Miesiąc: Październik 2011

Wybierz lepszego hydraulika!

Co robisz, kiedy w twoim mieszkaniu cieknie woda, tam gdzie cieknąć nie powinna?

Wzywasz hydraulika.

Którego?

Ano tego, który poprzednio, wystarczająco dobrze wykonał swoją robotę.

A jeżeli jeszcze nigdy nie musiałeś tamować domowych wodospadów albo twój specjalista wyemigrował do Anglii?

Wtedy pytasz znajomych.

Jeśli i to nie przynosi rezultatów, przeglądasz internet, czytasz ogłoszenia i przeprowadzasz wstępną selekcję.

Wszystkie te zabiegi służą odpowiedzi na dwa podstawowe pytania:

  1. Czy wybrany fachowiec nie zepsuje tego, co jeszcze działa?
  2. Czy wybrany fachowiec wie, co robi, i jest w stanie naprawić uszkodzenie?

Nie oczekuj zbyt wiele. Już znalezienie specjalisty spełniającego tylko pierwszy z wymienionych warunków jest nie lada sztuką.

I właśnie na tym skup się w niedzielnych wyborach parlamentarnych.

Głosuj na tych, którzy przynajmniej nie zepsują tego, co jeszcze działa.

Na tych, którzy wizyty w twoim mieszkaniu nie zaczną od zbicia wszystkich kafelków w łazience (tylko dlatego, że kładł je poprzednik) i od fukania na sąsiadów skarżących się, że ich dzieci nie mogą zasnąć w tym hałasie.

Po zakompleksionych nieudacznikach zawsze trzeba sprzątać – i to nie tylko pod zlewem lub za sedesem. Często konieczne jest wietrzenie klatki schodowej, żeby wygonić zepsute powietrze. Nie warto ryzykować!

A poza tym Strzeż się mówiących ludzkim głosem!.

Biegnij Warszawo 2011

Biegnij Warszawo 2011
(photo by: Pani TesTeqowa)

Wielowiekowej tradycji musiało stać się zadość i jak co roku, ku uciesze mediów i utrapieniu kierowców, TesTeqowa rodzina stawiła się na starcie najmasowszego, polskiego biegu ulicznego Biegnij Warszawo. Nie dość, że ruszyliśmy żwawo po strzale Ireny Szewińskiej, to jeszcze wszyscy, bez uszczerbku na zdrowiu i umyśle, pokonaliśmy 10 kilometrów z morderczym podbiegiem ulicą Belwederską i zameldowaliśmy się na mecie przy stadionie Legii (o, przepraszam, przy Pepsi Arenie).

Swoich ubiegłorocznych rekordów nie poprawiliśmy, ale i tak było fajnie – szczególnie, że pogoda zachowała się podczas tej imprezy zadziwiająco przychylnie. Od rana w Warszawie było pochmurno i mgliście, jednak tuż przed jedenastą niebo stało się błękitne, a słoneczko otoczyło delikatnym ciepełkiem 10-tysięczny tłum biegaczy. Istne czary albo przedwyborcza intryga władz stolicy.

Mój czas to 59’40” i o to chodziło – zmieścić się w godzinie, nie przeciążając dochodzących do siebie po ubiegłotygodniowym maratonie nóg.

Mało brakowało, żebym nie osiągnął tego celu, ponieważ na dziewiątym kilometrze miałem czas 54’30”, czyli trzeba było znacznie przyspieszyć. Na szczęście prawie w ogóle nie byłem zmęczony i w dodatku ostatni odcinek biegł w dół ulicą Myśliwiecką. Jakby tego było jeszcze mało, tuż przed metą usłyszałem pod swoim adresem imienny doping, mimo że na numerze startowym nie widniały moje dane osobowe. Cóż, sława maratończyka ma swoje uroki! :-)