„Wielki Kanion jest olbrzymi. Jego wielkości nie da się z niczym porównać. Na jego dnie nachodzą cię naprawdę głębokie myśli. :-)” – TesTeq
Tag: podróże
Prosto do celu
Są osoby, które uważają, że satysfakcja z osiągnięcia danego celu jest proporcjonalna do trudności prowadzącej do niego drogi. Nie zgadzam się z tym podejściem. Oczywiście warto sobie wyznaczać cele, które wymagają wysiłku i pokonywania własnych słabości, jednak głupotą jest chodzenie po krzaczorach, kiedy do mety prowadzi malownicza nadmorska promenada. Bardzo często ludzie, bojąc się „łatwych zdobyczy”, rezygnują z wielu radości, ponieważ uważają, że to, co przychodzi łatwo, jest niewiele warte.
W ramach pobytu w Kalifornii, zrealizowałem jeden ze swoich celów życiowych: „zobaczyć Wielki Kanion”. Można to było zrobić na wiele trudnych i męczących sposobów, ale ja po prostu z San Francisco poleciałem samolotem do Las Vegas (po raz kolejny polecam linie Virgin America), a tam wziąłem udział w wycieczce śmigłowcem (polecam Maverick Helicopters) ponad jeziorem Mead, zaporą Hoovera, Wielkim Kanionem, rzeką Kolorado i bezkresnymi, górzystymi pustyniami Nevady i Arizony. Śmigłowiec wylądował na dnie Kanionu, w miejscu, do którego dojście trwa prawie cały dzień, a z którego widoki są doprawdy oszałamiające.
Czuję ogromną satysfakcję z osiągnięcia tego celu i olbrzymie zadowolenie z wybranego sposobu realizacji tego zamierzenia. Z pewnością wiele osób powie „eee tam, co to za turystyka, nic się nie powspinałeś”, ale dla mnie ta opinia nie ma znaczenia, ponieważ ja nie lubię łazić na piechotę po spalonych słońcem, jałowych skałach. Moim celem było poczucie ogromu tego niezwykłego tworu natury i szybkie dotarcie do miejsc, których większość pieszych, a nawet zmotoryzowanych turystów nigdy nie zobaczy.
Cel zrealizowany. Satysfakcja ogromna. Sposób realizacji adekwatny do celu.
Pamiętaj! Nie włączaj swojego komplikatora, bo „tak wypada”. Wypadają, to nieleczone zęby!
Można? Można!
Można?
Można!
I niech nikt mi nie każe przykładać nitki do globusa. Ja i tak swoje wiem. Dobrze, że piloci Lufthansy czytają mojego bloga i przestali wreszcie latać okrężną drogą, o czym pisałem w moim wpisie Wstrząsająca prawda o Lufthansie. Z okazji najbliższej obniżki cen biletów lotniczych oczekuję wyrazów uznania i podziękowań na piśmie.
Włochaty pasażer
W ramach eksperymentu, nie zważając na rady obsługi hotelowej, zachwalającej linie amerykańskie, do przelotu na trasie San Francisco – Las Vegas – San Francisco wybrałem linię Virgin America Richarda Bransona. Z ręką na sercu muszę stwierdzić, że to była świetna decyzja. Poziom obsługi jest więcej niż bardzo dobry, a wszystkie miejsca w samolocie wyposażono w usługi interaktywne, takie jak filmy, muzyka i gry na życzenie, bieżący podgląd położenia samolotu na mapie i informacje o podstawowych parametrach lotu (pułap, prędkość, temperatura na zewnątrz i odległość do celu) oraz gry i czat pomiędzy pasażerami samolotu. Przed startem w tajniki bezpieczeństwa wprowadza wszystkich film animowany, wsparty demonstracją praktyczną wykonywaną przez członka załogi. I nie ma to tak poważnego charakteru, jak w Lufthansie, bo w liniach Virgin wszystko jest rozrywką.
Podczas lotu powrotnego miejsce obok mnie zajmował… olbrzymi, czarny, włochaty, ale spokojny i bardzo przyjaźnie do wszystkich nastawiony pies. Oczywiście siedział na podłodze, a nie w fotelu. Kolejne miejsce zajmowała jego właścicielka. Personel pokładowy niejednej linii podszedłby z rezerwą do takiego pasażera, który, choć nie nosił kapelusza, wyglądał dość niezwykle. Tymczasem w samolocie Virgin America kudłatego gościa powitał przed startem sam kapitan statku powietrznego i, widząc, że pieskowi chce się pić, osobiście przyniósł mu głęboki talerz wypełniony chłodną wodą. Pasażer z wdzięczności zamerdał ogonem i począł chłeptać orzeźwiający napój. A podczas lotu przechodzący stewardzi z uwagą starali się omijać ogon i łapy psa pojawiające się niekiedy w przejściu pomiędzy fotelami.
Dobrze, że są na świecie firmy, które szanują każdego swojego klienta, niezależnie od rasy, gatunku i koloru sierści. To te firmy wygrają w końcowym rozrachunku. Bierzmy z nich przykład!
A, bym zapomniał. Napis przypominający, jaka jest dopuszczalna wielkość bagażu podręcznego w liniach Virgin America, brzmi mniej więcej tak: „Kochaj swój bagaż. Pozwól mu lecieć razem z bagażami tej samej wielkości. W kabinie pasażerskiej podróżują tylko bagaże o maksymalnych wymiarach 10 cali x 16 cali x 24 cale.”