Rok: 2014

Pozytywny marketing porównawczy

Kardynalną zasadą marketingu jest unikanie wspominania o konkurencji. Ona po prostu nie istnieje. Ale jeśli już musisz podkreślić nową jakość, którą wnosi twój produkt, rób to w sposób pozytywny, a nie obnażający niedoskonałości rywali.

Oto przykład: powiedzmy, że chcesz zareklamować Fiata 500, czyli luksusowego, włoskiego malucha dla pań. Porównawcza reklama negatywna mogłaby brzmieć tak:

Masz już dość hałasu podczas podróży Toyotą Yaris? Jesteś zmęczona poszukiwaniem miejsca do zaparkowania twojego Mercedesa S-klasy? Koniec z kompromisami! Wybierz luksusową jazdę i wygodne parkowanie Fiatem 500!

W polecanej przeze mnie wersji pozytywnej brzmiałoby to tak:

Podoba Ci się wygodne parkowanie Toyotą Yaris? Urzeka Cię płynna, cicha jazda w wygodnych skórzanych fotelach Mercedesa S-klasy? Koniec z kompromisami! Wybierz luksusową jazdę i wygodne parkowanie Fiatem 500!

Gwarantuję skuteczność tej metody i polecam ją każdemu – marketingowcom, politykom, żonom, mężom i kochankom!

Długie dni, krótkie lata

Ktoś kiedyś powiedział:

„Dni się dłużą, ale lata lecą, jak z bicza strzelił.”

O co mu chodziło?

Może o to, że każdego ranka wstajesz i wydaje ci się, że masz jeszcze tyle godzin przed sobą, że na pewno wszystko zdążysz zrobić. Minuty płyną, a ty siedzisz na fesjbuczku albo gapisz się bezmyślnie w telewizor. Nadchodzi wieczór i kładziesz się spać, by odpocząć po tym „wysiłku”, który ani o milimetr nie przybliżył cię do twoich marzeń.

I tak, dzień po dniu, niepostrzeżenie mijają tygodnie, miesiące i lata. Dryfujesz przez ocean czasu, a ślad twojej podróży znika zanim ty zdążysz się oddalić.

Tymczasem gdybyś codziennie konsekwentnie poświęcał tylko jedną godzinę na realizację swoich zamierzeń, po roku miałbyś powody, żeby pogratulować sobie zdobycia nowej umiejętności, stworzenia dzieła sztuki, uprzytulnienia mieszkania, napisania książki czy zdobycia Mount Everestu.

Przestań się oszukiwać: każdego dnia wydaje ci się, że masz tak wiele czasu, ale przecież gołym okiem widać, że wciąż stoisz w tym samym miejscu…

Dieta Mistrza Beksińskiego

jeśli witaminy, to w tabletkach, jeśli kawa, to w proszku, najsmaczniej można zjeść w McDonaldzie (kanapka McRoyal na pierwszej pozycji), najlepszym napojem świata jest obecnie pepsi max. Z owoców mogą być truskawki, ale rezygnuje z nich, bo za dużo jest roboty z odrywaniem ogonków. Marzy o truskawkach w tubce, na razie zjada jogurty.

[Magdalena Grzebałkowska, „Beksińscy. Portret podwójny”, s. 405]

Tezy Gastronomiczne Zdzisława Beksińskiego:

„Wszystkie potrawy na świecie można podzielić na potrawy zdrowe oraz potrawy smaczne. Określenia te wzajemnie się wykluczają: potrawy zdrowe nie są smaczne, zaś potrawy smaczne nie są zdrowe. Jako przypadki szczególne potraktować należy potrawy zarazem niesmaczne i niezdrowe, natomiast potrawy zarazem smaczne i zdrowe w ogóle nie występują w przyrodzie. Powyższe stawia pod znakiem zapytania teorię ewolucji i stanowi pośredni dowód na istnienie Boga.

Pieprzu jest zawsze za mało.

Nawet niewielki dodatek oliwy jest w stanie kompletnie popsuć smak każdej potrawy.

Czosnek jest niejadalnym paskudztwem.

Cukinia, patison, melon, kabaczek i dynia są niejadalnym paskudztwem.

Owoce morza są niejadalnym paskudztwem.

Grzyby są niejadalnym paskudztwem.

Rydze nie są grzybami.

Amen.”

[Magdalena Grzebałkowska, „Beksińscy. Portret podwójny”, s. 405]

Poproszony o podanie swojego ulubionego przepisu do książki „101 potraw znanych osobistości z Polski” pisze: „Od śmierci mojej żony odżywiam się w sposób stereotypowy i skrajnie uproszczony, najczęściej przy pomocy Pizzy Hut, Tele Pizzy, KFC, Burger Kinga i MacDonalda. (…) Póki żyła moja żona, moją ulubioną potrawą, którą przedkładam nad wszystkie inne, były ruskie pierogi z kartoflami i serem. (…) Już do końca życia nie zjem takich pierogów, jakie robiła żona, gotując zaś sam potrawę zwaną „szybki przysmak Beksińskiego” (bo u mnie jedzenie powinno być szybkie, nie cierpię biesiadować), kompiluję ją z gotowych półfabrykatów w następujący sposób: jedna puszka wołowiny w sosie własnym. Jeden słoik sosu Uncle Ben’s ostry seczuański. Dwie torebki ryżu Uncle Ben’s gotowane przez 18 minut. Wołowinę krajemy w kostkę, wyrzucając przedtem tłuszcz z konserwy do kubła, wrzucamy do garnka, zalewamy sosem, dodajemy lekko kopiatą łyżeczkę czarnego pieprzu (…) i podgrzewamy, by nie zaczęło kipieć, bo się bezpowrotnie rozrzedzi. Zjadamy to z ryżem w takim stosunku, by jedna konserwa plus jeden sos wystarczyły na dwie torebki ryżu. (…) Popijać to trzeba pepsi max z lodówki! I tak skromnie wygląda szczyt moich upojeń gastronomicznych.”

