Tag: sport

WWCS(tm)

W ubiegłym tygodniu podczas jednej z internetowych dyskusji odkryłem, że już od dawna kieruję się w życiu filozofią WWCS(tm) czyli Wielo-Wymiarowego Czerpania Satysfakcji. Niniejszym oświadczam, że wpis ten jest pierwszym publicznym wystąpieniem terminu WWCS(tm) w literaturze naukowej i środkach masowego przekazu. W związku z tym zastrzegam sobie do niego wszelkie prawa autorskie. Jednocześnie udzielam wszystkim czytelnikom bezpłatnej licencji na wykorzystywanie filozofii WWCS(tm) w celach niezarobkowych do końca świata, a nawet o jeden dzień dłużej.

Filozofia WWCS(tm) polega na odnajdywaniu więcej niż jednego powodu do zadowolenia z własnych działań. Wówczas, gdy nasza radość maleje w jednym wymiarze, inne pozwalają nam podtrzymać poziom naszej satysfakcji. Jest to szczególnie ważne w działaniach wymagających dyscypliny i wytrwałości.

Oto przykład zastosowania filozofii WWCS(tm) w praktyce:

Systematycznie, w każdą sobotę i niedzielę rano chodzę na basen, więc:

  1. Cieszę się, że stać mnie na dyscyplinę porannego wstawania w sobotę i niedzielę.
  2. Cieszę się, że idę pieszo na basen, wdychając świeże powietrze.
  3. Cieszę się, że doskonalę swoje umiejętności pływackie i kondycję fizyczną.
  4. Cieszę się, jeżeli uda mi się zmobilizować do pójścia ze mną na basen kogoś z mojej rodziny lub z kręgu moich znajomych.

Cóż z tego, że czasami nie chce mi się rano wstać, że w ostatnią sobotę lał deszcz i piesza przechadzka nie była zbytnią przyjemnością, że lekarz zalecił mi ograniczenie pływania stylem klasycznym, więc „katuję się” kraulem i że czasami idę na basen sam. Jednoczesne wystąpienie wszystkich osłabiających moją motywację czynników jest mało prawdopodobne, zatem zawsze mam w zanadrzu coś, co podtrzyma moją chęć do działania.

Natomiast w sprzyjających okolicznościach dysponuję jednocześnie aż czterema powodami do radości (wstałem o odpowiedniej porze, śpiewające ptaki towarzyszą mi w przechadzce, przepływam bez zmęczenia wyznaczony dystans, a obok pływa ktoś, kto uznał, że basen ze mną jest najlepszym sposobem spędzenia tego pięknego poranka).

WWCS(tm) czyli Wielo-Wymiarowe Czerpanie Satysfakcji

Spróbuj sam, a przekonasz się, że to działa!

Panna TesTeqówna wygrywa!

Po wielomiesięcznym, konsekwentnym, samodzielnym treningu Panna TesTeqówna wystartowała dziś i ukończyła w czasie poniżej 3 godzin 4. Carrefour Półmaraton Warszawski. Nie, nie była pierwsza na mecie, ale wygrała znacznie więcej: podziw i uznanie całej rodziny i znajomych oraz wiarę we własne siły.

Brawo, Córeczko! Jestem z Ciebie bardzo dumny!

Półmaraton

To dla Mamusi

Szus

We wpisie To dla Tatusia wspomniałem, że co roku na przełomie lutego i marca jeździliśmy całą rodziną na narty do Bukowiny Tatrzańskiej. Dopóki chodziłem do przedszkola, kwestia mojego dwutygodniowego wyjazdu w góry nie była zbyt skomplikowana. Problem pojawił się wtedy, kiedy rozpocząłem swoją przygodę ze szkołą. Zapewne wielu z moich czytelników nie wie, że w tych strasznych, PRL-owskich czasach:

  • trzeba było chodzić do szkoły;
  • usprawiedliwienie nieobecności musiało być poważne, a nie rekreacyjne;
  • należało odrabiać lekcje;
  • rok szkolny dzielił się na trzy okresy, a nie dwa semestry;
  • nie było ferii zimowych po pierwszym semestrze;
  • nie było wolnych sobót.

W związku z tym moi rodzice mogli uzyskać zgodę na rodzinny wyjazd w góry tylko pod warunkiem prawidłowej realizacji obowiązku szkolnego. Za pierwszym razem pani nauczycielka wyznaczyła zakres materiału, jaki zostanie przerobiony podczas mojej nieobecności. Po nartach i torciku cytrynowym siadałem więc do zeszytów i odrabiałem lekcje. Szczególnie przerażająca była codzienna liczba „słupków” arytmetycznych, które musiałem rozwiązać. Ale dałem radę. Po przyjeździe okazało się, że przez miesiąc nie będę musiał nic robić, ponieważ pani nauczycielka przesadziła, szacując dawkę wiedzy, którą uda jej się wtłoczyć przez dwa tygodnie w głowy moich klasowych koleżanek i kolegów.

W kolejnym roku moi rodzice zastosowali inną taktykę. Mama została w domu (i tak nie jeździła na nartach z powodu dawnej kontuzji nogi), a ja pojechałem w góry tylko z Tatą. Każdego dnia do naszego domu przychodził mój kolega z klasy, który mieszkał w sąsiedztwie, i Mama szybciutko przepisywała z jego zeszytów wszystkie lekcje. Następnie pakowała cenną zawartość do koperty i wysyłała listem ekspresowym do Bukowiny Tatrzańskiej. Pamiętajcie, że nie było wówczas telefonów komórkowych, SMS-ów, internetu i faksów, a na poczcie w Bukowinie na połączenie telefoniczne z Warszawą czekało się kilka godzin. O dziwo listy od Mamy przychodziły regularnie, w dwa dni po wysłaniu. W ten sposób mogłem prawie na bieżąco uczestniczyć w zajęciach szkolnych.

Powiem szczerze, że w dzisiejszych czasach nie wyobrażam sobie takiego zaangażowania całej rodziny w dzieło systematycznej edukacji dziecka. Dziś się po prostu wyjeżdża, czasami pisze usprawiedliwienie, a po przyjeździe uzupełnia (lub nie) to, co w międzyczasie było przerabiane. A przecież w mgnieniu oka można multimedialnie połączyć się z dowolnym zakątkiem świata! Ale kto by się tam przejmował…

Tymczasem ja nie żałuję, że te wieczory w góralskiej chacie spędziłem nad zeszytami. Nauczyło mnie to, że dyscyplina i wytrwałość pozwalają zebrać w życiu wspaniałe owoce. Oprócz tego zrozumiałem, że jeżeli ktoś zabiega o moje sprawy, to nie wolno mi lekceważyć tej pomocy. Bo to by było po prostu świństwo.

Za tę naukę dziękuję Ci, Mamo. Tacie też dziękuję, ale dzisiejszy wpis jest właśnie dla Ciebie.