Tag: spryt

ChiRunning

ChiRunning

Popatrz na czerwoną linię trendu.

Kto by się spodziewał takiego nagłego postępu po latach biegania?

Niebieskie, pionowe sztachety na powyższym wykresie to moje wyniki na 8 kilometrów (mój podstawowy dystans biegowy) osiągane w ciągu lipca, sierpnia i września.

Wyraźnie widać skok mojej formy około 10 sierpnia. Od tego momentu większość przebieżek ukończyłem w czasie poniżej 44 minut, niekiedy zbliżając się do 41 minut!

I to bez bólu, bez stresu i bez zadyszki!

Cud?

Nie, to ChiRunning.

Specyficzna technika biegu wykorzystująca prawidłową, zrównoważoną postawę ciała i siłę grawitacji, a nie siłę mięśni. Mięśnie w dużej mierze pozostają rozluźnione, a ciebie napędza energia chi. Metodę tę opracowali i opisali w książce „ChiRunning: A Revolutionary Approach to Effortless, Injury-Free Running” Danny Dreyer i Katherine Dreyer. W Polsce pozycja ta ukazała się pod tytułem „Bieganie bez wysiłku” nakładem wydawnictwa Buk Rower.

Polecam!

Niech energia chi będzie z tobą!

Nie krzycz na kelnera!

Tak, wiem, masz rację. Skoro twój ulubiony schabowy jest w menu, kelner powinien po prostu przyjąć zamówienie, a nie udawać skruchę, mówiąc, że akurat dziś restaurację odwiedziła wycieczka Duńczyków i wyżarła całe zapasy tego tradycyjnego, polskiego przysmaku.

Masz też rację, gdy urzędnik w wydziale obsługi mieszkańców znienacka każe ci wypełnić jakiś głupi, długi jak rolka papieru toaletowego formularz, o którym wcześniej cię nie poinformowano.

W obu tych sytuacjach masz moralne prawo do uniesienia się, walnięcia pięścią w stół i nakrzyczenia na posłańca, który przyniósł ci niepomyślne wiadomości. W obecnych czasach zabijanie posłańca jest niestety karalne, więc pozostaje ci tylko krzyk.

Czy rzeczywiście?

Co osiągniesz, mieszając z błotem bogu ducha winną osobę? Przecież to nie kelner zjadł te wszystkie schabowe i zapewne to nie ten urzędnik złośliwie wymyślił dodatkowy formularz.

Co osiągniesz, wyżywając się na kimś, kto dysponuje dźwignią, za pomocą której może rozpogodzić lub zachmurzyć następne minuty, godziny czy dni twojego życia?

Dźwignią?

Tak! Kotleta i tak nie dostaniesz, a obrażony kelner skutecznie zepsuje ci humor, ruszając się jak mucha w smole, przynosząc brudne sztućce i serwując zimną zupę, do której, być może, nasikał jego kolega. Jesteś na przegranej pozycji, więc nie warto z tak błahego powodu stawiać świata na krawędzi konfliktu nuklearnego.

Zrugany urzędnik może poczuć się na tyle dotknięty, że twoje podanie na długie tygodnie zawieruszy się w niewłaściwej szufladzie i zamiast załatwionej sprawy będziesz toczył nierówną i w gruncie rzeczy niepotrzebną walkę z biurokratyczną machiną, która przestała cię lubić.

Czy to oznacza, że namawiam cię do konformizmu i zgody na wszelkie zło świata, które nas otacza?

Nie, nie o to chodzi!

Są rzeczy ważne, na które nie możemy patrzeć przez palce i których nie wolno nam lekceważyć. Ale są też sprawy bolesne przez chwilę, lecz nieistotne z dalszej perspektywy – sprawy, które właściwie przez nas potraktowane mogą uczynić nasz świat przyjemniejszym. Nawet mimo braku satysfakcji ze „słusznego ukarania winowajcy”.

Ciekawi cię zapewne, co ja robię w takich restauracyjnych lub urzędowych sytuacjach?

Kelnera proszę o polecenie mi innej potrawy, która, jego zdaniem, wynagrodzi mi zawód, jaki spotkał mnie w wyniku niecnego ataku żarłocznych Duńczyków. W ten sposób daję mu możliwość zdystansowania się od problemu i wzięcia odpowiedzialności za moją kulinarną satysfakcję. I zwykle nie spotyka mnie rozczarowanie.

Z urzędnikiem przez chwilę wspólnie narzekamy na rozrastającą się biurokrację i coraz większą liczbę formularzy wymaganych przez „tych z góry”, a potem z radością przyjmuję jego pomoc w sprawnym wypełnieniu rubryczek oraz oświadczenie, że teraz to już moja sprawa będzie na pewno załatwiona do końca tygodnia. I rzeczywiście jest załatwiona (w 99% przypadków).

Dlaczego to działa?

Dlatego, że przeszłości i tak nie jestem w stanie zmienić, a przyszłość przekazuję w ręce osoby, która może uczynić ją lepszą lub gorszą, dając wyraźnie do zrozumienia, że interesuje mnie leżąca w jej kompetencjach opcja pozytywna.

Zmiana codzienna

Leo Babauta opublikował niedawno ciekawy wpis „How to Change Your Life: A User’s Guide” [zenhabits.net] („Jak zmienić swoje życie. Podręcznik użytkownika”). We wpisie tym zwrócił uwagę na jedną bardzo ważną sprawę: wprowadzenie zmiany w życiu oznacza wprowadzenie jej na co dzień. Jeśli nie jesteś na to gotowy, to znaczy, że tak bardzo ci nie zależy.

