Kategoria: x-a-propos

Zasada samuraja

„Najpierw odnieś zwycięstwo, a dopiero potem stawaj do walki.”

Taką zasadą podobno kierowali się samurajowie.

Zastosowanie tego pozornego paradoksu da ci olbrzymią przewagę nad niesamurajami.

Przygotuj się należycie do walki, aby w ten sposób uzyskać pewność siebie i siłę mentalną, które może nie zagwarantują ci wygranej, ale znacząco zwiększą jej prawdopodobieństwo.

Jeśli nie dysponujesz umiejętnościami i wiarą w zwycięstwo, lepiej w ogóle nie stawaj do pojedynku.

Pierwszy kwartał roku

W swojej książce „Outliers. The Story of Success” Malcolm Gladwell opisuje zadziwiające statystyki, które dotyczą sportowców. Okazuje się, że w drużynach (na przykład hokejowych) przeważają zawodnicy urodzeni w pierwszych miesiącach roku. Na przykład wśród 22 zawodników czeskiej reprezentacji juniorów w hokeju na lodzie w 2007 roku:

  • 11 urodziło się w pierwszym kwartale roku;
  • 3 urodziło się w drugim kwartale roku;
  • 6 urodziło się w trzecim kwartale roku;
  • 2 urodziło się w czwartym kwartale roku.

Postanowiłem przetestować tę hipotezę na reprezentacjach narodowych biorących udział w polsko-ukraińskim Euro 2012. Pracowicie wprowadziłem dane do arkusza kalkulacyjnego i sporządziłem wykres obrazujący liczbę zawodników urodzonych w poszczególnych kwartałach roku w każdym zespole. Oto wynik mojej pracy:

EURO2012

Ogółem do Euro 2012 zgłoszono 368 piłkarzy:

  • 103 urodziło się w pierwszym kwartale roku;
  • 91 urodziło się w drugim kwartale roku;
  • 95 urodziło się w trzecim kwartale roku;
  • 79 urodziło się w czwartym kwartale roku.

Co prawda w tym przypadku nie występuje aż tak silna nierównowaga rozkładu, jak w przypadku czeskich hokeistów, ale też można zauważyć istotne przesunięcie w kierunku początku roku.

Okazuje się, że fenomen ten jest stosunkowo łatwy do wyjaśnienia. Wszelkie klasyfikacje w sporcie bazują na roku urodzenia zawodnika. Właśnie przy zastosowaniu takiego, rocznikowego podziału mierzony jest talent dzieci zapisujących się do szkółek piłkarskich, hokejowych, tenisowych czy lekkoatletycznych. Teoretycznie system ten służy wyrównywaniu szans, ale przecież uczeń, który urodził się w styczniu danego roku, statystycznie rzecz biorąc, jako starszy jest szybszy i silniejszy niż ten urodzony w grudniu. I choć, znów statystycznie rzecz biorąc, mają taki sam talent, pierwsze sukcesy w rywalizacji dają tym starszym mentalną przewagę i od początku kariery zawodniczej bardziej motywują do wytężonej pracy. Zasada ta dotyczy wszystkich sfer życia, w których oceniani jesteśmy „rocznikowo” – w tym także naszej edukacji!

Jaki stąd wniosek?

Jeśli możesz, zadbaj o to, żeby twoje dzieci urodziły się w pierwszym kwartale roku!

Niezależnie od puli genów, którą im przekażesz, będą miały większe szanse osiągnąć w życiu wymarzony sukces!

Wspólny sukces

To nieprawda, że ludzie przede wszystkim knują przeciwko tobie.

Nie jesteś pępkiem świata!

Większość z nich po prostu stara się zabezpieczyć swoje interesy.

Dlatego, jak mówi Zig Ziglar:

„Możesz osiągnąć w życiu wszystko, czego zapragniesz, jeśli tylko zapewnisz innym osiągnięcie tego, czego oni pragną.”

Nic dodać, nic ująć…

Ratujmy artystów!

W czwartek 24 maja 2012 roku miał miejsce w Polsce „Dzień bez sztuki” – protest artystów i muzeów (trochę dziwne połączenie ludzi i instytucji) przeciwko „pomysłowi rządu, by zlikwidować prawa twórców do odliczania 50 proc. kosztów uzyskania przychodu”.

Portal kultura.gazeta.pl doniósł, że postulatem artystów (i muzeów) jest też:

Stworzenie systemu, który dawałby ubezpieczenie i emeryturę bez regularnego płacenia składek.

– Większość z artystów nie ma etatów, pracuje na umowy o dzieło i nie stać ich na wykupienie ubezpieczenia czy odkładanie na emeryturę – mówią stojący za inicjatywą artyści, m.in. Zbigniew Libera.

