Rok: 2012

Komunikacja, głupcze!

60/70

Powyższe zdjęcie wykonałem, podróżując, przebudowywaną do standardu drogi ekspresowej, warszawską Trasą Toruńską. Zapewne tego nie widać, ale znak ograniczenia prędkości do 60 kilometrów na godzinę powieszono na słupku wbitym w ziemię metr przed znakiem ograniczenia prędkości do 70 kilometrów na godzinę. Zatem ograniczenie do 60 kilometrów na godzinę obowiązuje tylko na odcinku jednego metra drogi. Chyba nie o to chodziło organizatorom ruchu…

Przykład ten świadczy o tym, że w Polsce znaki drogowe często stawia się po to, żeby stały, a nie po to, żeby informowały i wpływały na jazdę kierowców.

Problem jest jednak szerszy i dotyczy podstawowego zagadnienia z dziedziny biznesu i życia w społeczeństwie: komunikacji międzyludzkiej.

Zdecydowana większość ludzi mających do przekazania jakąś informację nie rozumie, co to znaczy „przekazać informację”. Wydaje im się, że czynność ta polega na:

  • mruknięciu czegoś pod nosem,
  • napisaniu niezrozumiałego maila,
  • rozesłaniu okólnika wypełnionego odwołaniami do paragrafów, punktów i podpunktów bliżej nieokreślonych ustaw
  • lub wręcz poczekaniu, aż inna osoba sama odgadnie, o co im chodzi!

Wydaje im się tak, a potem złorzeczą, że ludzie nie rozumieją, co się do nich mówi.

Przyjmij zatem do wiadomości, że:

„Przekazanie informacji” polega na dostarczeniu jej do odbiorcy i otrzymaniu od niego potwierdzenia, iż zrozumiał ją bez przekłamań.

Najczęściej bowiem celem „przekazania informacji” jest doprowadzenie do wykonania przez drugą osobę jakiejś czynności. Musi ona zatem otrzymać dokładny opis zadania, przyjąć je do wykonania i wziąć się do roboty.

Od wieków zasada ta świetnie sprawdza się w żeglarstwie, gdzie obowiązuje następujący protokół potwierdzania doręczenia informacji:

  • Sternik: „Lewy foka szot wybierz!”
  • Członek załogi: „Jest: lewy foka szot wybierz!”

Pamiętaj:

„Przekazywanie informacji” służy zmienianiu rzeczywistości, a nie tylko wprawianiu w ruch cząsteczek powietrza lub elektronów w komputerach.

Wniosek Horstmana z Prawa Parkinsona

Słynne Prawo Parkinsona głosi, iż:

Praca rozszerza się tak, aby wypełnić czas dostępny na jej ukończenie.

Do niedawna treść tego prawa nieodmiennie napawała mnie smutkiem i wypełniała uczuciem bezradności wobec spraw, z którymi musimy się pogodzić, ponieważ nie mamy na nie wpływu. Tymczasem Mark Horstman, jeden ze współtwórców składziku z narzędziami dla menedżerów „Manager Tools” [manager-tools.com], w cudowny sposób odwrócił kota ogonem i ogłosił swój Wniosek Horstmana z Prawa Parkinsona:

Praca kurczy się tak, aby zmieścić się w czasie, który na nią przeznaczasz.

Powiesz pewnie: „He, he, he, akurat!”, a tymczasem przypomnij sobie, jak wiele potrafisz zrobić ostatniego dnia przed urlopem. Sprawy, które odwlekałeś tygodniami, załatwiasz w ciągu kilku minut. Nieistotną korespondencję ignorujesz lub z satysfakcją kasujesz. Stajesz się superwydajnym, bezwzględnym egzekutorem, który wycina w pień zaległości i eksterminuje zawartość skrzynki spraw przychodzących.

Powiesz też pewnie: „A co z jakością? Na pewno ucierpi na takim wyżymaniu”. I będziesz miał rację. Pamiętaj jednak, że co najmniej 80% tego, co masz do zrobienia, nie wymaga perfekcji, lecz wystarczająco dobrego „odfajkowania”. Świadomie rezygnując z doskonałości w sprawach mniej ważnych, zyskujesz czas na cyzelowanie dzieł swojego życia. I o to chodzi!

Tak więc, jeśli jeszcze tego nie robisz, zacznij praktycznie stosować Wniosek Horstmana z Prawa Parkinsona:

Praca kurczy się tak, aby zmieścić się w czasie, który na nią przeznaczasz.

Ograniczaj czas realizacji zadań!

Skracaj terminy, które sam sobie wyznaczasz!

Po co?

Żeby mieć czas na to, co ważne i przyjemne.

Czego nie może mieć przywódca?

Przywódca nie może mieć oporów przed stawianiem ludzi w niewygodnych sytuacjach, jeśli służy to osiągnięciu szczytnego celu.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że określenie „szczytny cel” jest szalenie nieprecyzyjne i zdarza się, że to, co jedna osoba uważa za największą cnotę, dla innej jest niewybaczalną zbrodnią. Ale nie o to chodzi w tym wpisie.

Kiedy grupa ludzi realizuje jakieś przedsięwzięcie, większość czynności prowadzących do sukcesu nie polega na:

  • wąchaniu kwiatków,
  • leżeniu na hamaku,
  • popijaniu piwka z kumplami,
  • haratniu w gałę
  • lub korzystaniu na tysiąc sposobów z uroków miłego towarzystwa osobników płci przeciwnej lub własnej.

Ktoś przecież musi:

  • pozmywać naczynia,
  • udrożnić zapchaną rurę kanalizacyjną,
  • postać w kolejce, żeby załatwić sprawę w urzędzie,
  • przeprowadzić trudną rozmowę z kolegą, który ma piach w rękawach
  • lub pilnować rowerów, żeby nikt ich nie ukradł.

Przywódca musi umieć „bez skrupułów” rozdzielić zadania pomiędzy członków swojego zespołu, kierując się tylko jedną przesłanką – sprawnością i niezawodnością ich wykonania przez poszczególne osoby. W związku z tym nieuniknione jest, że jednym dostanie się liczenie worków, a innym ich noszenie.

Stuprocentowa sprawiedliwość i równowaga świata istnieją tylko w marzeniach, a zatem:

Przywódca nie może mieć oporów przed stawianiem ludzi w niewygodnych sytuacjach, jeśli służy to osiągnięciu szczytnego celu.

GTD w 20 sekund

Nie, nie, tak łatwo to nie będzie. Nie obiecuję ci, że w 20 sekund uporządkujesz wszystkie swoje sprawy i zapewnisz sobie spokój umysłu przypominający taflę jeziora o zmierzchu.

Dzisiejszy wpis zawiera 20-sekundową definicję metody GTD (Getting Things Done), którą David Allen przygotował w celu szerzenia swoich idei w wypełnionych lemingami windach korporacyjnych wieżowców na całym świecie.

Oto ekspresowy przepis na GTD:

  • Uwolnij swoją głowę od pamiętania o rzeczach, które potencjalnie mają dla ciebie jakieś znaczenie,
  • wcześniej niż później określ swój stosunek do nich i zdecyduj, co w związku z tym chcesz zrobić,
  • umieść wyniki tych przemyśleń w bezpiecznym miejscu, do którego wiesz, że zajrzysz w odpowiednich okolicznościach,
  • zdaj się na swoją intuicję, wybierając kolejne czynności do wykonania.

To wszystko.

Smacznego!