Ratujmy artystów!

W czwartek 24 maja 2012 roku miał miejsce w Polsce „Dzień bez sztuki” – protest artystów i muzeów (trochę dziwne połączenie ludzi i instytucji) przeciwko „pomysłowi rządu, by zlikwidować prawa twórców do odliczania 50 proc. kosztów uzyskania przychodu”.

Portal kultura.gazeta.pl doniósł, że postulatem artystów (i muzeów) jest też:

Stworzenie systemu, który dawałby ubezpieczenie i emeryturę bez regularnego płacenia składek.

– Większość z artystów nie ma etatów, pracuje na umowy o dzieło i nie stać ich na wykupienie ubezpieczenia czy odkładanie na emeryturę – mówią stojący za inicjatywą artyści, m.in. Zbigniew Libera.

– Gdy byłem młody, nie interesowało mnie, czy ktoś mi w przyszłości będzie wypłacał emeryturę, czy mi jej nie będzie wypłacał. Myślałem, że za dziesięć lat nie będę już żył. Skakałem na główkę i nie obchodziło mnie to. Teraz nadal skaczę na główkę, ale myślę sobie: dlaczego by tam nie podłożyć jakiegoś materaca? Artysta w Polsce nie jest nawet średnio sytuowany. Większość z nas żyje poniżej średniej – mówi Libera.

Ludzie!

Ratujmy artystów!

Brońmy ich!

Przed kim? Przed nimi samymi!

W główkach się towarzystwu poprzewracało!

Jak wytłumaczyć fakt, że w Warszawie mnożą się i znakomicie prosperują prywatne teatry? Że grają ambitny, dobry repertuar i nie jęczą, iż podatnicy nie sypią im grosza do kasy?

Jak wytłumaczyć fakt, że dzieła niektórych artystów plastyków są rozchwytywane na świecie?

Jak wytłumaczyć fakt, że do niektórych muzeów trzeba „zdobywać” bilety?

Odpowiedź jest brutalna w swej prostocie:

Nie wystarczy czuć się artystą, żeby nim być.

Nie wystarczy ukończenie szkoły artystycznej, żeby umieć tworzyć dzieła, które ludzie będą chcieli podziwiać.

I nie chodzi tu o komercję. Ludzie dobrze widzą, kto tworzy bohomazy, a kto dzieła. Kto lata po scenie z gołym tyłkiem, a kto ma naprawdę coś do powiedzenia.

Bary Nowego Jorku, Los Angeles i Hollywood pełne są potencjalnych odtwórców oskarowych ról…

Prawda jest okrutna, ale czyż sztuka nie polega na mówieniu prawdy? Artysta nie może mówić prawdy, jeśli ona do niego nie dociera.

Polski protest artystów (i muzeów) jest jednym z aspektów szaleństwa, które dotknęło środowiska twórcze.

Drugi aspekt stanowi, moim zdaniem, kwestia tantiem za korzystanie z twórczości. Pomysł ten zakiełkował w głowach twórców wtedy, gdy powstały techniczne możliwości taniego powielania i rozpowszechniania ich dzieł. Zaczęło się od Gutenberga, a teraz możemy powielać praktycznie wszystko i to za darmo (póki co za wyjątkiem rzeźb i budowli).

Czym są tantiemy? Opłatą za możliwość skorzystania (jedno- lub wielokrotnego) z utworu. Ale przecież autor wykonał pracę tylko raz! Zgadza się, lecz opłata za skorzystanie jest znacznie niższa od kosztu stworzenia dzieła. No tak, ale w zależności od wielu czynników (w tym jakości utworu, marketingu i zwykłego szczęścia) tantiemy mogą przynieść śladowy przychód lub wręcz przeciwnie – niewyobrażalne bogactwo. Nie mam nic przeciwko bogactwu, ale ta niewyobrażalność budzi moje wątpliwości. Czy rzeczywiście napisanie jednej przebojowej piosenki powinno przynosić twórcy górę pieniędzy, umożliwiającą dostatnie życie całej jego rodzinie przez następne 500 lat?

Według mnie uczciwy byłby następujący system:

Artysta ma prawo do tantiem do momentu, kiedy jego sumaryczne wynagrodzenie za utwór osiągnie 25-letnią średnią pensję w kraju, którego jest obywatelem.

Po zaistnieniu tego warunku lub po upływie 25 lat utwór przechodziłby do domeny publicznej jako dobro kultury światowej, dostępne za darmo dla każdego.

Co mnie skłoniło do sformułowania takiej, ograniczającej „tantiemizm”, propozycji? Wiadomość o roszczeniach RIAA, zrzeszenia amerykańskich wydawców muzyki, wobec zamkniętego w 2010 roku serwisu LimeWire. Za każde ściągnięcie z tego serwisu jednej z 11 tysięcy zidentyfikowanych piosenek zrzeszenie zażądało takiego odszkodowania, że sumaryczna kwota roszczenia wyniosła 72 biliony dolarów (tak, polskie biliony 10^12, czyli amerykańskie tryliony). Średnio daje to ponad 6 miliardów dolarów za utwór. Komuś naprawdę odbiło! I nie mówcie mi, że to jest tylko szaleństwo amerykańskich prawników. Ktoś dał im mandat do działania i w ostatecznym rozrachunku byli to artyści.

Piractwo, to kradzież, bez dwóch zdań, ale, Panie Hołdys, czy ktoś tu nie przegina?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s