Miesiąc: Luty 2010

Ile i jak ćwiczyć?

Biorąc pod uwagę fakt, że organizm zaczyna spalać zapasy tłuszczyku po 30 minutach wysiłku fizycznego, oraz to, że plusy powinny być większe od minusów, proponuję ci zajmować się swoją tężyzną fizyczną przez godzinę dziennie, cztery razy w tygodniu.

Dlaczego akurat cztery razy w tygodniu? Żebyś mógł się chwalić, że ćwiczysz przez większość dni. To bardzo ładnie brzmi!

Rodzaj ćwiczeń powinien obejmować trzy podstawowe grupy aktywności:

  1. Ćwiczenia kondycyjne (bieganie, pływanie, rower).
  2. Ćwiczenia siłowe (ciężarki, hantle, ekspandery).
  3. Rozciąganie.

W ramach tych grup występują ćwiczenia, które polubisz od pierwszego zrobienia, i takie, które zawsze będą budziły twoje obrzydzenie. Nie zmuszaj się do nich, bo wtedy w ogóle odechce ci się ćwiczyć, a nie o to przecież chodzi. Wybierz te, które lubisz, lub takie, które stanowią dla ciebie mobilizujące wyzwanie.

Powodzenia!

Linchpin

Dzięki błyskawicznej elektronicznej dostawie już w kilka dni po amerykańskiej premierze miałem za sobą lekturę najnowszej książki Setha Godina „Linchpin: Are You Indispensable?” czyli… no właśnie.

Mam problem z przetłumaczeniem tego tytułu. „Linchpin” to termin techniczny, którego polskim odpowiednikiem jest zawleczka lub przetyczka służąca do tego, żeby to, co się obraca na ośce, z tej ośki nie spadło. Jest to zatem element niewielki, ale decydujący o działaniu całego mechanizmu. „Linchpin” w przenośni oznacza osobę lub element kluczowy dla działania danej organizacji lub mechanizmu. Inaczej mówiąc: „filar”. Przeciwieństwem „linchpina” jest „cog” czyli „trybik” lub „pionek” – element potrzebny, ale nieunikalny, który w przypadku awarii bardzo łatwo zastąpić.

Ponieważ chciałbym tej książce poświęcić nieco więcej wpisów, muszę zdecydować, jakie tłumaczenie terminów „linchpin” i „cog” będzie najlepsze:

  • linchpin – zawleczka? przetyczka? filar? klucz?
  • cog – trybik? pionek?

Jak sądzisz?

Od malucha do toyoty

MALUCH

Maluch był moim pierwszym samochodem. Świadkiem wielu pierwszych rzeczy, które zrobiłem w życiu. Na powyższym zdjęciu, tuż przed wskoczeniem za kierownicę, patrzę na moją przyszłą żonę, która z balkonu robi mi pamiątkową fotkę. To ostatni dzień wakacji i wolności przed założeniem munduru (w moich czasach po ukończeniu studiów należało odbyć roczne przeszkolenie wojskowe). Wielu moich kolegów unikało tego obowiązku, uciekając się do naciąganych opinii lekarzy, jednak ja w tej sprawie byłem i jestem przesądny: wierzę, że zasłanianie się stanem zdrowia, kiedy ono dopisuje, sprowadza chorobę – jest wywoływaniem wilka z lasu. Jedni mogą uznać takie podejście za głupotę i naiwność, ale dla mnie to jeden z filarów mojej filozofii życiowej.

Maluch dobrze mi służył przez 6 lat. Raz zrobiłem mu krzywdę, gdy wyjechałem do tyłu z garażu z otwartymi drzwiami. Aż się okręcił słupek, do którego te drzwi były przymocowane.

Na dachu tego samochodziku podróżowała nad Zalew Zegrzyński nasza deska windsurfingowa – pierwszy zakup, jakiego dokonaliśmy wspólnie z moją przyszłą małżonką.

Teraz jeżdżę toyotą, ale okazało się, że mój pierwszy i obecny samochód mają coś wspólnego. Był okres, kiedy w maluchu zaczął się zacinać pedał gazu. Po wciśnięciu nie odskakiwał, lecz pozostawał w dowolnie wybranej pozycji. Należało wówczas go odciągnąć, wkładając stopę pod pedał. Niestraszne są mi więc ostatnie doniesienia o podobnych problemach w całej generacji toyot. Stare umiejętności czekają na swoją okazję, a ja bez stresu – na wezwanie do serwisu.

Szerokiej drogi!