Tag: pisanie

Podstawy to podstawa!

Szus

„Możesz rzucać do kosza przez osiem godzin dziennie, ale jeśli masz złą technikę, wszystko, co osiągniesz, będzie mistrzostwem w nieskutecznym rzucaniu. Zacznij od podstaw, a wtedy wszystko zacznie ci lepiej wychodzić.” – Michael Jordan

Potwierdzam.

Podstawy to podstawa!

Od najmłodszych lat uczyłem się jeździć na nartach pod okiem najlepszych instruktorów rezydujących w Bukowinie Tatrzańskiej. Nie było łatwo. Praktycznie nie korzystaliśmy z wyciągu (żeby budować kondycję i siłę mięśni) i godzinami ćwiczyliśmy technikę skrętu. W tamtych czasach narty same nie jeździły zygzakiem…

Kto pilnie ćwiczył, ten potem płynął po śniegu w lewo i w prawo, wzbudzając powszechny podziw. A inni pociesznie podskakiwali próbując zmusić swoje deski do posłuszeństwa.

Podstawy to podstawa!

Dziwisz się może, jak daję radę jednocześnie publikować wpisy w BIZNESIE BEZ STRESU, pisać artykuły do periodyków i zgodnie z planem wypełniać swoją książkę treścią? Po prostu piszę pięć razy szybciej niż większość osób siedzących przy komputerowych klawiaturach! Jak to możliwe? Za pomocą odpowiedniej techniki! Piszę bezwzrokowo dziesięcioma palcami naraz, a nie dziobię z mozołem dwoma.

Podstawy to podstawa!

Wstrzymywanie się od działania pod pozorem nauki dobrej techniki jest bzdurą, ale lekceważenie podstaw i dobrych, sprawdzonych przez innych, praktyk jest jeszcze większą głupotą.

Pamiętaj więc:

Podstawy to podstawa!

Z głowy

Ukazał się właśnie kolejny numer Productive! Magazine.

Szczerze polecam przejrzenie całości.

Czytelników BIZNESU BEZ STRESU zobowiązuję do uważnego przestudiowania mojego artykułu Z głowy, którego smakowity fragment cytuję na zachętę:

Najboleśniejsza dla przedsiębiorstwa jest sytuacja, gdy szef trzyma całą firmę w swojej głowie. Często dzieje się tak w rozrastających się, małych przedsiębiorstwach, w których założyciel nie ma odwagi podzielić się odpowiedzialnością z kimkolwiek. Po firmie błąka się kilkadziesiąt zagubionych owieczek, raz na jakiś czas mających prawo ujrzeć niewielki fragment układanki, którą tylko wódz ogarnia swoim umysłem.

Niechęć szefa do odkrywania wszystkich tajników biznesu, który stworzył, jest zrozumiała. Przecież zdarzają się rozstania z pracownikami, konkurencja nie śpi, a wiele informacji ma tak istotne znaczenie, że ich ujawnienie oznaczałoby bankructwo.

Istnieją dwie główne przyczyny totalnego chomikowania wiedzy przez założycieli firm:

  1. Zazdrość. Założyciel kocha swoją firmę. Często bardziej niż cokolwiek na świecie. Nawet bardziej niż najbliższą rodzinę. A nie można się dzielić tym, co darzy się tak wielkim uczuciem. Taka miłość jest patologicznie zaborcza i zwykle prowadzi do katastrofy. W krótkim artykule nie sposób podać uniwersalnej metody zwalczania zazdrości, jeśli w ogóle takowa istnieje. To zadanie dla psychoterapeuty lub doradcy życiowego.
  2. Brak zasad. Nie, nie chodzi mi o brak etyki, lecz o zasady klasyfikacji informacji i dyscyplinę w ich stosowaniu. Każdy założyciel firmy ma na początku wszystko w swojej głowie. I to działa, ale tylko do momentu, kiedy organizacja jest stosunkowo niewielka. Gdy liczba pracowników nie przekracza dwudziestu. Potem brak zasad zarządzania informacją prowadzi do chaosu leczonego zatrudnianiem kolejnych osób, które – zamiast być lekarstwem – stają się jedynie pożywką dla choroby toczącej przedsiębiorstwo.

Broda Hemingwaya

Broda Hemingwaya

Dobrze, że pytasz, bo bym zapomniał!

Zmagania twórcze nad moją książką trwają i szkielet wypełnia się treścią. Czasami dość zaskakującą.

Aby moje dzieło powstawało w jeszcze profesjonalniejszej atmosferze, przestałem się golić. Pisarz bez brody jest jak pilot bez samolotu. Albo kolarz bez roweru! Albo marszałek sejmu bez laski!

Co prawda nie wyglądam jeszcze jak Ernest Hemingway, ale powyższe zdjęcie dokumentuje pewien przyrost porostu na mojej gładziutkiej do niedawna twarzy.

Będę nad tym pracował. I nad książką oczywiście też!

Szkielet książki

Książka, którą piszę, będzie profesjonalnym podręcznikiem i, mimo że robię to pierwszy raz, postaram się, żeby zarówno jej treść, jak i forma były na najwyższym poziomie.

Temat jest mi dobrze znany, natomiast forma powinna sprawić, że moje dzieło będzie się świetnie czytało i łatwo rozumiało. Nie znoszę sytuacji, kiedy autor prowadzi mnie przez chaszcze swoich pokręconych myśli, a ja co chwila tracę go z oczu i dostaję w twarz puszczoną przez niego gałęzią.

Za pierwszy krok uznałem zatem… sporządzenie spisu treści. Podszedłem do tego naukowo i przejrzałem kilkadziesiąt profesjonalnych podręczników, które mieszkają w mojej obszernej bibliotece. Następnie zestawiłem tabelę porównawczą, dopasowałem standardowy układ do moich potrzeb i z chaosu zaczął wyłaniać się szkielet. Całkiem zgrabny i stylowy.

Wygląda na to, że na książkę złoży się piętnaście rozdziałów podzielonych na cztery części. Będą jeszcze oczywiście standardowe elementy dodatkowe i w tym zakresie skrzętnie skorzystałem z pomocy Unii Europejskiej. Otóż okazuje się, że za darmo dostępny jest europejski „Międzyinstytucjonalny przewodnik redakcyjny 2011”, który między innymi wyjaśnia, czym różni się przedmowa od wstępu i wprowadzenia oraz jak należy formatować bibliografię. Wbrew pozorom nie jest to wcale żadne lanie wody, tylko zwięzła informacja niezbędna biurokratom do przygotowywania innych dokumentów zawierających już prawdziwą wodę. :-)

Skoro mam ten szkielet, czas teraz na jego wypełnianie. Zgodnie z harmonogramem powinienem utrzymywać wydajność na poziomie 1000 słów dziennie, co, biorąc pod uwagę dotychczasowe pomiary, leży w granicach moich twórczych możliwości.

Kochani, ja teraz muszę lecieć, ale gdyby był telefon z Mławy, to powiedzcie Korbaczewskiemu, że wszystko jest na dobrej drodze. – Jerzy Dąbczak