[Magdalena Grzebałkowska, „Beksińscy. Portret podwójny”, s. 407]

Jak tworzyć Sztukę?

Jak zapewne łatwo było wydedukować z mojego pierwszomajowego wpisu Homo Corruptus, brnąłem ostatnio przez znakomite dzieło Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”. To gęsta, wymagająca skupienia i, co tu dużo mówić, przygnębiająca książka bez happy endu (Tomasz Beksiński popełnił samobójstwo, Zdzisław Beksiński został zamordowany). To historia dziwnej rodziny i dziwnych, nieprzystających do jakiejkolwiek rzeczywistości ludzi.

Poniżej przytaczam trzy cytaty, które dobrze opisują metodę pracy Zdzisława Beksińskiego. W ten sposób nie da się prowadzić żadnego biznesu, pracować w zespole czy budować autostrad. Tak można tylko tworzyć Sztukę.

„obraz, rozrastając się, zaczyna dyktować prawa dotyczące tego, czym ma być, i trzymanie się na siłę koncepcji pierwotnej mija się z celem. W trakcie pracy czuję się raczej sługą obrazu, który rozrasta się zgodnie ze swymi prawami, niż sługą koncepcji, która stałą u jego poczęcia.”

[Magdalena Grzebałkowska, „Beksińscy. Portret podwójny”, s. 265]

„Mam jakiś pomysł, co namalować, naszkicowany na świstku papieru najczęściej, łączący się z pewnym wyobrażeniem, ale maluję na zasadzie nastawiania aparatu na ostrość, tak jak na lustrzance się to robi. Czyli bardzo nieostro nałożone plamy, które stają się coraz ostrzejsze, z dnia na dzień, z dnia na dzień, nabierają szczegółów. Czasem coś jest zamalowywane, zmieniane. Czasem coś, co powstało, zaczyna budzić nadzieję, że jakbym to zmienił, to będzie lepsze, to zamalowuję i zmieniam. Nawet bywają takie sytuacje, że odwracałem do góry nogami, ze dwa, trzy obrazy powstały tak i były fajniejsze niż na początku. Była taka sytuacja, że była postać Madonny i została przerobiona na postać mężczyzny, ale co z tym dzieckiem zrobić? Prawdziwy mężczyzna z dzieckiem właściwie też fajnie wygląda, ale przyśniła mi się taka kura, która mówiła po polsku i artykułowała z dzioba głoski przedniojęzykowo-zębowe, i powiedziała: „Ty się nie znasz na kobietach”. Ubawiła mnie ta kura, więc sobie rano pomyślałem, że przerobię dziecko na kurę.”

[Magdalena Grzebałkowska, „Beksińscy. Portret podwójny”, s. 396]

„Oczywiście inspiruję się literaturą podobnie jak muzyką, obserwacją otoczenia i wszystkim, co jest we mnie i na zewnątrz, ale inspiruję się niejako przypadkowo, szczątkowo, ułamkowo. Na przykład poruszony wiatrem siwy kosmyk włosów u pewnego starego mężczyzny zauważony w tramwaju nr 19 na przystanku przy placu Unii przed trzema laty próbuję namalować i wsadzić do jakiegoś obrazu wielokrotnie ze skutkiem negatywnym, jak do tej pory. (…) Takich szczątkowych inspiracji jest bardzo wiele. Niedawno porzuciłem w połowie namalowany obraz, gdyż nagle zdałem sobie sprawę, że jest to prawie dosłownie rysunek mego przyjaciela widziany przed kilku laty, którego to twórcę z kolei krytyka oskarża, że jest pod moim wpływem. Może zainspirować mało istotny szczegół, np. z całej dość męczącej w czytaniu książki Hawkesa „Gałązka limony” zapamiętałem zamarznięty bombowiec na wstępie, ale to może dlatego, że już od dłuższego czasu poprzednio chciałem malować stare samoloty. Potem zresztą zniechęciłem się do tego, zauważywszy na jednym z obrazów Woodroffe’a, jako uboczny szczegół, taki właśnie stary zardzewiały bombowiec, jaki chciałem malować. Dlatego też nie znoszę oglądania cudzych obrazów. Antyinspiracja, czyli niemożność namalowania czegoś, bo już ktoś to namalował, jest jeszcze gorsza od kompletnego braku inspiracji. Czyli że jednak najszczęśliwszy byłem w okresie, gdy myślałem, że mnie pierwszemu na świecie jakieś pomysły wpadły do głowy.”

[Magdalena Grzebałkowska, „Beksińscy. Portret podwójny”, s. 242]