Rok: 2013

Groby bliskich?

Uświadomiłem sobie w tym roku, jak obca jest mi ta koncepcja.

Groby bliskich?

Groby zasłużonych?

Mój grób?

Nie, nie neguję potrzeby pamięci o zmarłych i nie wyrzekam się pragnienia, żeby ktoś mnie mile wspominał po moim odejściu. Ale koncepcja zakotwiczenia tych uczuć i myśli w jakimś, mniej lub bardziej odległym od domu, miejscu wydaje mi się obca i w pewnym sensie nieludzka.

Pierwszego listopada rodziny tłumnie odwiedzają groby bliskich. W pośpiechu doprowadzają je do porządku, zapalają znicze, spotykają dawno niewidziane ciocie i wujków, rozmawiają o przeszłości, o teraźniejszości, wspominają zmarłych i przeziębiają się w porywach jesiennego wiatru. Czy cmentarz jest naprawdę najlepszym miejscem, żeby budzić w nas ciepło pamięci o tych, których kochaliśmy, i gawędzić z tymi, którzy są członkami naszej „osobistego plemienia”?

Dlaczego tradycja nakazuje nam składać ciała zmarłych pod ciężkimi płytami z chińskiego marmuru, w przytłaczająco zdobionych trumnach i wystawiać je na pastwę cmentarnego robactwa? Albo spopielone wsypywać do foliowego woreczka i umieszczać w naczyniu o wymyślnym kształcie?

Dlaczego, mimo postępów w wiedzy sanitarnej, nadal kultywujemy obyczaje, które setki lat temu wykształciły się tylko po to, żeby pozostałych przy życiu członków społeczności uchronić przed chorobami, które pokonały zmarłych?

Moi rodzice odeszli pewien czas temu i naprawdę źle bym się czuł, gdyby ich ciała powoli rozpadały się w mrocznych katakumbach. A z popiołem, w który ich zamieniłem i który, zgodnie z obowiązującymi przepisami, musiałem pochować, nie czuję żadnej więzi. Moi rodzice pozostali na zawsze w moim sercu żywi – nie muszę chodzić na cmentarz, żeby o nich pamiętać. Wystarczy, ze spojrzę na zrobiony przez moją Mamę kilimek ze znakiem firmowym, który wisi w moim biurze, albo przejadę się ulicami mojego miasta, które odbudowywał i budował mój Tata.

Tak… Groby bliskich są zaiste bardzo obcą mi koncepcją…

Jak obnażyć programistę?

Zatrudnianie programistów nie jest prostą sprawą. Sprawność zawodowa ludzi działających w tej branży charakteryzuje się olbrzymią rozpiętością. Najlepsi są 10 razy, powtarzam, 10 razy wydajniejsi od przeciętnych. Potrafią w pół godziny rozwiązać problem, który innym zajmie co najmniej 8 godzin. Potrafią w jeden dzień napisać program, nad którym średniak będzie pracował dwa tygodnie. Potrafią też skutecznie komunikować się z osobami nie dysponującymi informatyczną wiedzą, wsłuchując się w ich potrzeby i umiejętnie tłumacząc skutki użycia poszczególnych technologii i rozwiązań.

Jak zatem, podczas krótkiej rozmowy rekrutacyjnej, odkryć ten niezwykły potencjał drzemiący w kandydacie? Jak pomóc mu się obnażyć, żeby mógł pokazać swoją wyjątkowość?

Kevin Morill ma na to prosty, 5-minutowy sposób („The Most Revealing Job Interview Question” [refer.ly]) polegający na poproszeniu kandydata o wykonanie następującego zadania:

Chciałbym, żebyś coś mi objaśnił. Cokolwiek. Masz na to dokładnie 5 minut i ani sekundy więcej. Wybierz dowolny temat – może to być twoje hobby albo książka, którą przeczytałeś, albo projekt, nad którym pracowałeś. Na początku załóż, że w ogóle nie znam się na tej dziedzinie i spraw, żebym pod koniec twojego wykładu zrozumiał to, co jest twoim zdaniem najważniejsze. Podczas tych 5 minut mogę ci zadawać pytania i ty też możesz mi zadawać pytania. Teraz zastanów się, o czym chcesz mi opowiedzieć, pomyśl, jak to zrobić najlepiej, i daj znać, kiedy będziesz gotowy.

