Miesiąc: Styczeń 2014

Wszystkie ręce na pokład?

„Wszystkie ręce na pokład!” – to okrzyk będący apelem o pełną mobilizację sił i środków w chwili zagrożenia lub w obliczu krańcowo trudnego wyzwania.

„Wszystkie ręce na pokład!” – to skuteczna metoda radzenia sobie z wyboistą rzeczywistością w małych firmach. Na przykład w momencie zdobycia olbrzymiego zamówienia, przekraczającego dotychczasowe możliwości przedsiębiorstwa. Tylko mobilizując załogę do nadzwyczajnego wysiłku, można wówczas takie zadanie wykonać i wznieść firmę na kolejny poziom działalności.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby skuteczność metody „Wszystkie ręce na pokład!” nie wżerała się tak głęboko w umysły młodych przedsiębiorców. Gdyby nie uznawali, że jest to podstawowy i najskuteczniejszy tryb pracy zapewniający dalszy dynamiczny rozwój.

A tak niestety nie jest.

Gdy firma rośnie, a liczba zatrudnionych zbliża się do setki, nadchodzi czas aktywnego zwalczania mentalności „Wszystkie ręce na pokład!”.

Dlaczego?

Ponieważ podejście to przestaje działać! Kilka projektów można opędzić takim spontanicznym chaosem, ale gdy jest ich kilkadziesiąt, wszystko zaczyna się sypać – od jednego zapomnienia do drugiego, od jednego niedotrzymanego terminu do kolejnego. Kiedy organizacyjny mechanizm składa się z kilku elementów, praktycznie każdy w firmie jest w stanie ogarnąć całokształt i podejmować w miarę rozsądne decyzje. Kiedy jednak projekty zaczynają mnożyć się jak króliki, konieczne jest wprowadzenie reguł działania sprawiających, że ludzie nadal będą podejmować rozsądne decyzje, mimo że będą wiedzieli tylko „wystarczająco dużo”.

O tym i o wielu innych aspektach dojrzewania organizacyjnego przedsiębiorstw mówi znakomita książka Lesa McKeowna „Algorytm $ukcesu” („Predictable success”), którą szczerze polecam.

Zmiany, zmiany, zmiany…

2013 rok…

Jaki był, taki był. Ważne, że się skończył.

Jestem usatysfakcjonowany swoimi osiągnięciami biegowymi. Przebiegłem rekordowe 1154 kilometry:

2013BIEG

Przedłużający się remont basenu był dobrą wymówką, żeby przepłynąć tylko niecałe 22 kilometry:

2013PLYW

Prawdziwa katastrofa dotyczyła zaś windsurfingu. Okoliczności i mój kręgosłup przyczyniły się do jednego wielkiego ZERA:

2013WIND

Nowy rok przynosi niespodziewaną i zadziwiającą zmianę dotyczącą mojego Dziennika Sportowego.

Jak co roku, zaczaiłem się na Moleskine Pocket Weekly Diary 2014 u wyłącznego, autoryzowango dystrybutora na Polskę – Czułego Barbarzyńcy. Czuwałem przez cały październik, listopad i grudzień, wiedząc, że mały kalendarzyk zamykany na gumkę za 39,60 zł (w promocji, normalna cena: 45,- zł) to znacznie rozsądniejsza propozycja niż prawie identyczny wyrób moleskinopodobny dostępny bez problemu w Empiku za 6,49 zł (w promocji, normalna cena: 12,99 zł). :-)

I nie doczekałem się!

Teraz moja snobistyczna dusza będzie przez cały rok cierpiała obcując codziennie z Dziennikiem Sportowym za 6,49 zł!

Dziennikiem, który, jak widać na poniższym zdjęciu, naprawdę niczym się nie różni od poprzednika (Moleskine po lewej, Empik po prawej):

Moleskine vs. Empik

Wygląda na to, że kapitalistyczna nędza dystrybucyjna dorównuje komunistycznej nędzy zaopatrzeniowej. A właściwie nie – jest jeszcze gorzej: w PRL-u towaru po prostu nie było w wystarczającej ilości; teraz jest, tylko ludziom się nie chce.

Cóż, ja zarobiłem, Empik zarobił, Czuły Barbarzyńca stracił, ale najważniejsze jest:

Żebyśmy zdrowi byli, czego z całego, wysportowanego serca życzę wszystkim Czytelnikom BIZNESU BEZ STRESU!

I sobie też!