pouczający spacer, ponieważ okazuje się, że na półkach leżą albo takie rzeczy, których wcale nie potrzebuję, albo takie, które już mam. Często nawet nie biorę wózka lub koszyka, ponieważ wiem, że i tak nic do nich nie włożę.

Gdy już się naoglądam, wolnym krokiem zmierzam w kierunku kas, omijam skłębione w kolejkach, spocone tłumy ludzi najwyraźniej robiących zapasy na wypadek wojny atomowej, powodzi lub upadku drugiego meteorytu tunguskiego i z uśmiechem na twarzy wychodzę na rozświetlony słońcem, olbrzymi parking.

I jestem szczęśliwy – nieobciążony rzeczami, niepozbawiony gotówki i wszystko-co-potrzebne-do-życia-mający.

Sztuka zapominania

Jednym z fundamentów szczęśliwego życia jest umiejętność puszczania w niepamięć rzeczy nieprzyjemnych i uraz żywionych w stosunku do niektórych osobników zaludniających naszą planetę. Moje zdolności w tym zakresie nie są jeszcze doskonałe, ale udało mi się wypracować sztuczkę umysłową ułatwiającą świadome zapominanie, opierającą się na ułomności mojego umysłu polegającej na nieświadomym zapominaniu.

Brzmi pokrętnie? Być może, ale działa!

Kiedy byłem nastolatkiem, nagle zauważyłem, że mam pamięć dobrą, ale krótką i o niektórych sprawach, na przykład o odrobieniu pracy domowej z polskiego, zapominam. Do tego momentu łudziłem się, że jestem doskonały. :-) Z drugiej strony zauważyłem też, że są sprawy, głównie te nieprzyjemne, które bez zaproszenia zadomawiają się na dłużej w mojej głowie.

– To dziwne! – stwierdziłem. – Przecież smutki powinny ulegać zapomnieniu z równym prawdopodobieństwem, co radości!

Nie miałem wówczas zielonego pojęcia o emocjonalnych uwarunkowaniach działania ludzkiego mózgu.

Wymyśliłem więc następujące podejście do dręczących mnie przykrych wspomnień:

„Hej, porażko! Wiem, że TERAZ siedzisz w mojej głowie, ale moja pamięć jest zawodna i jestem pewien, że jutro albo za tydzień nie będzie po tobie ani śladu!

Okazało się, że moje wewnętrzne oficjalne stanowisko przekazane nieprzyjemnej myśli w większości przypadków załatwia sprawę. Mój mózg uznaje wówczas problem za rozwiązany i… pozwala sobie na zapomnienie. Zajęcie świadomego stanowiska zamyka otwartą dotąd pętlę gonitwy myśli i uruchomia nieświadomy proces zaniku informacji uznawanej od tej chwili za nieistotną.

Spróbuj sam!

Twój mózg nie ma własnego rozumu i można go w dobrej wierze skutecznie oszukać!

PS. Kilka lat później rozszerzyłem nieco swoje oświadczenie i obecnie brzmi ono tak:

„Hej, porażko! Dzięki za nauczkę! Wnioski wyciągnąłem. Wiem, że TERAZ siedzisz w mojej głowie, ale moja pamięć jest zawodna i jestem pewien, że jutro albo za tydzień nie będzie po tobie ani śladu!

Dobrodziej

Jest taki typ menedżera, którego można określić mianem „dobrodzieja”.

Jego głównym pragnieniem jest czynienie dobra – powszechnego i bezdyskusyjnego.

Za te wysiłki powinieneś być mu wdzięczny i okazywać tę wdzięczność z gracją.

Jeśli zaś nie podzielasz jego poglądów, poddawany jesteś resocjalizacji.

Bo dobrodziej nie przyjmuje do wiadomości, że może istnieć wiele, niekolidujących ze sobą, odcieni dobra.

A gdy okazujesz się niewdzięcznym recydywistą, niepoddającym się procesowi resocjalizacji, popadasz w jeszcze większe kłopoty.

Dobrodziej cię nie zwolni. Wręcz przeciwnie, zrobi wszystko, żeby zatrzymać cię w firmie. Dla twojego dobra, oczywiście.

Zintensyfikuje i zróżnicuje serwowaną ci „uzdrawiającą” dietę składającą się z perswazji, kija i marchewki, odrzucenia i przytulenia, szantażu moralnego, kłamstw i intryg oraz każdej metody, która może być pomocna w prostowaniu twojego kręgosłupa. To nie są przelewki! W walce o dobro cel uświęca środki z nawiązką!

Zastanów się, czy warto być uszczęśliwianym na siłę? Czy sprawi ci radość „dobra” rzeczywistość, ulepiona dla ciebie przez dobrodzieja?

Zastanów się i podejmij decyzję.