Gdy kandydat rozpocznie swoją wypowiedź, powstrzymaj się od jakichkolwiek reakcji. To powinno po chwili sprowokować go do zapytania, czy do tej pory wszystko jest jasne. Zachowanie takie świadczy o zdolności fachowca do komunikowania się z osobami „mniej bystrymi” – czytaj: klientami.

Zwróć uwagę, czy kandydat usiłuje wykorzystać jakieś znane ci analogie. To jest świetny sposób objaśniania rzeczy nieznanych na podstawie tego, co słuchacz zna i rozumie.

Zapamiętaj, czy kandydat zaczął od razu swój wykład, czy też poświęcił dłuższą chwilę na ułożenie sobie wszystkiego w głowie. Osoby niezorganizowane mówią bez planu, a struktura ich wypowiedzi jest bardzo zagmatwana. Wszystko to stanowi bardzo złą prognozę na przyszłość, ponieważ w ten sam sposób będą zapewne zabierali się i do innych zadań.

Jeśli przeprowadzasz rekrutację na stanowisko kierownicze, wtrąć w pewnym momencie pytanie niezwiązane z omawianym tematem. Przyszły lider powinien mieć odwagę grzecznie skierować rozmowę z powrotem na główny wątek, demonstrując w ten sposób swoje talenty polityczne i odwagę mówienia „nie”, gdy pojawia się czynnik rozpraszający, utrudniający dokończenie realizacji głównego zadania (w tym przypadku przeszkadzający w utrzymaniu koncentracji podczas rozmowy).

Według Kevina Morilla test ten przechodzi zaledwie 10%-20% kandydatów.

I tego się trzymaj, ponieważ nie ma nic gorszego, niż zatrudnić niewłaściwych ludzi.

Dlaczego?

Ponieważ rozstania są trudne, bolesne i kosztowne, a trwanie w toksycznym związku zagraża twojemu życiu lub zdrowiu!

GTD to sport indywidualny

Metoda Getting Things Done (GTD) Davida Allena to sport indywidualny.

Powiem więcej: GTD to sport kontaktowy.

To samotne zmaganie się z samym sobą i ze swoją uczciwością.

To odwaga spojrzenia prawdzie w oczy. Zarówno tej wygodnej, jak i niewygodnej. I stawienia jej czoła.

GTD to pięć wymagających hartu ducha etapów „zarządzania strumieniem zadań”. Strumieniem zadań? Tak, bo życie to strumień spraw i związanych z nimi czynności. Te pięć etapów to:

  1. Gromadzenie, które wymaga od ciebie odwagi nieprzymykania oczu na sprawy, którymi należy się zająć.
  2. Analiza, która wymaga od ciebie odwagi jasnego określenia twojego stosunku do każdej sprawy.
  3. Porządkowanie, które wymaga od ciebie konsekwencji w układaniu wszystkiego we właściwych przegródkach.
  4. Przegląd tygodniowy, który wymaga od ciebie odwagi okresowego konfrontowania postępów z zamierzeniami.
  5. Wykonanie, które wymaga od ciebie odwagi w walce z Kolegą Leniem.

Pięć prostych kroków – łatwych do zdefiniowania, lecz wymagających woli i determinacji, jeśli chcesz usunąć ze swojego życia wszelkie niedopowiedzenia i przemilczenia. Dopiero takie oczyszczenie przynosi ulgę w postaci „umysłu jak tafla wody”, gotowego odpowiednio zareagować na każdą niespodziankę – zarówno dobrą, jak i złą. Dopiero takie oczyszczenie czyni cię dojrzałym i odpowiedzialnym człowiekiem, który świadomie decyduje, co powinien, co może, a czego nie musi robić. I są to twoje własne, a nie narzucone przez kogoś decyzje, dzięki czemu stajesz się właścicielem swojego życia.

Jakie ma to przełożenie na działanie w „drużynie”?

Współpraca ludzi dojrzałych, świadomych swoich zobowiązań i powinności, przebiega sprawniej i uczciwiej. GTD-owcy biorą odpowiedzialność za powierzane im zadania i nie chowają swoich list Projektów i Najbliższych Działań pod dywan. Wręcz przeciwnie, listy te służą im do optymalnego podziału pracy w zespole, tak żeby wszystko, co jest możliwe do wykonania, zostało wykonane.

