Miesiąc: Grudzień 2011

Lub odwlekanie

Przyznaję się: znacznie częściej niż powinienem nadaję moim wpisom mylące tytuły.

„Lub odwlekanie” jest jednym z przykładów tego nałogu. Absolutnie nie namawiam cię do polubienia odwlekania, ponieważ uważam je za jedną z najohydniejszych przywar natury ludzkiej. Wręcz przeciwnie, proponuję ci stosowanie sztuczki myślowej, która znacznie utrudni ci znajdowanie wymówek usprawiedliwiających nic-nie-robienie.

Sztuczkę tę wymyślił Derek Sivers.

Jeśli jesteś profesjonalnym odwlekaczem, twój wewnętrzny dialog z samym sobą może wyglądać na przykład tak:

– Wyszedłbym pobiegać, ale nie teraz.

– Jeśli nie teraz, to kiedy?

– Gdy uporam się ze sprzątaniem i będzie ładna pogoda, i nie będę zbytnio najedzony, i kupię sobie nowe buty.

I po bieganiu. Twój nawykły do wymyślania wymówek mózg dał ci dostatecznie wiele powodów, żeby zostać w domu. A gdybyś tak zamienił słowo „i” na „lub”? Wymówka brzmiałaby wówczas tak:

– Gdy uporam się ze sprzątaniem lub będzie ładna pogoda, lub nie będę zbytnio najedzony, lub kupię sobie nowe buty.

Hmmm… No właśnie… Warunki wstępne przestały współdziałać i straciły swoją moc. Teraz już nie przypominają betonowego, trzymetrowego muru nie do przeskoczenia. Wyglądają jak wątłe kijki wbite na twojej drodze. Z łatwością je ominiesz lub wyrwiesz z korzeniami.

Skończ z „i”, polub „lub”, żeby pokonać odwlekanie!

Przestań o tym myśleć!

Czy nie zdarza ci się zbyt często odpowiadać na jakąś ciekawą propozycję:

„Pomyślę o tym…”

Nie, nie o tym, o czym myślisz, że ja myślę, ale o tej ciekawej propozycji.

Propozycji, która pęczniejąc oczekiwaniem na jakąś decyzję, będzie jeszcze przez pewien czas unosiła się w powietrzu obok ciebie, ale potem rozwieje ją wiatr codziennej gonitwy spraw.

I po herbacie…

Żeby tak nie było, przestań o tym myśleć i zacznij z uśmiechem ogłaszać:

„Zrobię to! A co mi tam!”

Bo…

„Prawdą jest, że myślenie ma przyszłość, ale tylko działaniem możemy tę przyszłość zbudować.” – Krzysztof Wysocki (2011-12-09)

Zosia Samosia czy szkodnik?

Kilka dni temu miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu Prezesa i grupy menedżerów pewnej firmy z przedstawicielami poważnego kontrahenta zagranicznego. Po zakończeniu obrad Prezes zwrócił się do jednego ze swoich podwładnych, menedżera niższego szczebla, z prośbą:

– Panie Marianie, czy mógłby Pan odwieźć swoim samochodem służbowym przedstawicieli kontrahenta do hotelu w centrum miasta?

– Ale, Panie Prezesie, wracając z centrum do domu, musiałbym o tej porze stać w korkach! – odparł z troską w głosie Pan Marian.

– No trudno, to już sam ich odwiozę – zakończył z westchnieniem rozmowę Prezes i wyszedł z sali konferencyjnej.

Zdziwiony podszedłem wówczas do Pana Mariana i powiedziałem:

– W niejednej firmie wyleciałby Pan z pracy po takiej rozmowie.

– Ale ja zawsze tak rozmawiam z Prezesem! – wypalił Pan Marian szeroko się uśmiechając.

W kategoriach międzyludzkich scenka ta to tylko błahy incydent – element osobistej relacji łączącej Pana Mariana z Prezesem.

W kategoriach sprawnego działania firmy to katastrofa.

Dlaczego?

Ponieważ istota delegowania zadań zamyka się w następującym stwierdzeniu:

Każde zadanie powinien wykonywać najniżej wynagradzany, dostępny w danej chwili pracownik, który posiada wystarczającą wiedzę i umiejętności.

Jeśli tak się nie dzieje, mamy do czynienia z rażącą niegospodarnością – marnowaniem zasobów przedsiębiorstwa.