Najlepiej jednak, jeśli oddam głos samemu autorowi, przytaczając początkowy fragment jego wpisu:


„Nigdy nie zmienisz swojego życia, dopóki nie zmienisz czegoś, co robisz codziennie.” – Mike Murdock

Zacznij od prostego pytania: „Kim chciałbym być?”.

Masz nadzieję kiedyś zostać pisarzem, muzykiem, projektantem, poliglotą, stolarzem, mangaką (rysownikiem mangi), przedsiębiorcą czy ekspertem w jakiejś dziedzinie?

Jak to zrobisz? Zapiszesz swój zamiar na kartce papieru, włożysz do butelki i wrzucisz do morza, wierząc, że się spełni? Nie. Wszechświat tego nie sprawi. Tylko ty możesz to zrobić.

Wyznaczysz sobie cel do zrealizowania do końca roku albo w ciągu najbliższych trzech miesięcy? Oczywiście, ale to nie załatwi sprawy. W rzeczywistości, jeśli przeanalizujesz swoje poprzednie dokonania, okaże się, że wyznaczanie długoterminowych celów bardzo często w ogóle nie działa. Ile razy taka strategia okazała się skuteczna w twoim przypadku?

Zamierzam, na bazie wielu, wielu eksperymentów, które przeprowadziłem w ciągu ostatnich 7 lat, ustanowić tu i teraz następujące prawo: nic się nie zmieni, dopóki nie wdrożysz zmiany codziennej.

Próbowałem tygodniowych planów działania, rzeczy robionych co drugi dzień, wielkich, odważnych celów miesięcznych i wielu innych tego typu kombinacji. Nic nie zadziałało oprócz zmian codziennych.

Jeśli nie masz ochoty uczynić czegoś zmianą codzienną, tak naprawdę nie chcesz zmienić swojego życia. Być może podoba ci się pomysł nauki rysowania, mówienia po japońsku, grania na gitarze, programowania w PHP itp., ale w rzeczywistości nie chcesz tego dokonać.


Kierunkowskaz

Kierunkowskaz to migacz, czyli, jak słusznie prawi Wikipedia, sygnalizator planowanej zmiany kierunku jazdy przez pojazd mechaniczny.

Ja jednak wymyśliłem nowe znaczenie tego wyrazu, odnoszące się do interesującej mnie dziedziny pomyślnego załatwiania spraw i efektywnej realizacji wszelkiego rodzaju przedsięwzięć. Oto ono:

Kierunkowskaz to metoda realizacji przedsięwzięć polegająca na ciągłej weryfikacji, czy kolejne działanie zbliża wykonawcę do założonego celu.

Kierunkowskaz zawsze wskazuje ostateczny cel, a ty, biorąc pod uwagę bieżące uwarunkowania i przeszkody, stawiasz kolejne kroki tak, aby się do niego zbliżać.

Dlaczego nie „kompas”? Dlatego, że kompas pokazuje zawsze północ magnetyczną lub najbliższy magnes, a nie pożądany kierunek wędrówki.

Jest jednak jeden, bardzo ważny warunek poprawnego działania kierunkowskazu: cel musi być precyzyjnie i jasno określony.

Dlaczego kierunkowskaz jest lepszy od szczegółowego planu działania?

Oto przykład piłkarsko-turystyczny, który to zagadnienie świetnie wyjaśnia: załóżmy, że w Warszawie zamierzasz dotrzeć na piechotę z Dworca Centralnego PKP na Stadion Legii. Siadasz nad planem miasta i skrzętnie zapisujesz na kartce następującą trasę: wyjść z Dworca Centralnego i Alejami Jerozolimskimi udać się prosto do Ronda de Gaulle’a (tego z palmą), tam w prawo w Nowy Świat, w lewo w Książęcą, w dół na Powiśle, w prawo w Rozbrat, następnie pod Trasą Łazienkowską w lewo, w ulicę Łazienkowską i już – jesteś na miejscu! Zapisana kartka jest twoim planem działania, który powinien zapewnić ci bezproblemowe dotarcie do celu.

Ale czy na pewno?

Otóż nie. Kartka stanie się bezużyteczna, gdy tylko napotkasz pierwszą, nieoczekiwaną przeszkodę.

Jaką? Na przykład:

  • remont sieci wodociągowej uniemożliwiający przejście;
  • antyrządową demonstrację oburzonych z tego lub innego powodu;
  • galopujące stado kibiców innego klubu piłkarskiego;
  • seksownego tubylca nieobojętnej ci płci…

Pamiętaj, że realizując każde przedsięwzięcie, jednego możesz być pewien: bez wątpienia pojawią się nieoczekiwane przeszkody i problemy, które zmuszą cię do zboczenia ze wstępnie obranej drogi. Jeśli w takiej sytuacji dysponujesz jedynie swoim pierwotnym, doskonałym, acz niezmiennym planem, jesteś zgubiony. Natomiast gdy masz do dyspozycji kierunkowskaz, który zawsze pokazuje aktualny „kierunek na cel”, to łatwo możesz korygować kurs swojego działania i zmierzać tam, dokąd chcesz się dostać.

Dlatego, podejmując się każdego zadania, przede wszystkim precyzyjnie i jasno określ swój cel. Często wymaga to sporo odwagi i uczciwości. Dzięki temu cel ten zostanie silnie „namagnesowany” i twój kierunkowskaz będzie go bezbłędnie namierzał nawet wtedy, gdy zostaniesz zmuszony do zboczenia z drogi, którą na początku uznałeś za optymalną.

Miłych wędrówek z kierunkowskazem!