Nie wierzę w coś takiego, jak „zespołowe GTD”. Jeżeli już, możemy mówić o osobistym systemie GTD szefa zespołu, który deleguje swoje Projekty i Najbliższe Działania podwładnym, a potem kontroluje ich postępy w realizacji zadań. Jest mu łatwiej, gdy oni również są GTD-owcami, ale za pomocą swoich list „Czekam Na” i „Projekty Delegowane” potrafi radzić sobie również z osobnikami, którzy jeszcze nie do końca panują nad swoim życiem.

Istnieje świetnie, polskie określenie dojrzałego, odpowiedzialnego członka zespołu – to „człowiek, z którym można konie kraść”. Stosowanie GTD czyni cię właśnie kimś takim – niezawodnym kompanem we wspólnej podróży w nieznane.


Niniejszy wpis został wywołany zacytowanym poniżej fragmentem komentarza zamieszczonego przez orginal_replica pod wpisem W ciemnym zaułku. Nie stanowi jednak bezpośredniej polemiki, ponieważ zawarta w komentarzu sugestia, jakoby metoda GTD była jakimś produktem (?) służącym wymianie informacji (?) w korporacyjnych zespołach (?) świadczy o niezrozumieniu istoty problemu, którego rozwiązania podjął się David Allen. To tak, jakby rozważać wpływ śruby mocującej fotel pilota na aerodynamikę samolotu. Bez śruby pilot spadnie z fotela podczas startu i będzie wielkie „bum”, ale nie ma to nic wspólnego z aerodynamiką.

Oto ten komentarz:

Wg mojego, gojowskiego rozumienia, GTD tak długo będzie niszowe, jak długo nie przyjmą go za swoje korporacje.

Ktoś, czyje zdanie w tej materii cenię, tak to zdefiniował:

„Narzędzia do współpracy sprawdzają się, jeżeli używają ich *wszyscy* współpracownicy. Innymi słowy, działa tutaj tzw. Network economy, gdzie wartość produktu składa się z zalet samego produktu oraz z liczby innych ludzi używających produkt. Jedna kaseta betamax może jest lepsza od jednej kasety VHS, ale ponieważ miliony używają VHS i nikt nie używa Betamax, to VHS jest lepszy.

Ja próbowałem kiedyś używać tzw. Mind Maps do robienia notatek, jest to bardzo fajny graficzny sposób, notatki robi się łatwo i łatwiej je później odcyfrować. Mind maps są lepsze od list i tabelek. Ale żeby odczytać taki Mind Map, odbiorca musi tez używać mind map. A jak nie używa, to mind mapę można rozbić o kant wiadomo czego.

Tak więc system Getting Things Done jest bardzo fajny w sensie zasad współpracy i działania, i powiedzmy procedur.

Narzędzia takie jak Outlook umożliwiają stosowanie tych zasad, być może w sposób niedoskonały, bo Outlook to jest mail + kalendarz a nie Getting Things Done. Także wartość Outlooka na przykład ocenić można na 3 w skali do 10. Ale wartość Outlooka w sensie network economies oceniłbym na 10 / 10, bo wszyscy mają Outlook. GTD jest pewnie 10/10 w skali funkcjonalności pojedynczego produktu, ale o wiele słabiej w skali sieciowej.

Ale w małej firmie albo początkującej firmie, albo w nowym, dobrze zdefiniowanym i odizolowanym projekcie można z powodzeniem zastosować to narzędzie.

Amator i profesjonalista

W poprzednim wpisie uraczyłem was cytatami z książki Stevena Pressfielda „Do the Work”. Dziś czas na „Turning Pro”:

Czasami, gdy przeraża nas podążanie za swoim prawdziwym powołaniem, zwracamy się w kierunku powołania zastępczego. Ta zastępcza kariera stanowi namiastkę tego, co prawdziwe. Jej kształt jest trudny do odróżnienia, a kontury zwodniczo podobne. Ale zastępcza kariera nie pociąga za sobą żadnego ryzyka. Jeśli poniesiemy porażkę, konsekwencje nie mają dla nas żadnego znaczenia.

Czy twoja kariera jest tylko namiastką?

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 228]

Różnica pomiędzy amatorem a profesjonalistą polega na nawykach. Amator ma amatorskie nawyki, profesjonalista – profesjonalne.