– Gdy byłem młody, nie interesowało mnie, czy ktoś mi w przyszłości będzie wypłacał emeryturę, czy mi jej nie będzie wypłacał. Myślałem, że za dziesięć lat nie będę już żył. Skakałem na główkę i nie obchodziło mnie to. Teraz nadal skaczę na główkę, ale myślę sobie: dlaczego by tam nie podłożyć jakiegoś materaca? Artysta w Polsce nie jest nawet średnio sytuowany. Większość z nas żyje poniżej średniej – mówi Libera.

Ludzie!

Ratujmy artystów!

Brońmy ich!

Przed kim? Przed nimi samymi!

W główkach się towarzystwu poprzewracało!

Jak wytłumaczyć fakt, że w Warszawie mnożą się i znakomicie prosperują prywatne teatry? Że grają ambitny, dobry repertuar i nie jęczą, iż podatnicy nie sypią im grosza do kasy?

Jak wytłumaczyć fakt, że dzieła niektórych artystów plastyków są rozchwytywane na świecie?

Jak wytłumaczyć fakt, że do niektórych muzeów trzeba „zdobywać” bilety?

Odpowiedź jest brutalna w swej prostocie:

Nie wystarczy czuć się artystą, żeby nim być.

Nie wystarczy ukończenie szkoły artystycznej, żeby umieć tworzyć dzieła, które ludzie będą chcieli podziwiać.

I nie chodzi tu o komercję. Ludzie dobrze widzą, kto tworzy bohomazy, a kto dzieła. Kto lata po scenie z gołym tyłkiem, a kto ma naprawdę coś do powiedzenia.

Bary Nowego Jorku, Los Angeles i Hollywood pełne są potencjalnych odtwórców oskarowych ról…

Prawda jest okrutna, ale czyż sztuka nie polega na mówieniu prawdy? Artysta nie może mówić prawdy, jeśli ona do niego nie dociera.

Polski protest artystów (i muzeów) jest jednym z aspektów szaleństwa, które dotknęło środowiska twórcze.

Drugi aspekt stanowi, moim zdaniem, kwestia tantiem za korzystanie z twórczości. Pomysł ten zakiełkował w głowach twórców wtedy, gdy powstały techniczne możliwości taniego powielania i rozpowszechniania ich dzieł. Zaczęło się od Gutenberga, a teraz możemy powielać praktycznie wszystko i to za darmo (póki co za wyjątkiem rzeźb i budowli).

Czym są tantiemy? Opłatą za możliwość skorzystania (jedno- lub wielokrotnego) z utworu. Ale przecież autor wykonał pracę tylko raz! Zgadza się, lecz opłata za skorzystanie jest znacznie niższa od kosztu stworzenia dzieła. No tak, ale w zależności od wielu czynników (w tym jakości utworu, marketingu i zwykłego szczęścia) tantiemy mogą przynieść śladowy przychód lub wręcz przeciwnie – niewyobrażalne bogactwo. Nie mam nic przeciwko bogactwu, ale ta niewyobrażalność budzi moje wątpliwości. Czy rzeczywiście napisanie jednej przebojowej piosenki powinno przynosić twórcy górę pieniędzy, umożliwiającą dostatnie życie całej jego rodzinie przez następne 500 lat?

Według mnie uczciwy byłby następujący system:

Artysta ma prawo do tantiem do momentu, kiedy jego sumaryczne wynagrodzenie za utwór osiągnie 25-letnią średnią pensję w kraju, którego jest obywatelem.

Po zaistnieniu tego warunku lub po upływie 25 lat utwór przechodziłby do domeny publicznej jako dobro kultury światowej, dostępne za darmo dla każdego.

Co mnie skłoniło do sformułowania takiej, ograniczającej „tantiemizm”, propozycji? Wiadomość o roszczeniach RIAA, zrzeszenia amerykańskich wydawców muzyki, wobec zamkniętego w 2010 roku serwisu LimeWire. Za każde ściągnięcie z tego serwisu jednej z 11 tysięcy zidentyfikowanych piosenek zrzeszenie zażądało takiego odszkodowania, że sumaryczna kwota roszczenia wyniosła 72 biliony dolarów (tak, polskie biliony 10^12, czyli amerykańskie tryliony). Średnio daje to ponad 6 miliardów dolarów za utwór. Komuś naprawdę odbiło! I nie mówcie mi, że to jest tylko szaleństwo amerykańskich prawników. Ktoś dał im mandat do działania i w ostatecznym rozrachunku byli to artyści.

Piractwo, to kradzież, bez dwóch zdań, ale, Panie Hołdys, czy ktoś tu nie przegina?