Zakres obowiązków i odpowiedzialności Prezesa jest znacznie większy niż Pana Mariana. Wiąże się z tym znacznie wyższe wynagrodzenie. Lepiej więc, żeby Prezes zajął się ogarnianiem całości, zamiast, w tym samym czasie, wozić kontrahentów do hotelu

Prezes „Zosia Samosia”, biorąc na swoje barki rutynowe sprawy, uważając, że jeśli sam czegoś nie zrobi, to nie zostanie to zrobione, jest szkodnikiem, który nigdy nie będzie w stanie zbudować organizacji zdolnej przetrwać jego dwutygodniowy urlop.

Pojawia się Kindzio – Kindle 4 Unboxing

Dokładnie tydzień temu, w poniedziałek, Kindelka oświadczyła Kindelkowi: „Będziemy mieli dzidziusia!”

Kindelek najpierw zaniemówił, a potem zażądał podłączenia go do prądu, bo z wrażenia wyczerpała mu się bateria. Następnego dnia rano wyszli przed dom i zaczęli wypatrywać nadlatującego w ich kierunku bociana z zawiniątkiem, ale nic takiego nie nastąpiło. Środa też nie przyniosła radosnej nowiny. Dopiero w czwartek na niebie pojawił się olbrzymi ptak. Co prawda miał dwa skrzydła i dziób, ale bociana nie przypominał. Na jego ogonie napisane było UPS…

Kindle 4 Unboxing 0

Nagle brzuszysko ptaka rozwarło się i z czeluści wypadło zawiniątko, które po kilkudziesięciu sekundach, uśmiechnięte i bezpiecznie opakowane, wylądowało w ramionach Kindelki i Kindelka:

Kindle 4 Unboxing 1

Jedno pociągnięcie specjalnego uchwytu wystarczyło, żeby otworzyć ekologiczne pudełko i odchylić jego górną pokrywę. Oczom rozradowanych rodziców ukazała się wyczekiwana od kilku dni pociecha – mały Kindzio:

Kindle 4 Unboxing 2

Kindzio (Amazon Kindle 4) okazał się rzeczywiście być znacznie mniejszy od Kndelka (Amazon Kindle 2) i Kindelki (Amazon Kindle 3). Projektanci pracujący w firmie Lab126 zrobili to, czym od lat czarował świat Steve Jobs. Usunęli z urządzenia wszystko, co w czytniku książek jest niepotrzebne: niewygodną klawiaturę (zastąpiła ją jeszcze niewygodniejsza klawiatura ekranowa, ale urządzenie nie służy przecież do edycji tekstów) i głośnik (uznano, że ludzie słuchają audiobooków za pomocą telefonów lub odtwarzaczy MP3, a komputerowe odczytywanie e-booków brzmi sztucznie i jest bardzo rzadko używane). Te wszystkie zabiegi doprowadziły do powstania najzgrabniejszego urządzenia do czytania książek.

Śmiem twierdzić, że w swojej klasie Amazon Kindle 4 jest już szczytem możliwości funkcjonalnych i technicznych. Jest końcem drogi książki czytanej.

Kindle 4 Unboxing 3

Po narodzinach nowego członka społeczeństwa zawsze następuje jego ważenie. Zanieśliśmy więc Kindzia do kuchni i tam, na wadze pożyczonej od Pani TesTeqowej, dokonaliśmy pomiarów porównawczych:

Kindle 4 Unboxing 4

Oto wyniki:

  • 298g – Kindelek (Amazon Kindle 2)
  • 222g – Kindelka (Amazon Kindle 3 – obecnie Amazon Kindle Keyboard)
  • 168g – Kindzio (Amazon Kindle 4)
  • 380g – Samsung Galaxy Tab 7″
  • 207g – tygodnik Polityka z 2011-11-30

Po raz pierwszy czytnik elektroniczny jest znacznie mniejszy, lżejszy i wygodniejszy od czasopisma papierowego, które można za jego pomocą przeczytać, nie mówiąc już o tysiącach książek, które może w sobie pomieścić. No i ta cena: $109! Uważam, że to prawdziwy przełom i postawienie „kropki nad i” w tej gałęzi biznesu.

Z okazji powicia potomka Kindelka otrzymała gustowną torebkę, do której może się schować. Przyznam szczerze, że nie przepadała za
bezpieczną, czerwoną okładką, którą kiedyś dla niej zrobiłem. Natomiast Kindzio dostał firmowe, zapinane etui, które bardzo przypadło mu do gustu.

Kindle 4 Unboxing 5