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 318]

Uzależnienia zastępują nasze powołanie. Ulegamy im zamiast pielęgnować powołanie. Dlaczego? Ponieważ podążanie za swoim powołaniem wymaga pracy. Jest trudne i bolesne. Wymaga wystawienia się na cierpienia związane z wysiłkiem, ryzykiem i obnażeniem się.

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 356]

Byliśmy amatorami żyjącymi w przeszłości lub marzącymi o przyszłości, lecz całkowicie zaniedbującymi wykonywanie – tu i teraz – pracy niezbędnej do posuwania spraw naprzód.

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 369]

Życie, które nazywamy „normalnym”, wcale normalne nie jest. Mąż lub żona, dzieci, kredyt hipoteczny, praca na etacie… Kto powiedział, że to jest życie? Co jest takiego wspaniałego w spędzaniu czasu w fabryce albo w biurowej klitce?

Ty i ja, artyści i przedsiębiorcy, żyjemy życiem bliższym naturalnemu, jeśli mnie o to pytasz.

Wędrujemy jak inne stworzenia. Podążamy za swoją Muzą, niczym za słońcem. Gdy zbierzemy plon, pakujemy się i ruszamy w drogę ku nowym wyzwaniom.

Nie jest to złe życie.

Jest samotne. Twarde. Nie dla każdego. Ale, tak jak życie wędrowca, ma swoje zalety.

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 494]

Rozpraszanie się może z pozoru wyglądać niewinnie. Jak możemy sobie szkodzić, bawiąc się, flirtując albo ciesząc się owocami wielkiego, wspaniałego świata?

Ale tymczasem nasze życia spływają do kanalizacji, banał za banałem, błahostka za błahostką, w porcjach po 140 znaków.

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 535]

Występuje zasadnicza różnica pomiędzy porażką, która jest naturalnym i normalnym elementem życia, a uzależnieniem od porażek.

Gdy jesteśmy uzależnieni od porażek, przynoszą nam one satysfakcję. Za każdym razem, gdy przegramy, w głębi serca czujemy ulgę.

Istnieje coś takiego jak „urok porażki” eksploatowany przez wieki przez przymierających głodem poetów, romantycznych samobójców i inne zagubione na własne życzenie dusze. Ten urok odczynia porażkę i przemienia ją w „sukces”.

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 543]

Strach jest podstawowym kolorem wewnętrznego świata amatora. Strach przed porażką, strach przed sukcesem, strach przed wygłupieniem się, strach przed niespełnieniem oczekiwań lub ich przekroczeniem, strach przed biedą, strach przed samotnością, strach przed śmiercią.

Jednak główną rzeczą, której boimy się jako amatorzy, jest wykluczenie z naszego plemienia: gangu, paczki, mamy i taty, rodziny, narodu, rasy, religii.

Amator obawia się, że kiedy stanie się profesjonalistą i podąży za swoim powołaniem, będzie musiał zmierzyć się z tym, kim naprawdę jest i czego może dokonać.

Amator jest przerażony, że jego plemię, ujrzawszy kim naprawdę jest, wyrzuci go za drzwi na mróz, żeby umarł w samotności.

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 709]

Profesjonalista jest tak samo przerażony jak amator. W gruncie rzeczy, może nawet bardziej, ponieważ znacznie dotkliwiej wie, kim jest i jak wygląda jego wewnętrzny wszechświat.

Różnica polega na tym, co robi w obliczu stającego przed nim strachu.

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 720]

Amator jest narcyzem. Widzi świat hierarchicznie. Wciąż porównuje się z innymi, nadymając się, gdy mu się powodzi, i popadając w desperacki niepokój, gdy jego gwiazda gaśnie.

(…)

Amator ściga się z innymi i wierzy, że nie może zwyciężyć, jeśli jego konkurent nie poniesie porażki.

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 727]

Amator wierzy, że przed przystąpieniem do działania musi otrzymać zgodę od jakiejś Wszechmocnej Instancji: kochanka lub małżonka, rodzica, szefa lub innego autorytetu.

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 785]

Kiedy stajemy się profesjonalistami, przestajemy uciekać od naszych strachów. Zatrzymujemy się, odwracamy i stawiamy im czoło.

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 885]

Amator ćwierka na Twitterze. Profesjonalista pracuje.

[Steven Pressfield, „Turning Pro”, Kindle loc. 1078]